blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
piątek, 20 sierpnia 2010

cookKróciutki urlop (a właściwie przedłużony weekend), który był mi w tym roku dany, postanowiłem spędzić na działce. „Postanowiłem” to chyba nieodpowiednie słowo, gdyż zwykłem tak robić od kilkunastu lat. Jakoś lubię tę działkę i już. Pewnie jeszcze myślicie, że ugotowałem rosół? Otóż nie! Ale o tym może później...

Przyjechał do mnie kumpel – Albert. Kiedyś siedzieliśmy w tej samej szkolnej ławce, ale później nasze drogi się rozeszły. Finał tej historii jest taki, że ja gotuję w kuchni znajdującej się pod pokładem, a on jest członkiem Rady Morskiej. No cóż, takie życie.

I tak siedzieliśmy sobie wieczorkiem na ganku przy świetle lampy naftowej i popijaliśmy cytrynówkę.

Jeden kieliszeczek, drugi, trzeci ....

...no i na szczerość mi się zebrało.

- Kurde, zazdroszczę ci stary – walnąłem prosto z mostu.
- A czego niby zazdrościsz? – wyraźnie zdziwił się Albert.
- No wiesz, wysoko zaszedłeś. Pensja na pewno odpowiednia, od razu świat inaczej musi wyglądać. A u mnie? Stara bida. Byle tylko rachunki zapłacić. W dodatku ta cholerna robota. Gotowanie z byle czego dla wszystko-jedzących marynarzy. Rzygać się chce. Szlag mnie trafia jak o tym wszystkim myślę.

Czwarty i od razu dla równowagi piąty.

- Powiem ci tak: chrzanisz człowieku i to nawet nie wiesz jak bardzo! – odparł wzburzony nieco Albert. - Źle ci jest? Pensja jest? Jest! Stresujesz się w tej pracy? Nie! Masz dobre relacje z innymi? Masz! Czego chcieć więcej? Polej lepiej!

Nalałem starannie do obydwu kieliszków, idealnie po sam brzeg. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze im więcej wypiję, tym pewniejszą mam rękę.

- No tak, ale przyznasz, że kaskę dobrą trzepiesz, co?
- Ja wiem, taka tam...
- Do tego służbowy, samo-tankujący i reperujący się samochód, komórka, premie, delegacje. Można pożyć?
- Eee tam stary, pi#przysz jak potłuczony! Tyle ci powiem. Może i kasę mam, ale za jaką cenę? Powiem ci coś: nienawidzę swojej pracy! Pracuję z samymi cwaniakami, którzy tylko myślą jak mnie przerobić. Każdy dzień to walka i szarpanina. Pracuję od wakacji do wakacji. A czas pomiędzy nimi jest jakimś koszmarem. Rozumiesz? Nie-na-wi-dzę!

Szósty.

- Mówię ci, mieszaj w tych garach i się niczym nie przejmuj. Życie masz tylko jedno – spuentował swoją myśl Albert.
- No ja właśnie o tym mówię...
- Dobra Mat, zmieńmy płytę. Polej. Cytrynówka wyśmienita! Masz talent chłopie. A co tam u żony i syna?
- A wyjechali do teściów na wieś.
- Kurczę, wyjedźmy może z naszymi rodzinami gdzieś razem, co? Może na narty do Włoch? Przeglądałem ostatnio sobie w pracy oferty biur podróży. Naprawdę można coś fajnego wyhaczyć. Za dwa tysiące od osoby masz wszystko: przelot, nocleg. Co ty na to?
- Yyyy, no może i tak... Ale wiesz... noooo.... nie mam nart – rzutem na taśmę znalazłem jakieś sensowne wyjście z sytuacji.
- To żaden problem. Zaraz poszukamy. Napijmy się.

Siódmy.

Sięgnął do torby i wyjął komputer.

- Zobaczmy, co my tu mamy...
- To ty masz w tym czymś internet? – jakoś nie nadążam chyba za dzisiejszą technologią.
- No taaaa, dostałem. Ale badziew. Strasznie wolny jest... Czekaj, czekaj, czekaj... O, tu są fajne dechy, patrz! – i z w wyrazem triumfu obrócił monitor w moją stronę.

narty

- Tysiąc siedemset. Spoko cena. Zamawiać? – Albert przesunął kursor myszki nad przycisk „Kupuj”.
- Ej no wstrzymaj się chwilkę, może poszukam gdzieś jeszcze? Może na giełdzie, czy co?
- A tam na giełdzie. Szajs tam sprzedają. Jest taka jedna generalna zasada, której zawsze się trzymaj: jeśli nie masz pieniędzy, to nie stać cię na tanie rzeczy, rozumiesz? Potem to się psuje, naprawa kosztuje i tyle z oszczędności. Kup raz, a dobrze i masz super sprzęcik na lata. Zamawiać?
- Poczekaj, poleję!

Polałem. Rękę już miałem tak pewną, że spokojnie mógłbym operować. Podniosłem lekko zroszony kieliszek z cytrynówką. Spojrzałem na niego pod światło płynące z lampy naftowej. „Nie stać mnie na tanie rzeczy” – ładnie powiedziane. Ale chyba się nie rozumiemy. Naprawdę wiele się zmieniło od czasów szkolnej ławki.

Ósmy. Wypiłem co prawda sam, ale też liczę.

- No to co, zamawiać? – niecierpliwił się Albert.
- Pójdę po nową butelkę.

„Nie stać mnie na tanie rzeczy”. Chyba wytatuuję sobie to na plecach. Moje motto życiowe. W mordę, syty głodnego nie zrozumie... Szybki kurs do zamrażarki i wracam z nową butelką zimnej jak serce szatana cytrynówki. Krok miałem już pewny jak linoskoczek.

- Wiesz, ostatnio jak byłem na wakacjach, poszedłem raz do wypożyczalni desek windsurfingowych – Albert niby zmienił temat, ale jakby cały czas mówił o tym samym. – No i tak sobie patrzę na tego gościa wypożyczającego deski. Siedzi sobie na plaży, patrzy na morze i na te pływające deski. No i czego chcieć więcej? To jest życie, stary! Ja się ciebie pytam, czego chcieć więcej? A nie to wieczne użeranie się z kretynami w Radzie Morskiej. O, cytrynówka! Polej.

Ledwo nalałem, od razu wypił nie czekając na mnie. Więc cały czas liczę jako ósmy.

I tak sobie siedzieliśmy. Dziewiąty, dziesiąty i jedenasty.

- Ej, ty no staryyyy – Albertowi  już wyraźnie rzuciło się na mowę. - A wiesz, że no... bo eee, ci koło mnie, no wiesz, co mieszkali... no sąsiedzi! To że oni się wyprowadzili? A nie chciałbyś mieszkać koło mnie? Naprawdę fajny dom. Mieszkalibyśmy koło siebie, częściej byśmy tej pyssszzzzniutkiej cytrynówki próbowali. Teraz ceny nieruchomości lecą, jak to się mawia, na łeb na szyję. No i?
- Ejjjjj, staryyyy – bynajmniej linoskoczkiem już nie byłem. – Skończmy na moment z tym kupowaniem. Włączę jakąś tą,  tę... tą muzykę. Poczekaj... to nieee, to nieee. O, znalazłem coś  akurat na mój nastrój. Czekaj, gdzie jest.... PLAY!

No i na tym mój zapis się skończył. Ale mógł być i dwunasty. Nawet na pewno był.

Następnego dnia Albert wyjechał. Wyjechał swoim samo-tankującym się samochodem, ze swoim komputerem,  wakacjami, nartami i naukami...

Tak się poprzedniego dnia tą cytrynówką urządziliśmy, że na śmierć zapomniałem o przygotowanej na grilla karkówce. A o karkówce więcej tu:


14:49, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (17) »
czwartek, 15 lipca 2010

IISiedziałem przy biurku bezradnie wpatrując się w ekran komputera. Z ekranu analiza efektywności ostatnich załadunków i wyładunków patrzyła na mnie chyba z równym zachwytem.

- Cholera, co ja za formułę tutaj...

Ktoś zastukał do drzwi kajuty.

- Wlazł! – wrzasnąłem. W progu stanął Cook trzymając Małą za rękę, a ta trzymała papugę za skrzydło, która rozpaczliwie próbowała dziobnąć ją w chudą piąstkę. Brakowało jeszcze tylko psa z piłeczką na nosie.
- Ja tylko chciałem zapytać czy już Pan wyliczył tę naszą efektywność? Jest wzrost?
- Co premia Wam po głowie chodzi, co? – uśmiechnąłem się do Cooka.
- No tak – podrapał się po głowie – za ostatni kwartał było nieźle. Chłopaki są ciekawe czy teraz też tak będzie.
- Robię co mogę. Zmienia się fracht, współczynniki, przeliczniki i jeden Bóg wie co jeszcze. Muszę przebudowywać tabelę... Ej, Ty! Zostaw to!

W drugim kącie pokoju Mała próbowała upchnąć dwie ściągnięte z mojej szafki książki pod bluzkę.

- Jejku, przecież Panu nie zjem! Potrzebuję tych z twardymi okładkami. Ma Pan więcej?
- Ani mi się waż. Z całą stanowczością mówię Ci zostaw!
- No to kiedy będzie Pan wiedział? – odezwał się Cook.
- Za godzinę może dwie – nie spuszczałem Małej z oka – jeśli znajdę błąd co to mi wyskakuje...i psuje...Tego też nie wolno!

Mała z westchnieniem odłożyła afrykańską maskę i wyszli. Jednak jednej książki brakowało.

- Cholera, co ja za formułę tutaj...

Znów ktoś zastukał do drzwi. Na palcach podszedłem do drzwi, raptownie je otworzyłem i wykrzyczałem jej w twarz: oddawaj książkę złodziejko!

No to się Monika zdziwiła...

- Odbiło Ci! Jaką książkę?

Burcząc przeprosiny zaprosiłem ją do środka. W dłoniach trzymała gazetę.

- Widziałeś? Artykuł?
- Jaki artykuł? Nie mam na to czasu. Najpierw nasze słodkie tête-à-tête, potem musiałem dopilnować załadunku, a teraz ślęczę nad analizą dla Wojtasa.
- Te częste pobyty w portach rzeczywiście mają swój urok...ale nie mówmy o tym głośno na pokładzie. Zobacz, to o naszym statku! Wywiad z Kapitanem, moje dwa słowa i Bosmana. Nawet Pierwszego zacytowali.
- Popatrz, popatrz. Pierwszy od urodzenia naturalnie odporny na entuzjazm tym razem zdobył się na pochwałę. Ładnie ta nasza łajba wyszła na tym zdjęciu. Remont się udał.
- Wojtek na moje usilne prośby dał jeszcze jedną szansę Pierwszemu. A ten dalej chodzi z twarzą Sarumana Wzdętego.
- Cholera, jemu dał szansę, a ja muszę tabele tutaj tworzyć.

Cisnąłem się w fotel ze zbolałą miną. Monika usiadła naprzeciwko w krześle.

- No, już już. Nie wkurzaj się. Pierwszy robi to, co robił, a Ty poznajesz tajniki prawdziwego zarządzania. Bez dobrej analizy nie będzie trafnych wniosków. Decyzje bazujące na faktach dają lepsze rezultaty, nie sądzisz?
- Sratytaty. Ty wiesz ile tego jest! I to się ma wszystko zliczać, podsumowywać i robić wykresy. A ja nie kumam!
- Czego nie kumasz? Drugi weź się w garść na litość boską. Mogę Ci zrobić coaching...
- Co mi zrobisz?

Ktoś zastukał do drzwi. Na moje gromkie „Wlazł” pojawił się Główny Mechanik. Z wazonem. Ale bez kwiatka.

- Nie przeszkadzam Państwu aby?
- Nie wygłupiaj się. Właź i zamknij drzwi – przysunąłem mu drugie krzesło.
- A o czym tak gruchacie moje gołąbeczki...
- Panie Chief, ja Pana proszę! Bez takich insynuacji, zwłaszcza w miejscach publicznych...
- Dobra, dobra. Niech się Pani nie przejmuje. Macie jakiś kłopot....Koledzy?
- Drugi ma potrzebę coachingową – wypaliła moja śliczna.
- Jaką? – zbaraniał Chief – czy to wiąże się z jakąś wstydliwą chorobą?
- On potrzebuje wsparcia z Excela. Instruktażu. Brakuje mu wiedzy...
- Dobra, dobra. Co to za wyliczanka – przerwałem – dam sobie radę. A Ty już idź, musimy z Chief’em omówić te trafne wnioski i podjąć decyzje.

Rzuciła mi od progu kwaśne spojrzenie i wyszła.

- No, to włączaj telewizornie. Meczyk się właśnie zaczyna! – Chief przesiadł się do fotela.
- Zaraz, zaraz – pociągnąłem długi łyk z wazonu – najpierw zrobisz, cholera, tę formułę co to mi tutaj...

13:57, tomasz.knitter
Link Komentarze (11) »
wtorek, 29 czerwca 2010

plakatKorporacyjne zmiany na naszym statku postanowiliśmy podkreślić za pomocą nowego wyglądu naszego bloga. Projekt stworzony został przez Andrzeja Budka. Wśród jego wielu znanych projektów przypominamy obok ten z wyborów 4 czerwca 1989r, który przeszedł do historii...

 


10:05, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (2) »
środa, 09 czerwca 2010

mala


Papuga zaczynała działać mi na nerwy. Jakaś mało rozmowna była.

- Powiedz coś! Ja mam już dosyć twojego towarzystwa! Nic nie mówisz od dwóch minut i nie wiem, czy jak cały czas będziesz taka zamknięta w sobie, to czy nie będę musiała wysłać cię na jakąś terapię! Wiem, że miałam się tobą opiekować, ale ani nie chcesz zjeść mojej fasoli z obiadu, ani nie pozwalasz wsadzić się do prototypu kolejki górskiej z rolek od papieru toaletowego, ani w ogóle nic mi nie pomagasz. No bo kto ma zjeść moją fasolę? Przecież to oczywiste, że ani ja, ani nikt inny, więc dla dobra społeczeństwa powinnaś to zjeść ty! – pomimo długiego wykładu papuga cały czas wpatrywała się mętnymi oczami w przestrzeń. Postanowiłam wyjść. Mocno trzasnęłam drzwiami, oczekując że po chwili usłyszę ”Przepraszam”. A ona nic. Jak zwierzę,  zero ogłady. Pomaszerowałam więc do czegoś, co nazywali salą konferencyjną, a co w rzeczywistości było starą kajutą. Przez drzwi usłyszałam Mata, który coś tam gadał o tych zojeniach, co się nimi papuga dołowała. Ale właśnie z papugą miałam problem, co trzeba było natychmiast komuś opowiedzieć.
- Czy na sali jest lekarz? - spytałam dość głośno, bo wszyscy na siebie krzyczeli. No dobrze, nie dość głośno, tylko bardzo głośno, a precyzyjnie rzecz biorąc wrzasnęłam. Ze skutkiem natychmiastowym.
- Dziecko, co ty bredzisz? – spytała się zaniepokojona Intendentka. – Źle się czujesz? Chcesz iść do doktora?
- Nie ja, tylko moja papuga. I nie do jakiegoś tam doktora, tylko do psychoterapeuty, psychiatra też się zresztą nada. No, ale na wszelki wypadek wezwijcie też laryngologa, bo mnie nie słucha, logopedę, bo nic nie mówi, ortopedę, bo się nie rusza, i jeszcze kogoś, kto by sprawdził, czy nie ma wrzodów żołądka. Tyle się o tym ostatnio słyszy… A żeby nie trzeba było za dużo razy dzwonić, od razu proponuję zakład pogrzebowy- zakończyłam ponuro.  Wszyscy wpatrywali się we mnie zdziwieni.
- Czy to biedne ptaszysko jeszcze żyje? – jęknął gdzieś z tyłu Cook.
- Sprawdźcie sami, bo już niczego nie można być pewnym. Ja sama nie jestem pewna,  czy mam plecy, bo ani razu ich jeszcze nie widziałam.

Gdy już dotarliśmy do mojej kajuty, nad papugą zgromadziła się komisja pseudolekarzy. A gdy oni radzili, co począć, ja poszłam do mesy po ciastko. Może i sytuacja jest dramatyczna, ale to nie zwalnia mnie z jedzenia.

Jak wróciłam, cała załoga patrzyła na mnie z wyrzutem.

- Wiesz, czemu ona się nie rusza? – spytał mnie gniewnie Bosman.
- Nieeee.  Gdybym wiedziała, to bym was przecież nie wołała, no to chyba w miarę logiczne jest.
- Nie rusza się, bo ją polakierowałaś.
- Powiedziała, że stary kolor jej się nie podobał.
- Powiedziała ci to?!
- Nie.  Ale ja wiem, że gdybym jej nie zapchała dzioba fasolą, to by powiedziała.
- Aha, to dlatego nie mówi. Więc cię słyszy, ale nie może mówić. Tylko skąd ci się wzięły te wrzody żołądka?
- Od zmian ciśnieniowych na kolejce – wskazałam palcem chybotliwą konstrukcję.
- To chyba nie jest dobry pomysł, żebyś to ty się nią opiekowała – powiedziała z powątpiewaniem Intendentka.
- Jest,  jest!  Czy miała kiedyś takie emocjonujące przygody jak dziś?  A świadomość, że żyła krótko acz wesoło jest bardzo pocieszająca!
- Czemu zakładasz, że będzie żyła krótko?
- Bo w tej łazience na korytarzu w wannie pływa rekin – po tym oświadczeniu twarze im zbladły i wyszli z pokoju. Po chwili usłyszałam krzyki:

- Co ona sobie wyobraża! Od początku z tymi zwierzętami są problemy!  Rekiny, papugi, ona! – Kapitan wydzierał się jak opętany. -  Musimy się jakoś zorganizować!  Jutro na meetingu piszemy regulamin! ŻADNYCH zwierząt na moim statku nie będzie!

15:50, zuzanna.brozek
Link Komentarze (4) »
środa, 26 maja 2010

Cook- Gotowanie rosołu jest strasznie nudne – rzuciła Mała. – Przygotowywanie gazetki pokładowej było spoko, ale robienie rosołu jest beznadziejne.
- Wcale tak nie uważam – odparłem nieco poirytowany. Małą miałem na głowie od jakiś dwóch godzin i przez ten czas nieźle dała mi w kość. - Przygotowuję go według swojego przepisu od 20 lat i jeszcze mi się to nie znudziło.  A poza tym skąd możesz wiedzieć, że to jest nudne, skoro dopiero co obraliśmy warzywa. Po trzech minutach ci się znudziło?
- Tak, róbmy coś innego. Proszę, proszę!
- aobra, młoda jesteś, nie znasz się jeszcze. A co w takim razie lubisz robić?
- Nooooo, na przykład opiekować się zwierzętami. Po prostu to uwielbiam. Miałam kiedyś taką świnkę morską. Często robiłam jej taki tor przeszkód. Musiała pokonać go jak najszybciej.... To znaczy... właściwie to zrobiłam ten tor tylko raz. Świnka morska nie przeszła przez odcinek wodny.
- Aha, czyli świnka morska okazała się wcale nie taka morska? Nie pływa?
- Pływa, pływa, ale w zanurzeniu na bardzo krótkim dystansie. Ale miałam też psa...
- O nie, nie! Finału tej historii nie chcę znać! – uciąłem słowotok Małej. – Ale wiesz co, tak się dobrze składa, że mamy na pokładzie papugę – dodałem pełen nadziei, iż tym razem wzbudzę jej zainteresowanie.
- Papugę? Miałam też papugę, ale...
- Nie, błagam, tej historii też nie kończ! Chodź lepiej zobaczyć tę papugę. Jest naprawdę wielka. I ma jeszcze jedną cechę. Dużo gada. Tak więc z pewnością znajdziecie wspólny język.
- Wspólny język? Wiesz, to nawet całkiem zabawne. Spróbuj wyobrazić sobie to dosłownie. Ja i ty znajdujemy gdzieś język, który jest jednocześnie i twój i mój. Rozumiesz?
- Niebardzo. Chodźmy lepiej do papugi - czułem, że opadam z sił. Mała zagada mnie zaraz na śmierć. Cała nadzieja w papudze.

Chwilę później byliśmy w kajucie Drugiego. Ten był gdzieś na pokładzie, więc nie musiałem się tłumaczyć po co przyszliśmy. A Mała zaniemówiła. Moje przeczucia okazały się słuszne. Papuga zrobiła na niej olbrzymie wrażenie. Wpatrywała się w nią z ogromną ciekawością. Wreszcie skupiła się na czymś dłużej niż trzydzieści sekund.

- Z takiego ptaka to byłby niezły rosół, nie? – zapytała.
- Nie wiem, nie myślałem nad tym – odparłem. – Ale poczekaj jeszcze chwilkę...

- Zojenia! – zaskrzeczała nagle ara.
- Ojej, ona rzeczywiście mówi! – krzyknęła Mała, a jej oczy wyrażały najwyższe zaciekawienie – Mówi, mówi, mówi!
- Poczekaj, niech się trochę rozkręci – dodałem spokojnie.
- Zojenia! Zojenia! ZWOJENIA! – krzyczała Ara.
- Zwo co? Jakie zwojenia? Ty, czekaj, powtórz to jeszcze raz! – teraz to moje oczy wyrażały najwyższy stopień zainteresowania. Zbliżyłem twarz do klatki. – Powtórz to jeszcze raz, ale powooooli i wyraaaaźnie. No?
- Kocham cię, kocham! – Ara najwyraźniej postanowiła zmienić temat.
- Nie, nie, nie to. Powtórz to, co mówiłaś wcześniej!
- Kocham cię, Sabina, kocham cię! – skrzeczała uparcie.
- Słuchaj, nie interesują mnie wyznania miłosne Drugiego. Bądź tak miła i powróćmy do poprzedniego wątku.
- Kocham cię, kocham. Kocham cię, Sabina!
- Ona się z tobą droczy – wtrąciła Mała.
- Słucham? Co robi?
- Żarty sobie z ciebie robi. Na złość gada o czymś innym. Nie masz u niej żadnego autorytetu. Robi sobie z ciebie jaja. Ale ja mam pomysł. Idę do Chiefa po wiatrówkę. To ją przekona.
- Po co idziesz?

Odpowiedzi nie uzyskałem. Mała była już za drzwiami. Ale to było teraz zupełnie nieistotne.

ara- Dobrze, moja papugo. Przypomnijmy: zainstalowałem Cię w tej kajucie, abyś pełniła rolę szpiega. A więc się skup i, na miły Bóg, kooperuj! Powtórzymy jeszcze raz. Zwojenia. Co za zwojenia? Patrz na moje usta. Powtórz za mną. Zwojenia, zwojenia, zwojenia zwo-je-nia, zwo....
- ZWOLNIENIA! BĘDĄ ZWOJENIA! ZWOLNIENIA! ZWOLENIANIA! ZWOLENIANIA! – wrzasnęła ara.
- O ja pier#&%@! – więcej nie potrzebowałem. Czułem to pod skórą, po prostu czułem, że tak to się wszystko skończy!

Odwróciłem się w stronę drzwi. A w nich właśnie stanęła Mała z wiatrówką w rękach.

- Broń już niepotrzebna – rzuciłem. – Świadek złożył zeznania po dobroci, bez straszenia odstrzeleniem mu łba. A teraz bądź tak miła i zajmij się sobą. Może się jednak przełamiesz i skończysz ten nasz rosół, OK? – wyminąłem Małą w pośpiechu.
- OK – usłyszałem już za plecami.

Wybiegłem na pokład. Musiałem odetchnąć świeżym powietrzem, czy raczej Ekstra Mocnymi. A na pokładzie czekała mnie kolejna niespodzianka. Pracowała tam  ekipa malarzy. Na mostku kapitańskim malowali jakiś wzór. O co to chodzi? Przecież niedawno nasz statek został odmalowany. Co oni robią?

- Masz może te swoje sławne Ekstra Mocne? Mogę jednego? – niespodziewanie pojawiła się Intendentka.
- Ty palisz?
- Palę, ale się nie zaciągam.
- A świnka morska generalnie pływa, z tym że w zanurzeniu na bardzo krótkim dystansie.
- Słucham?
- Nieważne. Proszę.

I tak paliliśmy sobie w ciszy patrząc na pracę ekipy malarzy. Każdemu z nas coś chodziło po głowie, choć tym razem miałem wrażenie, że myślimy o tym samym.

- Idą spore zmiany, co? – przerwałem tę chwilę milczenia.
- Mhm – odparła krótko Intendentka. Wypuściła dym z ust. Faktycznie – nie zaciągała się.
- Nie podoba mi się to. Przecież było tak dobrze. Pływaliśmy razem, realizowaliśmy zamówienia, kumplowaliśmy się, razem improwizowaliśmy... Fajnie było.
- Fakt, było fajnie. Ale w organizacji nic nie jest stałe. Zmiany są naturalne. Tylko zmiany mogą spowodować, że będziemy płynęli dalej, a nasz statek będzie mógł konkurować z innymi. Nie o to chodzi, żeby było fajnie. Jesteśmy w pracy.

Trzeba przyznać, że mówiła sensownie. Miałem wrażenie, że oboje czujemy pewną nostalgię za tym, co było. No ale cóż, „jesteśmy w pracy”. Pewien rozdział historii naszego statku nieuchronnie się zamyka. Nie wiadomo co przyniesie następny. Będzie lepiej lub gorzej. Ale poczciwy Stary nie wróci. To jedyne, co pewne.

- Będą zwolnienia? – walnąłem prosto z mostu. Musiałem zadać to pytanie.

Intendentka uśmiechnęła się do mnie życzliwie.

- Te Ekstra Mocne są na mój gust przereklamowane. Capią jak koza - wyrzuciła papierosa za burtę. I znów spojrzała mi się prosto w oczy. Ten jej uśmiech mówił wszystko.

A więc odpowiedź już znałem. W takim razie przyszedł czas na kluczowe pytanie.

- Czy Nowy wywali mnie z roboty?
- Przecież założyłeś z Bosmanem związki zawodowe. A więc obaj jesteście, jak to określiliście, NIE-DO-RUSZENIA.
- Niby tak. Czemu zatem czuję się źle?
- Bo grasz przeciwko Nowemu? To cię męczy? Co innego, kiedy kombinujesz, szmuglujesz papierosy, zamieniasz je na papugę, a następnie próbujesz ją korzystnie sprzedać. Spokojnie, spokojnie, oczywiście, że wiem o tych twoich transakcjach. Przecież nie jestem ślepa, ani tym bardziej głupia. Ale, kontynuując, spiskowanie przeciwko Nowemu to zupełnie inna gra. Ta gra jest moim daniem wbrew twojej naturze, nie pasujesz do tej roli. Dlatego czujesz się źle.

Co więcej dodać. Laska „trafiła w punkt”. I fakt, że jestem NIE-DO-RUSZENIA jakoś mnie nie pociesza.

- Chyba masz rację. Może to wszystko zaszło za daleko? Ale co teraz zrobić? Od czego zacząć?
- Głowa do góry. Jesteś przecież kompetentnym pracownikiem. Statek przechodzi teraz gwałtowne zmiany i potrzebuje ludzi doświadczonych, którzy znają się na robocie. Od czego zacząć? Hmm. Na twoim miejscu zaczęłabym od tego, w czym jesteś najlepszy. Zrób solidnie ten swój cholerny rosół – i palnęła mnie tak przyjacielsko ręką w głowę. – A co tam, daj jeszcze jednego Ekstra Mocnego. Koza nie koza, ale zapalę jeszcze.

Dobrze jest czasem z kimś tak szczerze pogadać. Czułem się jakbym schudł ze dwadzieścia kilogramów. Wygląda na to, że jeszcze wszystko mogę naprawić. Tylko muszę się wykazać. Ale...

- O jasna cholera!!! – nagle przypomniałem sobie o Małej.
- Co jest?
- Mała jest lekko szalona, ale chyba nie aż tak, żeby ugotować rosół z mojej ary! Przeszło jej to przez głowę!
- Ty no, chyba nie...No bez przesady! Chociaż... może?!?!

Chwilę później wpadłem do kuchni. To, co zobaczyłem, było dopełnieniem dzisiejszego wariackiego dnia. Mała siedziała na środku kuchni. Obok niej dreptała po jakiejś macie ara. Chodziła w tą i z powrotem, od brzegu do brzegu.

- Co ona tu robi? - zapytałem wytrzeszczając oczy.
- Oj, bo ona jakaś taka strasznie zdołowana jest. Ciągle o tych zwolnieniach nawija – odparła Mała. – Ubłagałam Drugiego, żeby pozwolił mi opiekować się papugą. Z początku nie był zachwycony. Ale tak długo go prosiłam, aż się w końcu zgodził. Zaopiekuję się nią.
- Najważniejsze, że jej nie ugotowałaś. To już dobry początek. A możesz mi powiedzieć po czym ona tak drepcze?
- To jest mata do jogi. Chief wykonuje na niej jakieś dziwne figury i to go relaksuje. Może papudze też pomoże i przestanie się dołować tymi zwolnieniami – Na chwilę zamilkła. Nie mówiła przez całe 10 sekund – to prawdziwy rekord tego dnia. – Słuchaj, Mat.
- Co znowu?
- Ja się zaopiekuję  papugą tak, jak obiecałam. Ale z tymi zwolnieniami to nic nie poradzę. Może ty się tym zajmiesz?

Genialne. Może do czegoś przydadzą się te nasze Związki Zawodowe? "Niechcący" zrobimy coś dobrego.

- No dobrze. Ty będziesz dbała o zdrowie psychiczne papugi, a ja zadbam o to, by nikogo nie zwolnili. Umowa stoi?
- Stoi!
-No to chodźmy od razu obgadać to z Bosmanem.

I poszliśmy długim korytarzem w stronę kajuty Bosmana. Mała oczywiście nie przestała mówić ani na moment...

- Super, to Intendentka z nami zostanie?
- Pewnie, że zostanie.
- A Drugi też?
- Oczywiście.
- A ten śmieszny majtek Szczurek?
- On także.
- A Chief? Chief też pozostanie na statku?
- Chief też. Z tym, że Chief będzie miał z nich wszystkich najtrudniej.
- Najtrudniej, a dlaczego?
- A to dlatego, moja droga, że jutro już cała załoga statku będzie wiedziała, że Chief po godzinach pracy uczy się lewitacji...

17:19, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 maja 2010

mechCo ja robię?

Chyba skretyniałem do reszty. Wyginam się w różne strony, przyjmując „trójkąt”,”wojownika”, zwracając uwagę na oddech.

„Podstawy dynamicznej jogi”, które dostałem od Kapitana, wkręciły mnie. Ćwiczę co drugi dzień.

Ale mam wyrzuty. Może to jakiś niepoważny aerobik, kolejne wyciskanie kasy z życiowych nieudaczników.

Niechętnie muszę przyznać, że jednak czuję się jakoś inaczej, jakoś lepiej.

Chłopaki mi mówią, że mniej pokrzykuję ostatnio.

Ale na Boga, te nazwy pozycji: „Lew”,”Paw”. Brakuje tylko „Żaby”, „Dafni” i „Krylu”...

Żebym się tylko nie wygadał, przed resztą załogi, że ćwiczę.

A swoją drogą co tam się dzieje ostatnio...Kapitan jak palec boży pojawia się zawsze tam, gdzie trzeba, Pierwszy sapie jak Vader z Gwiezdnych Wojen, Bosman z Cookiem wzorem niemieckich związków zawodowych chcą decydować nawet o kolorze, na jaki ma być przemalowany pokład.

Drugi wygląda jakby chciał zagłosować jednocześnie na Komorowskiego i Kaczyńskiego miotając się między dobrymi chęciami, brakiem doświadczenia, a miłością do Intendentki. Ta ma jakiś kryzys - co może w przypadku kobiet jest akurat normalne - i przygasł ten wewnętrzny blask, którym promieniała na klapniętą, jak fryzura odjechanego dyrygenta, załogę.

Prawa noga na szerokość barków...wdech i wyyyyydech...wdech i wyyydech...

Ta Mała jest okej. Ale to ozdóbka, bombka na więdnącej choince załogi.

Dawniej było jakoś inaczej. Bliżej do ludzi. Teraz sukces ma pieprzone 25000 koni mocy, ciągnie wszystko inne. Na szczycie egzystencjalnego kwantyfikatora jest tak zwany sukces.

Fantazja, filantropia, prostota przeciągnięte pod kilem nawet nie pisną żeby się przypomnieć.

Dlaczego tak cenimy Kapitana? Czy wiemy o nim coś ponad to, że potrafi osiągnąć sukces na każdej krypie, z każdą załogą.

Nie. I to nam wystarcza.

Kapitan jest wporzo, bo będzie sukces. Bo wyd@#$my konkurencję, zmienimy Skody na Volkswageny. Żony pochwalą nas przed koleżankami. Mamy tyle, że wystarczy na godne  życie, ale sukces każe mieć więcej. Pozycjonujemy się w stadzie jak w googlach.

Kręgosłup prosto, ciało odprężone...

Nie mogę sobie przypomnieć po co zamustrowałem się ponad 20 lat temu.

Serce było okej, to ja zostawiałem kobiety. Zarabiałem na gitarze w kapeli ulicznej więcej niż mogłem wydać – kasy nie brakowało.

Dla przygody? Żeby pójść za ciosem po skończonych studiach?

Bóg mi świadkiem, nie pamiętam. Rozkoszna amnezjo – jaki impuls pokierował ostatnimi 20 latami mojego życia?

Były sukcesy, były porażki. Kobiety w portach, bójki, sztormy. Ciągnąca się miesiącami nuda, lepka jak stary olej zza zaworu głównego zegara.

Ot, chwilowe podniety, wiry wydarzeń mamiące intensywnością i treścią, z perspektywy 45-latka, znaczenie zbliżone do tego, jakie ma pluszowy miś z dzieciństwa dla 19- latka.

Jest coś w tym obserwowaniu oddechu...

Staje się dla mnie jasne dlaczego byłem zgryźliwy przez ostatnie lata...skąd to hodowanie kwiatków...przecież to znikąd się nie bierze...muszę coś zmienić...Lubię tych ludzi, tę robotę, co więcej znam się na niej...ale to nie to...

Tak, wysiądę w najbliższym porcie i...niech się dzieje wola boska...


Pukanie do drzwi wdarło się w medytacyjne ukojenie jak hiszpańska inkwizycja. Otworzyłem bez pośpiechu, spokojny i jakby o epokę młodszy o kolejne doświadczenie. Kapitan patrzył zagadkowo opierając się o framugę jak w tanim filmie.

- Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – uśmiechnąłem się szczerze.
- O, mata do jogi.
- Ciszej – zerknąłem mu przez ramię czy nikogo nie ma – Wchodź.
- Mam dobrą wiadomość – zaczął jak wszedł.
- Ja też.
- Ja pierwszy.
- Przywilej szarży, proszę mówić – podkręciłbym szlacheckiego wąsa gdybym miał.
- Walę prosto, by tak rzec, z mostka. Wynegocjowałem dla Ciebie specjalną premię i dużą podwyżkę. Możemy podpisać w przyszłym miesiącu.

Klepnął mnie dziarsko w plecy i prawie krzyknął:

-Nieźle, co?!

20:53, michal_nieweglowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 maja 2010

facebookNo cóż, wygląda na to, że jeśli nie ma Cię na Facebooku, to znaczy, że nie istniejesz. Nie zamierzamy sprawdzać, czy stwierdzenie to jest prawdziwe. Założyliśmy więc stronę naszego bloga. Zapraszamy!

16:07, bartosz.kozlowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 kwietnia 2010

pani_intendentPrzerasta mnie to wszystko. Nie, chyba powinnam powiedzieć sobie szczerze – sytuacja mnie PRZEROSŁA. Zawodowo – jestem za cienka na taką ostrą ocenę i zmiany dotyczące ludzi, jakich wymaga ode mnie Kapitan. Za cienka jestem na przeprowadzenie tego, co on sobie wymyślił. Poza tym, nie chce mi się tego robić. Lubię tych ludzi. Może dla niego takie „szybkie” zarządzanie jest normalne, może nawet będzie skuteczne, ale ja się do tego nie nadaję. Nie będę zwalniać Pierwszego i szukać haka na Bosmana, żeby sobie darował Związki. Nie umiem, duszę się w tej roli.

Do tego dziecko! Co ja mam zrobić z tą małą? Nawet miła jest i bystra, ale ja nie mam głowy na ciągłe pilnowanie jej. Przecież one jest gotowa przemalować pokład i wszystkie sprzęty, żeby w godzinę zorganizować tropikalny bal przebierańców! Do tego  cała załoga pójdzie za nią jak w dym… Matko kochana, co ja mam z nią zrobić?

Kolejny temat: Drugi. Płakać mi się chce. Kapitan zakomunikował mi wprost, że w jego zespole nie ma miejsca na żadne związki prywatne. Albo koniec z tym, albo jedno z nas odchodzi. Ja nie jestem gotowa ani na jedno, ani na drugie. Nawet nie chcę o tym rozmawiać z Drugim, zwodzę go i unikam rozmowy już kilka dni. Wczoraj dzwonił head hunter z propozycją spotkania, a ja odruchowo go spławiłam… Może jednak spotkam się z nim? Taki mam głupi, lojalny odruch „nie, dziękuję, znakomite miejsce, nigdy bym się  nie odnalazła na lądzie”. A może właśnie czas darować sobie cały ten cyrk? Może właśnie zmienić pracę, wejść między innych ludzi, nauczyć się czegoś nowego, może być z Drugim „inaczej”? Ciekawe, czy ten związek w ogóle ma szanse na przetrwanie…

- Cześć kochanie! Szukam Cię wszędzie!  -  Drugi spadł nagle z nieba, aż mnie przestraszył. – Co ty masz taką dziwną minę? Nie cieszysz się na mój widok? Ostatnio złapanie Cię graniczy z cudem. Co jest grane?
- Nic. Zajęta jestem. Wojtek trochę mi przykręca śrubę, nie przywykłam do takiego stylu pracy.
- Daj spokój, przede mną możesz sobie darować takie teksty. Może i bywa z nim trudno, ale fajny jest. Mnie się podoba! Zaproponował mi zupełnie nowe zadania na najbliższe miesiące, chce żebym więcej  z nim pracował i w ogóle, wiesz trochę inaczej – podrapał się w głowę z zakłopotaniem – tak jakby bardziej strategicznie…. Wiesz, właśnie przyszło mi teraz do głowy…  tak jakby chciał dać mi trochę zadań Pierwszego… Podejrzane. Ty coś wiesz?
- Odczep się. Nie będę z Tobą rozmawiać o takich sprawach.
- O cholera! Chcecie zwolnić Pierwszego! Jaki ja jestem durny, że od razu na to nie wpadłem!

Zapadła cisza. On się zapatrzył w horyzont, ja w deski pokładu. Teraz dopiero mam problem. Wojtek mi nie uwierzy, że nic mu nie powiedziałam.

- Idę do Małej. Robi gazetkę pokładową z Cookiem. Muszę sprawdzić, czy jeszcze nie spalili mesy.

I poszłam bez słowa. Muszę znaleźć numer telefonu do tego head huntera.


11:26, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 kwietnia 2010

bosmanZebraliśmy się w ładowni. Wszyscy, a właściwie wszyscy, których mogliśmy potencjalnie namówić na poparcie dla nas. Naturalnie nikt z oficerów nie został zaproszony. Myśleliśmy, czy nie byłoby dobrze włączyć Pierwszego. Po rozmowie z Cookiem wydawał się być dość dobrym materiałem do wykorzystania, w końcu jednak zdecydowaliśmy, że jako oficer mógłby chcieć przejąć kontrolę, a to nam się zdecydowanie nie podobało.

Tak więc, popędziliśmy do ładowni. Cook wpadł w ostatnim momencie, bo trochę zabałaganił z tym nieszczęsnym bachorem, co to strzelił w rurkę wyrównującą ciśnienie w dieslach. Ciekawa historia. Nikt oprócz Chiefa w ogóle o tej rurce nie wiedział, dopóki ta mała nie odstrzeliła zaworka. Zaworek z potworną prędkością palnął prosto w ucho Szczurka, który po kryjomu palił skręty za kominem. Szczurek przestraszył się nie na żarty, że go przyłapałem i dałem po uszach. Zanim zorientował się co się stało, zdążył zasalutować i trzymając się prosto jak struna wybełkotać jakąś wymówkę. Dopiero po chwili zauważył, że ma uszkodzone ucho i z piskiem popędził do konowała. Przez to teraz symuluje w izbie chorych i nie mamy tu naszego reprezentanta do Rady Rejsu. Nie mamy też napędu, bo pomimo znacznej ilości Poxiliny, rurka nie działa. Ponoć w przyszłym tygodniu mają sprowadzić nową.

W ładowni czekali już wszyscy, których zaprosiliśmy. Pod ścianą stał wózek widłowy z jakąś paletą. To miała być moja mównica. Niestety obowiązek wygłoszenia przemówienia przypadł właśnie mnie. Trochę nieopatrznie wybrałem się na prezesa, bo teraz muszę gadać publicznie, choć, psiakrew, tego nie znoszę! Próbowałem przemówić do rozsądku Cookowi, żeby to on palnął mowę ale łobuz się wykręcił. Natychmiast wyciągnął zza pazuchy jakieś podejrzanie wyglądające zaświadczenie, że ma dysleksję, ADHD i kilka innych skrótów, i z bezczelnym uśmiechem oznajmił, że chciałby bardzo ale lekarz zabronił mu przemawiać publicznie.

W ten sposób zostałem agitatorem. Prawdę mówiąc, jestem bardzo dobrym mówcą i nie to, żebym się bał ale od rana nie mogłem przełknąć ani kęsa, za to w kiblu byłem ze cztery razy i wciąż nie czułem się zbyt pewnie.

Weszliśmy do tej cholernej ładowni. Zrobiło się cicho jak w barze, gdy wejdą obcy. Wszyscy gapili się na nas z oczekiwaniem. Ja podszedłem do widlaka i wgramoliłem się na paletę. Dobrze, że Cook mnie złapał jak się potknąłem, bo inaczej niechybnie wyrżnąłbym czołem w hydraulikę.

- Jasny gwint, psiakrew! – zakląłem... i poczułem takie parcie, że natychmiast zawinąłem się na pięcie i jak z procy wyleciałem... znów w stronę latryny. Trochę pomogło, ale nie za bardzo. Szedłem do ładowni nieco sztywny. W środku było bardzo wesoło. Wszedłem znienacka i zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na mnie, tylko Cook, który stał tyłem do drzwi i zabawiał towarzystwo, śmiał się nadal w głos kucając nisko i udając Stenmark – to niby miałem być ja. Gdy się odwracał, jego twarz rozjaśniała radość, która powoli zamierała i w miarę opadania szczęki zamieniała się w totalne zawstydzenie. Poczerwieniał, spuścił wzrok i wymamrotał „Sorry Bo”.

Ponownie wspiąłem się na moją mównicę, wygładziłem fałdy drelichu i przemówiłem. To znaczy chciałem przemówić, tyle że zamiast barytonu, z którego jestem tak dumny, coś zaskrzeczało. Sam się zdziwiłem. Popatrzyłem na Cooka ale on tylko wzruszył ramionami. Spróbowałem ponownie.

-Eeeeee, znaczy tego, że witamy was na pierwszym naszym, tego, oficjalnym spotkaniu, znaczy zebraniu aktywu. Nasz Związek Zawodowy Navigare został wymyślony, znaczy założony, psiakrew, żebyśmy, znaczy żebyście mogli mieć równość i parytet – co ja do cholery gadam? To dziecko od wiatrówki palnęłoby lepszą mówkę. Postanowiłem spróbować raz jeszcze.

- No, tego, jesteśmy tu, żeby ukonstytuować działania naszego Związku – szło już lepiej, choć w mojej głowie nadal dominowała pustka. Zauważyłem za to, że z każdą moją próbą, uczestnicy przyglądają mi się z większym zainteresowaniem.

- Nasz Związek został stworzony, żeby nie można było sobie o tak decydować o naszym losie. Mamy nowego Kapitana, który mówi, że wie jak poprowadzić nasz statek. Czy ktoś widział go wcześniej? Czy mamy jakieś dowody na to, że wie co robi? Kadra oficerska patrzy w niego jak w obrazek ale to nic nie znaczy!

- Podobno mamy pływać w Europie. Dlaczego? Nie wiadomo. Przecież na zdrowy rozsądek to mniej ekonomiczne. Krótkie trasy, częste odpalanie maszyn, katorżnicza robota z załadunkiem i wyładunkiem, konkurencja kolejowo-drogowa, że wyliczę tylko tyle.

- To nie wygląda dobrze. Postanowiliśmy zatem być bliżej wyższych szczebli zarządzania, żeby interesy nasze, znaczy załogi, na tym wszystkim nie ucierpiały. Klasa robotnicza musi być na tym statku szanowana. Jesteśmy solą tej ziemi i to dzięki nam ten statek chodzi. To znaczy na razie nie chodzi, bo bachor odstrzelił zaworek ale będzie chodził! – szło mi już całkiem dobrze.

- Nasze interesy i bezpieczeństwo muszą zostać zagwarantowane. Płace wyrównane. Godziny pracy ograniczone. Będziemy walczyć o wasze prawa! Dajcie nam tylko wasze poparcie, gotowość do strajku w razie czego i skromne składki związkowe, żebyśmy mogli w pełni zaangażować się w walkę o was – już byłem na wysokich obrotach!

Właśnie szykowałem się do zadania ostatecznego ciosu, gdy zauważyłem postać podnoszącą się z ostatniego rzędu. Postać powoli zbliżała się do mojego widlaka. Spokojnie idąc założyła czapkę, kapitańską czapkę i z uśmiechem podeszła bliżej. Głos uwiązł mi w gardle i znów poczułem łaskotanie w trzewiach.

Wskakując na paletę, kapitan patrzył na mnie życzliwie. Poklepał mnie po ramieniu, odwrócił się do ludzi i powiedział.

- Kochani. Jesteście moją załogą! Słyszycie? MOJĄ ZAŁOGĄ! Nigdy nie pozwoliłbym nikomu Was skrzywdzić ani wyzyskiwać. Wspólnie z Intendentką przygotowaliśmy dla Was pakiet socjalny, który zagwarantuje Wam godziwe warunki pracy i zarobki. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że dzięki Wam ten statek pływa. Pamiętajcie jednak, że nie jesteście jedyni. Ktoś musi wytyczyć kurs, zaplanować remonty, zadbać o zaopatrzenie etc., po to, żeby Wasza praca była jak najbardziej komfortowa i skuteczna. Dlatego właśnie oczekuję wzajemnego wsparcia pomiędzy kadrą oficerską i załogą. Sami wiecie, że tylko jak obie strony są zadowolone i dobrze wykonują swoją pracę, to statek naprawdę pływa. Pływa, ma się dobrze i przynosi zyski, które nie tylko zwiększają majątek armatora ale również, w  większej części trafiają do załogi – cholera, mówił sensownie i z taką swobodą. – Dzięki tym zyskom możemy utrzymywać statek w lepszej sprawności, co oznacza mniej ciężkiej pracy dla was. Dzięki nim możemy lepiej was żywić, dawać wam świąteczne nagrody, częściej wysyłać na urlopy, zapraszać wasze rodziny i fundować im darmowe bilety. Żyjemy w XXI wieku. Teraz już nie wyzyskuje się załogi, bo to się nie opłaca!

- Bosmanie – odwrócił się znów do mnie – co do mojego doświadczenia, powiem tylko, że zaczynałem karierę właśnie jako bosman, na okręcie wojennym. Tam nauczono mnie jak pracować. Potem przeszedłem do marynarki handlowej. Być może znacie statek o nazwie Queen of Saba. Tak, ten który po przekrętach z „kreatywnym handlowaniem”o mały włos nie doprowadził do bankructwa naszego armatora. Zgodziłem się wtedy przejąć nad nim  dowództwo tylko dlatego, że pokładałem wiarę w jego załodze i tylko dlatego, że to załodze zależało ...., mówiąc „załoga”, myślę również o oficerach, teraz znów jest naszą chlubą, a marynarze mają najlepsze warunki we flocie.

- Tutaj też tak może być. Zdecydujecie sami – patrzył uważnie na marynarzy.

- A wy Bosmanie,  - zwrócił się do mnie z wyrzutem - razem z Cookiem, zameldujecie się u mnie, zaraz po zebraniu Związku.

Ukłonił się, zeskoczył na ziemię, poprawił czapkę i wyszedł. W ładowni znów panowała cisza. Zrobiło mi się nieswojo. Nie patrząc na innych burknąłem

– To wszystko. Zebranie skończone – i w towarzystwie niezbyt szczęśliwego Cooka pomaszerowałem do kapitańskiej kabiny.

21:34, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (1) »
środa, 24 marca 2010

- A ty kto?! – spytał mnie jakiś facet z paskudnymi tatuażami na rękach, najwyraźniej bardzo zdziwiony moją obecnością……. tu. Nie mam bladego pojęcia co to za miejsce.

Zacznę od początku. Rodzice wpadli na pomysł, żeby mnie na tydzień wysłać do wujka Stefcia, który pływał na jakimś statku, gdzieś w Azji. Ciekawe, czy już się zorientowali, że pomylili statki. W każdym razie od dwóch godzin siedziałam w kącie pokładu na walizce.

- Kim jesteś?! – powtórzył zirytowany.
- Nie widać? – spytałam z niechęcią. Ale na tym statku śmierdzi rybą…
- Nie ruszaj się stąd – zakomenderował, po czym odbiegł. Po chwili wrócił z jakąś kobietą, która zadała mi (a to nowość) pytanie:
- Skąd się tu wzięłaś?- mówiła powoli i wyraźnie, jakbym była nierozumna.
- Pomyliłam statki – odpowiedziałam jej takim samym tonem.
- Aha.

Po chwili stało nade mną z siedem osób, wpatrując się w mnie jak w jakiś okaz w zoo.

- Dobra. Posiedzi tu do jutra, a potem pomyślimy co z nią zrobić – zaproponował jakiś gościu.
- Ok. W takim razie musimy jej wszystkich przedstawić – stwierdziła babka, po czym zwróciła się do mnie. – To jest Bosman, Cook, to są Pierwszy i Drugi, to Chief, a ja jestem Intendentką, ale mów do mnie M…. Sabina – zarumieniła się i spojrzała na Drugiego. -  Teraz się pobaw, a my wrócimy do pracy.

Siedziałam tam chyba z godzinę. Zdążyłam w tym czasie przemalować kawałek podłogi na niebiesko (farba stała za jakimś kontenerem) ale gdy wylałam farbę, zaczęłam się nudzić. Musiałam podjąć drastyczne kroki. Zeszłam pod pokład, gdzie natknęłam się na tego Bosmana i jeszcze jednego faceta, chyba nazywał się Chief.

- Macie wiatrówkę? – spytałam ich rzeczowym tonem.
- Mamy……. po co ci? – Chief spojrzał na mnie podejrzliwie. – A, nieważne. Zaczekaj chwilkę. – Przyniósł mi porządną wiatrówkę. Od razu pobiegłam na pokład.

Strzelało się świetnie, ale raz trafiłam w statek. Nie wiem w jaką część konkretnie, ale chyba w ważną, bo statek stanął.

- Co ty do ciężkiej cholery zrobiłaś?! - wydarł się jakiś gościu, którego nie znałam. Z pomocą nadbiegła Intendentka.
- Ona nie chciała, kapitanie…, to znaczy Wojtku….

- Zabierzcie stąd tego bachora!!! Kto w ogóle pozwolił jej strzelać?! Silnik nie działa! Nie ruszymy przez dobry tydzień!

Za pół godziny zostałam odprawiona. Wcześniej Intendentka, cały czas nawijająca, że nie mogą mnie tak po prostu odesłać, bo się zgubię (jej opinia została przeforsowana w głosowaniu) wyposażyła mnie w prowiant, pelerynę przeciwdeszczową i koc.

- Wsiadaj – burknął Chief wskazując na ponton. Mam wrażenie, że żałował, że pożyczył mi wiatrówkę.
- Papa – pożegnałam z uśmiechem towarzystwo. – Odwiedzę was jeszcze kiedyś!

A statek jak się zepsuł, tak stał.

13:35, zuzanna.brozek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
postaci