blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
środa, 27 stycznia 2010

intendentkaSiedziałam w mesie i czekałam na Kapitana. Przyszłam trochę przed czasem, żeby spokojnie ułożyć w głowie wszystkie sprawy, które chciałam z nim omówić. Niby rozsądnie mówi, ale coś mi tu nie gra. Jakiś taki perfekcyjny jest. Do każdego mówi inaczej, potrafi złapać w rozmowie najważniejszy dla drugiej strony wątek. Czasem mnie to przeraża, jakby czytał w naszych myślach. No, ale może jest po prostu bystry? Obserwuje i słucha ludzi, analizuje fakty? Może… Święta zasada: „nie uprzedzamy się”.

- A! Jesteś już, świetnie! – przyszedł kilka minut przed czasem, pewnie ma jeszcze mało pracy… wdraża się ;) - Chodź zaszyjemy się gdzieś na pokładzie, taka ładna pogoda.

Wyszliśmy. Trochę niezręczna  sytuacja, spacer po pokładzie z Kapitanem.

- Sabina, jest kilka tematów, które chciałbym poruszyć z Tobą na początek. Zacznijmy od najważniejszego – jestem przekonany, że męczy Cię „przeciwpożarowy” charakter Twoich zadań. Nie dano Ci okazji działać planowo, konsekwentnie, nazywając rzecz po imieniu – myśleć strategicznie. A to przecież duży błąd, zgodzisz  się chyba ze mną?

Matko kochana!! Pierwszy raz w życiu słyszę to wymarzone słowo w kontekście mojej pracy. Ktoś wreszcie pozwoli mi myśleć! Do tego strategicznie!

- Zgodzę się, ale Pan wybaczy może nazbyt ostrą uwagę - nie mam w zwyczaju użalania się nad moim losem pod rządami byłych szefów. Pan Kapitan, znaczy eks-Kapitan, wyrósł z innego pokolenia i inaczej patrzył na moją rolę, co nie znaczy, że ją lekceważył.

Aż mnie zdziwiło, jak ostro się odcięłam. To, co powiedziałam, było jakby z zasady na przekór. Żeby sobie Superman nie myślał, że wszyscy oszaleli  na jego punkcie.

- Tak, rozumiem, jest w tym sens – nagle zupełnie się wyciszył, zapadła chwila milczenia.
- Zanim zaczniemy rozmawiać o sprawach strategicznych, chciałabym porozmawiać o ludziach. Konkretnie i po kolei – osoba, zakres zadań, ocena jakości  pracy i etyki, potencjał do rozwoju. Możemy zagrać w taką grę – ja proponuję temat, Pan Kapitan proponuje od kogo zaczniemy?
- Świetny pomysł. Zanim zaczniemy, proszę spróbuj nie mówić do mnie „Pan”, „Pan Kapitan”? Rozumiem, że to może  potrwać, rozumiem lata przyzwyczajeń… Wojtek jestem.
- OK., postaram się. Zatem od kogo zaczynamy WOJTKU?
- Od Pierwszego. Spodziewam się, że nie będzie łatwo. Przecież już od dłuższego czasu to on praktycznie dowodził.

A to ci! A właśnie! Czyta chłopak w moich myślach! Nawet wypowiada zdania, które już kiedyś zaświtały w mojej głowie.

- Tak, Pierwszy. Pierwszy od dawna spodziewał się awansu na Kapitana. Nie tylko dlatego, że praktycznie on podejmował decyzje  i komunikował się z załogą, ale również dlatego, że eks-Kapitan wielokrotnie dawał mu to do zrozumienia.  Jaka jest sytuacja?  (1) fakty: Pierwszy ma kompetencje pozwalające mu na objęcie dowództwa, (2) motywacja: spodziewał się awansu, (3) pozycja na statku: załoga go szanuje i docenia dotychczasową pracę. Czego możemy się spodziewać?  (1) frustracja – i wcale mu się  nie dziwię, (2) odejście do innego armatora, (3) podburzanie  załogi. Myślę, że Pierwszy z dnia na dzień nie odejdzie, zatem będzie frustracja i prawdopodobnie rozbicie załogi na dwa obozy. Ja mogę Panu, aaaaa… Tobie Wojtku, przygotować ocenę kompetencji Pierwszego, przykłady decyzji podjętych w sytuacjach kryzysowych oraz jego zachowań w stosunku do załogi. Od Ciebie oczekuję jakiegoś genialnego pomysłu, a właściwie dwóch genialnych pomysłów. Pierwszy – jak pozyskać Pierwszego, drugi – co zrobimy, jeśli odejdzie.

- Super! Tak oto kobieta… przepraszam Szefowa HR, powinna zarządzać swoim szefem! Od pierwszego spotkania Twój cięty i konkretny język zrobił na mnie wrażenie – okazywał szczere zadowolenie, wręcz tryskał humorem – Zobowiązuję się na następne spotkanie przygotować dwa genialne pomysły. Ciebie poproszę o przegląd ludzi, tak jak mówiłaś: osoba, zadania, ocena, potencjał. Pod kątem naszych celów strategicznych oczywiście. Kto się nadaje, kogo trzeba douczyć, kogo wymieniamy. Pojutrze OK?
- OK. Pojutrze w zamkniętym pomieszczeniu, nie na pokładzie. Proszę.
- Tak, zapraszam do mnie, 10.00. Aaa, mam jeszcze jedną do Ciebie prośbę. Powinniśmy wprowadzić kilka zasad, tzw. „korporacyjnych”. Komunikacja wewnętrzna, poufność dokumentów, prywatne relacje pracowników. Musimy kilka kwestii przedyskutować. Mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli…

Zalała mnie fala gorąca. Czułam purpur na twarzy. Można się było tego spodziewać. Wcześniej czy później pokładowe romanse wychodzą na jaw… Zwłaszcza jak dowodzenie obejmuje czytający w myślach Mag – Superman.

- Tak, oczywiście. Pojutrze, 10.00.

Odwróciłam się i poszłam do siebie. Ale facet ma jaja. Najpierw pozwolił mi się powymądrzać i podowodzić, a potem jednym słowem, pokazał kto tu rządzi. Znaczy Kapitan.

21:35, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 stycznia 2010

drugiCo on mi tu?
Takich gości co gadać potrafią to ja poznałem sporo. Ludzie dzielą się na tych co robią co wiedzą i na tych co wiedzą co robią. Ci drudzy z reguły mało mówią – więcej robią. A mości Nowy Kapitan gadać potrafi pięknie, co może oznaczać, że oczekuje, iż robotę odwalą za niego inni.
Nasza załoga pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza Bosman z Cookiem z tymi całymi związkami zawodowymi, ale jak ich poznać prywatnie to morowe chłopaki i krzywdy nie dam im zrobić.
Po tym, godnym menedżera 21-go wieku, spotkaniu udałem się bezpośrednio do kajuty Nowego Kapitana. Mogłem iść na mostek, ale otwartość i szczerość cenię sobie najbardziej. Po za tym najlepiej iść prosto do źródła. Tak jak w filmie American Gangster gdzie Denzel Washington pojechał do Kambodży po heroinę, załatwiał sprawę bezpośrednio, pomijając pośredników. I ja też pominąłem aspekty formalne i nie anonsując się zapukałem wprost do prywatnej kajuty.
Warto działać przez zaskoczenie.
Otworzył mi drzwi uśmiechnięty, pachnący i świeży jak by szykował się na Mistera Białegostoku. W tle leciał african blues.

- Czekałem na ciebie – szeroko otworzył drzwi i zrobił mi miejsce.

Czekał na mnie?

Wszedłem. Porządek. W kącie stało ngoni dokładnie wyczyszczone z kurzu lub po prostu często używane.

- Herbaty? – zagaił – Czy może coś mocniejszego? Jest już po spotkaniu w zasadzie...


Kurna, gość zadowolony jakby na wakacjach był.


- Zdecydowanie wolę mocniej.

- Prawdziwy mężczyzna – polał i poczułem zapach śliwowicy z rocznika którym mógł się upić jeszcze Franek Dolas z Jak rozpętałem II wojnę światową.

Walnęliśmy po jednej lufie ostentacyjnie nie zapijając.


- Pozwól, że zacznę – poczułem ciepło 70% rozchodzące się w żołądku – Teoretycznie jesteś dobrze przygotowany. Jest plan, zamknięty w realne liczby, podany jest czas, całość do zrealizowania przez naszą załogę, tylko...

- Tylko, co? – przerwał mi na chwilę podnosząc wzrok znad szklaneczek znów wypełnionych wysokoobrotowym trunkiem.
- Tylko biorąc pod uwagę, że transport lądowy jest dużo tańszy i przez to bardzo konkurencyjny, jak chcesz zdobyć wystarczającą ilość kontraktów na kursy stricte europejskie?
- Sprecyzuj – gestem pokazał „twoje zdrowie” i zwilżyliśmy usta zanim kontynuowałem.
- Jeśli wypadniemy z kursów na Hard Core City, czy Brazylię, angażując się w kursy krótsze i z powodów koniunkturalno-gospodarczych stracimy je, to zostaniemy na przysłowiowym lodzie i będziemy mogli sobie co najwyżej otworzyć, biorąc pod uwagę stan techniczny naszej łajby, muzeum żeglugi dziewiętnastowiecznej. Jeżeli ty zostaniesz dyrektorem, Bosman bileterem, a Intendentka przewodnikiem, to spora część załogi straci pracę. Ja tam na pączki z nimi nie chadzam, ale oni mają żony i dzieci. W każdym bądź razie dzieci mają na pewno...
- Rozumiem – przerwał mi, chlupnęliśmy nieco.

Zapadła cisza. Śliwowica wchodziła prężnie, poznałem po tupocie mojej nogi do kolejnego kawałka sączącego się rozkosznie z głośników.

Teraz, pomyślałem, wstawi mi jakiś głodny kawałek, że obserwowali moją pracę i że jestem naprawdę skuteczny i liczą na współpracę. Albo łzawą historyjkę z dzieciństwa, że swoim zaangażowaniem udowodnił coś wymagającej matce i to niespodziewanie nauczyło go nie tylko zarządzania statkami, ale i łucznictwa tradycyjnego zen, gdzie cel to iluzja, bo ty i tarcza to jedno...

- Co wy mi tu pier#%$#licie, Chief?


Zakrztusiłem się śliwowicą. Nikt tak nie powiedział do mnie na tym statku od 11 lat, kiedy to Charlie Bękart Bukowski wyleciał za burtę za sprawą moich mięśni.


- Cenię twoje zaangażowanie, troskę i liczę na współpracę, ale chyba nie każesz mi się wytłumaczyć z moich ustaleń z armatorem?


Wziąłem się w garść.


- Szczerze mówiąc szczypta faktów mogła by rozwiać mgłę wątpliwości, rzucić światło w mrok niepokoju.

- Chief, z takim talentem krasomówczym mógłbyś pisać jakiegoś poczytnego bloga – może byś się z tego porządnie utrzymał. A wracając do naszego tematu – odprawa z kadrą oficerską będzie jutro, rad będę ze wsparcia, twoja wiedza jest nieoceniona. Jednakże, od razu to sobie wyjaśnijmy, kompetencje oficerów zostaną wykorzystane w realizacji strategii, a nie jej konstruowaniu. Zdaję sobie sprawę, że sam nie dam rady, więc liczę na doświadczenie i zaangażowanie każdego oficera w tej materii.

Krótko i na temat.

Spodobał mi się. Poczułem, że ma u mnie kredyt zaufania.

- Poczekaj Chief – machnął ręką jakby mnie zatrzymywał choć w sumie nie zbierałem się jeszcze do wyjścia – To dla ciebie – wygrzebał coś z szuflady.


DVD. Szeroko uśmiechnięta laska w dziwnej pozie i podpis „Podstawy jogi dynamicznej. Jak być skutecznym i odprężonym”.

Spojrzałem tęsknie na śliwowicę. Kapitan odkręcił butelkę:

- Namówię cię na rozchodniaczka? - zapytał
.

Śmiało mogę powiedzieć, że poczułem coś na kształt entuzjazmu do dalszych losów naszej zasłużonej jednostki pływającej.

( Co nie oznacza, że jak Kapitan się nie spisze, nie trzeba tu będzie przeciągnąć kogoś pod kilem... )

22:15, michal_nieweglowski
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2010

przodownikDrodzy czytelnicy,

Jeśli podoba Wam się nasz blog, macie szansę nas wesprzeć. Wysyłając SMS o treści G00485 na numer 7144 oddajecie na nas głos w konkursie „Blog roku 2009” (koszt 1,22 zł brutto). Każdy głos jest na wagę złota.
A więc – komórki w dłoń :)

Więcej>>>

Ahoj,
Cook

21:50, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 stycznia 2010

drugiZ dużą ciekawością rejestrowałem reakcje naszej załogi na słowa Nowego kapitana. Oj, działo się! Pierwszy patrzył na Nowego baardzo krytycznym wzrokiem, Chief kiwał głową z rosnącą aprobatą, moja słodka siedziała jak na szpilkach, a większość załogi miało lekko zdezorientowane miny.

- Kiedy zaproponowano mi objęcie tego statku, przeprowadziłem analizę, co właściwie mam przejąć. Sytuacja według mnie przedstawia się następująco: kursy jakie robił statek, mówiąc szczerze, planowane były chaotycznie, nigdy nie było wiadomo, gdzie będzie w następnym kwartale. To powodowało, że ładownie wykorzystano jedynie w 70 procentach, czyli zarabialiśmy jedynie 70 procent możliwych stawek. Tyle zarabiał armator, ale i załoga. Czyli: szarpanina za kiepskie pieniądze – w tym momencie po mesie przeszedł szmer.
- Rosnące niezadowolenie spowodowało, jak rozumiem, pojawienie się związków zawodowych – spojrzał na Bosmana i Cook’a. Ci wywołani do odpowiedzi ochoczo kiwali głowami. Od początku zebrania siedzieli rozparci w krzesłach z minami portorykańskich bonzów. Obok nich przycupnął jakiś wymoczek o trójkątnej, wyblakłej twarzy. Wołają na niego Szczurek, czy jakoś tak...
- Brak dozoru – ciągnął Nowy – spowodował upadek morale zespołu. Na pokładzie pojawiła się kontrabanda i nielegalny handel.

O, mamo! Bosman i Cook zastygli. Zaskoczenie na ich twarzach...Bezcenne!

- Czy tak powinny się sprawy toczyć na szanującym się statku?

Pytanie wywołało kolejny pomruk wśród załogi.

- Więc mam do wszystkich pytanie: chcecie zarabiać więcej, pracując w normalnych warunkach?

No, teraz już prawie wszyscy kiwali potakująco czuprynami.

- W takim razie przedstawię Wam moją Wizję tego statku – Nowy spojrzał na nas poważnym wzrokiem. Mówił spokojnie i dobitnie. - Jesteśmy jednostką, która w sposób przewidywalny realizuje kursy z wypełnionymi ładowniami w co najmniej 95 procentach. Co miesiąc. Klienci proszą naszego armatora właśnie o nasz statek, bo jesteśmy synonimem rzetelności. My dopłyniemy wszędzie na czas, niezależnie od pogody. Załadunku, rozładunku i zabezpieczania cargo inni mogą się od nas uczyć. Metody i systemy zarządzania powodują, że nikt nie chce stąd odejść. Na vacat czeka kolejka chętnych.
- Teraz pewnie powie, że będziemy dumni z pracy na tej łajbie – teatralny szept Pierwszego był doskonale słyszalny dla każdego. Nowy spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął.
- Tak, ma Pan rację. Chciałbym być dumny z tego, co robię i gdzie pracuję. Pan nie?
- Ależ bardzo – z cierpką ironią odezwał się Pierwszy. – Mam tylko jedno małe, tycie pytanie: jak? Jak Pan tego dokona?

Nowy uważnie przyglądał się przez moment Pierwszemu, po czym powiedział do wszystkich:

- My. Nie ja, tylko my. Dokonamy tego wspólnie.
- No, tak – odchrząknął Bosman – ale pytanie jest: jak?

Zapadła cisza. Dawno takiej nie słyszałem. Nawet muchy się spostrzegły i przestały bzyczeć. Przyglądały się scenie w milczeniu. Kurz leniwie wirował w smugach słońca wpadających przez bulaje.

- Dobrze. Zawrzyjmy kontrakt – Moni nerwowo poruszyła się na krześle. Co ona taka spięta, przemknęło mi przez myśl – Powiem Wam jakie działania podejmę. Wy, jeśli uznacie, że brzmi to sensownie, zaangażujecie się na 100%.
- A jeśli nam... nam się ...to nie ...spodoba? – Szczurek, skubany najwyraźniej czytał z jakiejś wymiętolonej kartki!
- To ktoś będzie musiał odejść – rzucił Chief patrząc na Szczurka. Tym razem nerwowo poruszył się Cook.

Nowy lekko się uśmiechnął.

– Spokojnie, nie dramatyzujmy. Zamierzam podjąć rozsądne kroki.
- Panie kapitanie, przepraszam ale może najpierw zapoznamy z tą propozycją grono oficerskie, które je skonsultuje i ...
- Jak to, zaraz! To związki nie mają tu już nic do powiedzenia? – przerwał Intendentce Bosman.

Kapitan podniósł uspokajająco rękę.

– Kontrakt dotyczy nas wszystkich. Chcę, aby każdy od samego początku wiedział na co się decyduje. Jeśli się zgodzisz, to 100 rubli za wejście i 200 rubli za wyjście. Liczę na 100% zaangażowania. W trakcie, jeśli ktoś nie dotrzyma naszego kontraktu, to wyleci z hukiem.
- Rozumiem, że działa to w dwie strony? – z uśmiechem Judasza zapytał Pierwszy.
- Tak.
- Niech Pan przedstawi swój plan – poprosiłem.
- Wnioski z przeprowadzonej analizy przedstawiłem naszemu armatorowi. Im również zależy na zyskach. Dlatego byli otwarci na dyskusję i ostatecznie zgodzili się na mój plan. Otóż od 1 lutego zaczynamy pływać po portach Europy. Tylko Europy. Krótsze trasy są bardziej przewidywalne, łatwiejsze do planowania i koordynacji. Będziemy wozić jedynie cargo kontenerowe. Armator zgodził się na taką specjalizację. Przekaże nam dotychczasowe kontrakty, do których podnajmował inne jednostki. Ta specjalizacja pozwoli nam wypracować najlepszą metodę rozładunku i załadunku. Zaoszczędzimy czas. Ze specjalnie utworzonego budżetu będziemy pokrywać opłaty za ekspresowe wejścia do portów. Nie będziemy czekać w kolejce na redzie i w ten sposób również zaoszczędzimy czas. Pływamy precyzyjnie jak londyńskie metro. Z moich kalkulacji wynika, że po pierwszym kwartale nasze obroty wzrosną około 20%.
- I pensje też? – zapytał ktoś z załogi.
- Tak.
- Czy to oznacza, że będziemy mogli być częściej w domu – nieśmiało zapytała Monika.
- Tak. Jeśli będziemy mieli dobry system planowania wacht i zastępstw. Urlopy mogą być krótsze, ale za to częstsze.
- A co przez ten miesiąc, do lutego – zapytałem.
- Statek wymaga małego remontu. Po względem technicznym i organizacyjnym. Obydwa remonty przeprowadzimy płynąc do Europy. A dokładnie do Gdańska, tam zabieramy pierwszy ładunek. Popłyniemy z tym do Marsylii.

Znów zapadła cisza. Benio, nasz stary mechanik podniósł rękę.

- Czyli, że więcej kasy i częściej w domu, tylko trzeba zapier...ać, tak?
- Lepiej bym tego nie ujął – uśmiechnął się Nowy.
- To ja się piszę Panie Kapitanie – Benio również się wyszczerzył.
- I ja, i ja! – poderwał się z krzesła Szczurek.

Prezentacja Kapitana
View more presentations from bartek_benefactor.

20:38, tomasz.knitter
Link Komentarze (4) »
postaci