blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
piątek, 23 stycznia 2009
Siedziałem naprzeciwko Starego z wytrzeszczonymi oczami. Jego przygody na morzu, szaleńcze i romantyczne, a za moment znów przerażające były tak nierealne, że czułem nadciągającą panikę. Stary z czerwoną twarzą i poluźnionym kołnierzykiem opowiadał mi właśnie jak to zeszłej wiosny Francuzi chcieli przejąć nasz statek abordażem z pokładu „Anne Marie”. Chryste! Znałem ten statek. Była to mała przetwórnia ryb, dwadzieścia chłopa wszystkiego i stojąc burta w burtę z nami wyglądaliby jak rybka Nemo przy tuńczyku.
Mitoman, jak nic – pomyślałem. Zaschło mi z wrażenia w gardle. Stary mówił od dobrych czterdziestu minut i jeszcze się rozkręcał. Żywo gestykulując strzelał dookoła śliną.
Muszę mu przerwać, muszę – wytarłem trafione właśnie oko. Tylko jak. Miesiąc na statku i już popaść w niełaskę? Umysł rozpaczliwie szukał jakieś frazy, obrazu czegokolwiek aby przerwać rzęsisty słowotok.
Boli mnie...wyszeptałem...boli...Stary nie reagował. Wykrzywiając twarz i wyszczerzając żółte zęby pokazywał jak wyglądała ta stara chinka, która...
Boli mnie!! Wrzasnąłem. Stary zamarł, a ja osłupiałem. Oddech miałem szybki jak po biegu. Boli mnie, powtórzyłem ciszej.
- Co Pan..Co Pana – jąkał się Stary.
- Brzuch, tak boli mnie brzuch! Chyba dostałem biegunki – poczułem ulgę i prawie się uśmiechnąłem.
- Aaa, biegunka.Tak przy naszym cooku wszystko jest możliwe. Właściwie ten dzisiejszy obiad dziwny był jakiś taki. Kto to widział, żeby dorosłym szpinak dawać – kolistymi ruchami masował swój wydatny brzuch. Ze sraczką nie ma żartów – kontynuował – zna Pan paradoks biegunki? I często i rzadko, ot co. Pamiętam jak kiedyś mijając Horn...
- Właśnie! Bo ja już muszę...teraz – poderwałem się z fotela. Bardzo dziękuję za ciekawe opowieści..a te dokumenty do podpisania co przyniosłem, to właściwie chyba Pierwszy może podpisać. Takie tam decyzyjki właściwie, ...a nie jakieś poważne decyzje.
- Dobra, to niech Pan biegnie. Tylko niech Pan czasem nie kichnie! Stary rżał ze śmiechu.
Szedłem markotny przed siebie robiąc sobie wyrzuty. Ale z siebie pajaca zrobiłem! Jedynym moim usprawiedliwieniem mogło być to, że Stary już trzeci raz chciał mi zafundować te same hity. Kity, kurna z satelity! A uprzedzał mnie Pierwszy...
No i te dokumenty, cholera. Pierwszy łeb mi zmyje, bo tylko Stary mógł je podpisać. Tylko, że ten znowu, za wszelką cenę unikał odpowiedzialności i wszystko zwalał na nas. Taki z niego Kapitan jak z koziej...
- Och, ale Pan blady! Rzeczywiście musiało Pana dopaść - stała przede mną w swym opiętym na okrągłościach mundurku.
- A skąd..jak.. – zatkało mnie. Dotarło do mnie, że Stary nie omieszkał podzielić się radosną nowiną. Ale z Intendentką?
- Och, Bosman mi powiedział. A jaki był uradowany! Mówię Panu, średni szczebel kierowniczy cieszy się z każdego naszego potknięcia.
Byłem zdruzgotany. „Średni szczebel” będzie nabijał się ze mnie z marynarzami do rozpuku. I gdyby rzeczywiście było z czego! Ale pasztet.
- A skąd Bosman wiedział – zapytałem słabym głosem.
- Pierwszy odebrał przy nim telefon od Kapitana, który prosił go aby dać Panu dzisiaj wolne, bo...No, bo źle się Pan czuje. I żeby poprosił cooka o nie serwowanie zielonych papek. Ignorant, ja uwielbiam szpinak bo jest zdrowy. Och, widzę, że się Pan chwieje. Mogę jakoś pomóc?
Muszę się opanować, wziąć w garść. Kłamstwo na krzywych nóżkach zataczało dookoła mnie coraz szersze kręgi. Trzeba to przerwać!
- Widzi Pani, mi tak naprawdę nic nie jest. Wszystko w porządku. Chciałem tylko wyrwać się czym prędzej od szefa...
- Proszę się nie wstydzić, przecież to ludzkie..taka niemoc - wlepiała we mnie niebieskie gały. - Przy mnie nie musi Pan udawać. Nic co ludzkie nie jest mi obce...
Próbowałem jej przerwać:
 - Ale ja naprawdę, jak rydz...
 – No już dobrze, dobrze – nie wiadomo dlaczego zaczęła się uśmiechać. - Wiem, że zrobi Pan wszystko, aby mnie przekonać jaki z Pana twardziel.
Mówiąc to poprawiła włosy.
- Ma Pan środki?
- Jakie środki ?! - zbaraniałem.
- Rozumiem. Proszę iść do siebie. Przyniosę Panu coś, co mi zawsze pomaga. Odwróciła się na pięcie i dziarsko pomaszerowała w kierunku ambulatorium.
 Było wczesne popołudnie, a ja z chęcią już bym się położył. Noga za nogą powlokłem się korytarzem w kierunku mojej kajuty. Nagle poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Oderwałem wzrok od wykładziny i spojrzałem przed siebie. Na końcu korytarza stał cook. Nieporuszony wpatrywał się we mnie czarnymi oczkami, z których płynęła skondensowana nienawiść. Nerwowo przełknąłem ślinę. Nie pomogło. Przełknąłem jeszcze raz.
- Pan do mnie? - ku mojemu zdziwieniu nawet nie piszczałem, ...tak bardzo.
Upłynęły długie sekundy zanim odpowiedział. Mówił powoli, ale głos był równie skondensowany jak jego spojrzenie.
- Chciałem tylko zapytać Pana Oficera, czy aby rosołku nie trzeba. Albo może kaszki? Z mleczkiem. I dużo węgla co by się perystaltyka wyregulowała.
Jego słowa rzeczywiście wywołały na mnie wrażenie, że coś w środku mi się poluzowało i gwałtownie obsunęło.
- Nnnie. W sumie. Dziękuję. Jakoś się trzymam. Pewnie kawa mi zaszkodziła – rzuciłem pojednawczo.
- Kawa nie smakuje? Może cukier też nie?
- Nie no co Pan, ja tylko...  – teraz sobie przypomniałem, że tę kawę to ja sam kupiłem. -Tak, tak właśnie: sam! Jeszcze w porcie, w jakimś marnym sklepie. Pewnie zwietrzała była.
Cook wpatrywał się we mnie badawczo przez moment i w końcu powiedział:
- Niech Pan nie kupuje żarcia byle gdzie. Zatruć się można i nieszczęście gotowe.
Odchodząc, zatrzymał się jeszcze na chwilę – a szpinak jest dobry dla marynarzy!
Papaj tak mówi i jak ta mówię!
Wróciłem do siebie, usiadłem na sedesie i zacząłem podliczać straty moralne.
21:59, tomasz.knitter
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 stycznia 2009

- Ja nie wytrzymam! Po prostu tu nie wyrobię! Tyle razy obiecywałem sobie, że rzucę w cholerę cały ten bałagan, a ciągle tkwię w tym bagnie. Frajer ze mnie i tyle. Za takie marne pieniądze tu pracuję. Waldek poszedł pływać na liniowcu i proszę jak na tym wyszedł! Dwa razy większa kasa!
- Coś dzisiaj nie w humorku? – zapytał cynicznie Bosman
- Odejdź ode mnie, stary, bo dziś w pysk mogę dać!
- Wielkie mi to. Ja też w pysk mogę dać! Mów co się dzieje?
- Nie ma żarcia!
- Zaraz, zaraz kto nie ma żarcia? Jakiego żarcia?
- Ja nie mam żarcia, ty nie masz żarcia, nikt nie ma żarcia. Ciekawe co będziemy jeść przez najbliższe tygodnie. Rośliny żyją tylko dzięki wodzie i słońcu, może i my się jakoś przestawimy?
- Ale akcja! – złapał się za głowę Bosman. – Przecież nie zawrócimy!
- No co ty? Cóż za trafne spostrzeżenie! Powiedz mi lepiej, co teraz robimy?
- Co robimy? – odparł wyraźnie poirytowany Bosman.- Jakie my? Raczej co ty robisz?! Myślisz, że ja mam się tutaj wszystkim zajmować? Jeszcze toalety będę tu niedługo czyścił. Nie wiem, stary, idź może do Intendentki. Może zajęłaby się wreszcie czymś konkretnym, zamiast wymyślać te swoje ankiety…
- Masz rację. Idę. Łeb jej urwę!

No i ruszyłem do tej intendentki klnąc pod nosem na czym świat stoi. A intendentka właśnie usilnie pracowała nad kolejnym badaniem satysfakcji personelu statku. Z wyjątkową pasją oddawała się swemu zajęciu: pisała, skreślała, rysowała… Postanowiłem bez zbędnych ceregieli wyrwać ją z tej idiotycznej pracy:
- Gdzie jest nasze wyżywienie? Bo na pewno nie ma go w ładowni!
- Sprawami załadunku, także wyżywienia, zajmuje się teraz Drugi – odrzekła tak grzecznie, jak tylko umiała Intendentka.
- Że co? Staszek załadunkiem się zajmuje?
- Jaki tam Staszek. Staszek już tu nie pracuje. Mamy nowego Drugiego. To bardzo miły i kulturalny człowiek. Proszę iść do niego…
- Jaki?? Kulturalny?? Ja oszaleję! – zapaliłem papierosa i ruszyłem wprost do ‘nowego’. Intendentka mogła spokojnie wrócić do swojej ‘pracy’.

 Drugi siedział spokojnie, jakby na mnie czekał. No to czas na pierwszą próbę sił:
- Czy może pan mi wytłumaczyć, gdzie jest jedzenie dla załogi? – rzuciłem wyrzucając przez okno papierosa.
- Punkt pierwszy: grzeczniej trochę. Punkt drugi: w pomieszczeniu nie palimy. Punkt trzeci w ładowni, z tyłu pod ścianą.
3:0 dla niego. Jeszcze jeden cios i leżę na deskach.
- Przepraszam, sir. Proszę mi tylko podpowiedzieć, jak mam to teraz wyciągnąć?
- Proszę wziąć kilku marynarzy i po sprawie. Przecież ja tego tachał nie będę. A teraz, jeśli pan pozwoli, mam inne sprawy na głowie - zakończył Drugi.

Zebranie kilku marynarzy, którzy zgodzili się pomóc zabrało kucharzowi sporo czasu. Jak mówi popularne powiedzenie: „Ochotnicy wyginęli w Wietnamie”. Coś w tym jest. W końcu jednak wzięli się do pracy. Przekładanie załadunku było wyjątkowo trudnym i męczącym zajęciem. W końcu jednak udało im się dokopać do czegoś, co wedlug mojej oceny wyglądało jak skrzynia z pomarańczami.
- Weźmy to na próbę otwórzmy i upewnijmy się, że przekładamy właściwe skrzynie – zaproponował najstarszy z marynarzy.
Jak pomyśleli – tak zrobili. Skrzynia została podczepiona do dźwigu. Następnie kierujący dźwigiem marynarz skierował ją do zewnętrznej części ładowni. Pech chciał, że na sam koniec operacji skrzynia wysunęła się z mocowania i chwilę później runęła na ziemię. Zgniecione pomarańcze leżały porozrzucane po całej podłodze. W jednym momencie zrobił się niezły bałagan.
- Coś zrobił, baranie? – jak z podziemi wyrósł Bosman.
- Ale Bosmanie… ja… - zaczął tłumaczyć się marynarz.
- Żadne ale! Przez ciebie mamy tu teraz wszyscy kupę dodatkowej roboty! Chochoł jeden! Zasuwaj na czworaka i zbierać mi te pomarańcze. Z powrotem do skrzynek!
Reszta załogi przysłuchiwała się w milczeniu.
- A wy co się gapicie? Do roboty! Za pół godziny ma tu być czyściutko!

Miałem rację. W środku były pomarańcze! Idę zapalić, bo jeszcze mnie do tego sprzątania wciągną...
12:26, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (8) »
postaci