blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
poniedziałek, 23 lutego 2009

Cook Mat
„Idź do Pierwszego i umieraj jak mężczyzna” – doradził mi Bosman. Racja. Po co mam gadać z Drugim. Za ‘krótki’ jest. Sprawę załatwię bezpośrednio z szefem. I jeszcze jedno: żadnego umierania nie będzie. Najlepszą obroną jest atak!

Wyrzuciłem za burtę fajka. Tak się zamyśliłem, że nawet nie zauważyłem, że zaczął się już palić filtr od papierosa. Straszny smak. Obrzydlistwo. Ale na szczęście mam już wszystko dokładnie przemyślane. Nie dam się tym razem. Będę jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. O tak, będę!

- Wejdź Mat – Pierwszy zgodnie z obietnicą czekał na mnie w swojej kajucie. – Choć może zgodnie z plotkami krążącymi po pokładzie powinienem raczej zacząć „Wejdź Popeye”?

Widzę jak mu drgają kąciki ust. Nabrał powietrza w usta i robi się czerwony. Jeśli nie zmienię tematu zaraz, wybuchnie śmiechem, a w ten cały cholerny plan...

- Szefie, darujmy sobie te złośliwości, dobrze? Czy wie Szef ile my już razem lat pracujemy?

Kontratak rozpoczęty.

- Niech policzę... W marcu będzie siedem. Tak, to już siedem cholernych lat, Mat. Trochę razem przeszliśmy, to fakt.

Lepiej bym sam tego nie ujął. Skoro ‘przystawka’ się przyjęła, przejdźmy do ‘dania głównego’.

- No właśnie! Pływamy już razem blisko siedem lat. Nigdy o nic nie prosiłem, nie uskarżałem się. Co najważniejsze na nikogo nie kablowałem, nie donosiłem. Swoją drogą Drugi zaczął w tej dziedzinie wprowadzać nam jakieś nowe standardy. Ale zostawmy te pierdoły, zostawmy szpinak i żołądek Drugiego. Nie wracajmy do tego OK?

- Pomyślimy. Z czym do mnie przychodzisz, Pop... to znaczy Mat?

- Dzisiaj jest taki moment, kiedy przyszedłem o coś poprosić. Szefie, stara mi głowę suszy no i ma trochę rację. Siedem długich lat tu pracuję i przez ten czas żadnej podwyżki. No kompletnie nic. No szef chyba rozumie. Życie nie tanieje. Do tego jeszcze dzieciaki do szkoły posłałem: książki, zeszyty, kredki. To wszystko w cholerę kosztuję. Biorąc pod uwagę moje zasługi dla naszej łajby, chyba mogę liczyć na jakąś podwyżkę, nie?

Chwila ciszy. Dziesięć sekund. Dziesięć długich sekund, które ciągną się niemiłosiernie. Pierwszy błądzi oczami po całej kajucie, jakby czegoś szukał. Zaczyna chrząkać. Zawsze chrząka jak się wkurzy i nie wie jeszcze co powiedzieć. W końcu spojrzał mi prosto w oczy. A zatem decyzja zapadła.

- A więc? – ale bym zajarał. Tak mnie zsie, że dałbym wszystko za chwilę przerwy na szybkiego dymka.

- Masz rację chłopie, tyle lat! Kompletnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. W sumie chyba tylko Ty i Bosman tyle czasu tutaj pracujecie.

Wstęp był nadspodziewanie dobry. Błyskawicznie palić mi się odechciało.

- Rzadko mamy czas szczerze porozmawiać, a szkoda. Korzystając z okazji, chciałbym Ci powiedzieć, że Twoje zaangażowanie w pracę i w życie naszego statku wiele dla mnie znaczy. Wśród wszystkich cech lojalność cenię sobie najbardziej. Widzisz, ludzie przychodzą i odchodzą. Był sobie drugi oficer, odszedł, przyszedł następny... Ale to właśnie ludzie tacy jak Ty powodują, że nasz statek jest jedyny w swoim rodzaju. Bez marynarzy takich jak Ty, czy nasz Bosman, nawet najlepszy Drugi na niewiele się zda. Rozumiesz o czym mówię?

- Jasne szefie!

- Muszę jednak tutaj na kilka rzeczy zwrócić uwagę. Ile razy mówiłem o jaraniu w kuchni? Nie potrafię tego zliczyć. I ciągle to samo. Musisz zrozumieć, że czasy się zmieniły. To co było dozwolone 5 lat temu, teraz jest niedopuszczalne. Nowe procedury BHP, które wprowadziła Intendentka, obowiązują tak samo ciebie jak i mnie. Nie ma wyjątków, kapujesz?

- ....

- No i jeszcze teraz ta afera ze szpinakiem. Sam widzisz, trzeba przestrzegać procedur BHP. Tym razem skończyło się lekkim zatruciem Drugiego. Ale jeśli rozłoży się cała załoga, to co ja wtedy zrobię? Bez załogi statek nie popłynie. Rozumiesz teraz? Takie niedopatrzenie może nas bardzo dużo kosztować. A więc proszę cię raz jeszcze: przestrzegaj procedur BHP, to nie są żarty!

- Sie rozumie.

- A teraz wróćmy do podwyżki. Jak już mówiłem, jesteś jednym z lepszych marynarzy na tym statku. I jeśli tylko podciągniesz sprawę, o której przed chwilą wspomniałem, to czemu nie. Jestem święcie przekonany co do tego, że dobrzy pracownicy powinni być odpowiednio wynagradzani. Zróbmy tak. Wróćmy do sprawy przed następnym rejsem, ok?

- Nie ma sprawy, to nie problem. Nie będę jarał w kuchni, będę mył ręce zgodnie z tymi cholernymi... to znaczy procedurami BHP. I trzymam szefa za słowo!

Chwilę później stałem na korytarzu. Drzwi do kajuty Pierwszego były zamknięte. W sumie nie poszło tak źle. Już wkrótce otrzymam zasłużoną podwyżkę. Tylko najpierw muszę zapoznać się z procedurami tej wypindrzonej miss piękności. Tego chyba nie obejdę. No ale nic to. Jak tylko złapię zasięg na komórce, zadzwonię do starej. Ale się ucieszy!

- O, Popeye, dobrze cię widzieć – ściągnął mnie na ziemię Kapitan. – Jak zapewne wiesz, jutro mam urodziny. Weź proszę Cię przygotuj do jedzenia coś ekstra. Planuję małą imprezkę dla kilku wybranych osób na naszym statku. Spisz się dzielnie, a nagroda Cię nie ominie!

- OK, coś się wymyśli. Nie zawiodę. Nigdy nie zawodzę! I nie kabluję, jak.... już nie będę wskazywał palcem.

I tak dość stresujący dla Mata dzień powoli dobiegał do końca. Pytacie pewnie, gdzie tytułowa kanapka dla Cooka? No cóż, Cook też jej nie widział. Ale już wkrótce ją zobaczy - jak tylko załapie zasięg i dodzwoni się do ‘starej’. Oj, zobaczy!

13:49, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 lutego 2009
IntendentkaWieczne utrapienie. Wszystkim się wydaje, że ja tu nie mam nic do roboty.
Się zatrudnia, się daje zadania i fru… samo działa. Jakby to było kupienie pralki automatycznej i ustawienie odpowiedniego programu. Gdzie tam, jakby tak myśleli to i tak byłoby dobrze. Większość chyba jednak rozpatruje tę kwestię porównując do zamówienia tony śrubek i nakrętek.
Weźmy na przykład takiego Cooka. Jaką miał motywację, żeby struć Drugiego? Przychodzi nowy człowiek – otwarta głowa, dobre chęci, nowoczesne wykształcenie – a oni mu fundują niestrawność i do tego jeszcze mają z tego radochę. Może Cook boi się, że Drugi złoży konstruktywną krytykę dotyczącą jakości jego pracy i chce go zastraszyć? Może Cook chce się popisać przed kolegami, jaki to z niego luzak?... A może ta intryga ma dosięgnąć mnie, że zamawiamy dla ludzi jakieś niejadalne przecenione resztki??? Muszę się nad tym poważnie zastanowić. Może miałoby sens zbadanie opinii na temat tego przypadku? A może powinnam się zastanowić, czy nie byłoby słuszne wprowadzenie kilku zmian organizacyjnych? To rozbiłoby wieloletnie układy. Tak, może wreszcie ktoś by się zastanowił nad faktyczną oceną jakości pracy i optymalizacją procesów, a nie opierał współpracę na kolesi ostwie. Muszę koniecznie porozmawiać o tym ze Starym. Koniecznie muszę zwrócić jego uwagę na potencjał Drugiego, taki zastrzyk świeżej krwi może zapoczątkować lawinę zmian. Można by na przykład stworzyć grupę proje…
- Całuję rączki madame! - huknął Bosman, spadając nie wiadomo skąd - Jak tam słoneczko, dopieszcza? Szykujemy się na wybory miss piękności żeglugi dalekomorskiej?
- Analizuję aktualną sytuację i zastanawiam się jak zatrzymać lawinę niestrawności organizacyjnej – odcięłam się ostro, choć wątpię, żeby coś do niego dotarło. Trzeba przyznać, że mało jest tu osób na poziomie, z którymi można rozsądnie porozmawiać – ale do tego trzeba mieć trochę wyczucia i intelektu – syknęłam - Właśnie się przygotowuję na spotkanie z Kapitanem. Musimy przedyskutować aktualną sytuację i podjąć natychmiastowe działania zmierzające do jak najszybszej asymilacji Drugiego.
- Matko kochana! Kobieto, po jakiemu Ty mówisz? Chyba przedawkowałaś  transmisje obrad sejmowych! Byś się wzięła za jakąś konkretną robotę, albo chociaż zaczęła gadać po ludzku!  - poszedł mrucząc pod nosem i machając rękami.
Tak. Nie ma za bardzo z kim tutaj rozsądnie pogadać. Może z tego Drugiego coś się da wykrzesać. Swoją drogą, dobry pomysł, idę do Starego. 
10:21, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Wpatrywałem się w zegary, w moje działające po ostatnich naprawach z precyzją szwajcarskich narzędzi chirurgicznych wspaniałe zegary, gdy z góry usłyszałem ciężkie, charakterystycznie zdenerwowane kroki Cooka.
Pewnie znów osobiście odebrał czyjąś nie mającą znaczenia uwagę. Albo jest prawie zdecydowany zamustrować się gdzie indziej. Lubię go, ale mógłby do cholery, zauważyć, że od paru lat gada to samo.

- Siemasz – machnął przyjaźnie dłonią przyozdobioną na palcach paskudną żółcią od papierosów – To ja.
- Wiem – nie oderwałem oczu od ciśnieniomierza – Wyprzedza cię smród petów.
- Ty Mechanik – ton mu się przestroił na lekko zawadiacki – Powąchaj lepiej swoją kanciapę – machnął ręką na moją pracownię, na serce statku.
Hehe - lubię czasem go wkurzać.
- Człowieku gdyby nie ta kanciapa nic byście nie zdziałali – zerknąłem na niego z wyższością – ani Pierwszy by sobie nie pościemniał, że pracuje tak naprawdę zastanawiając się jak zająć miejsce Starego, Bosman by sobie nie pokrzyczał na ludzi tuszując nieumiejętność sprawnego organizowania pracy – uśmiechnąłem się szczerze, bo Bosman trzyma z Cookiem, ale mam to w dupie – Nasz piękniunia Intendentka nie miały by dla kogo wymyślać tych…no…algorytmów zachowań, a ty nie miałbyś komu gotować swojego co najwyżej przystępnego jedzenia.

Byłem z siebie zadowolony. Trzeba mówić wprost co się myśli. Ja wiem, że nie osiągam w ten sposób połowy tego co mógłbym osiągnąć bardziej dyplomatycznymi metodami, ale nie w smak mi kiszenie w sobie odczuć.
Hipokryzja? Nie popieram.

Czekałem na ripostę Cooka. Rozgrzałem się już nieco i byłem gotów na krótką wymianę zdań, która pozwoliłaby mi nastawić Cooka jak przedwojenny zegarek. Ale Cook tylko patrzył na mnie. Wziął macha, potem drugiego. Kurna. Wie jak mnie zmiękczyć. Skoro nie wszczyna sprzeczki przychodzi z czymś poważniejszym.
- Dobra – kiwam głową – Co jest? Melduj…
- Dasz wiarę…? – zaczyna i milknie.
Bierze macha.
- Pewnie nie dam, ale mów szybciej skoro mamy się o tym przekonać.
- Drugi nagadał Staremu, że dostał srania od mojego jedzenia.
O matko! Żeby mi się tylko nie rozpłakał.
- No i ? – zagajam.
- Mam wrażenie, że będzie chciał mnie oszkalować. Wiesz – pierwszego dnia trochę na niego naskoczyłem pytając o jedzenie dla załogi. Jeżeli chce skarżeniem u Starego narobić mi tyłów…to znasz mnie. Dawno nie ćwiczyłem, ale nocha mu przetrącę jednym strzałem. Boję się o siebie, że nie wytrzymam, dowalę mu i stracę robotę
- Przecież chciałeś za Waldkiem na „York Town” się przenieść…
- Niby ta, ale…
- Jakie „ale”? – przerywam mu, miałem dobre chęci, ale nie będę enty raz słuchał o zmianie statku – Po pierwsze myślałeś o przeniesieniu, na Boga - w zasadzie gadasz o tym od pół roku. Że inne zarobki, inne warunki. Kurna raz jak popiliśmy w twoje imieniny to wyznałeś nawet, że całe życie tak naprawdę to chciałeś malować akty latynoskich piękności…
Prawie oblał się rumieńcem.
- …a teraz mi tu sadzisz kocopoły, że się boisz.
- Hola, hola – Cook próbował odzyskać rezon – Jakie tam „boisz”?
- Po drugie – zignorowałem jego próbę mistyfikacji braku zdecydowania – Cóż innego ty teraz robisz od Drugiego? Przyszedłeś mi się naskarżyć.
- Przyszedłem pogadać – zapalił kolejnego papierosa.
- Posłuchaj. Szkoda czasu. Bądź mężczyzną. Masz problem z Drugim, podejrzewasz go, że ci dupę obrabia, pomijając fakt, że tak naprawdę nie wiesz jak było, to idź i z nim pogadaj. Czy ja mam napisane na czole „Pośrednik w sprawach emocjonalnych godnych amerykańskiej nastolatki”?
Cook popatrzył dziwnie. Trochę smutno, trochę zimno.
Ja wiem, że on chciał pogadać, bo po prostu mnie lubi. I ja go lubię jako się rzekło. Ale w życiu nie ma co owijać gówna w papier. Jest jak jest i nie ma co gdybać.

Zegary trzeba nastawiać na bieżąco, naprawy maszyn nie odkłada się do jutra. Ani nie udaje się, że zepsuło się co innego niż się rzeczywiście zepsuło. Statek powinien mieć jasno określony rejs, jego zadaniem jest dopłynąć do konkretnego celu w danym czasie i nakładem przewidzianych kosztów – do tego trzeba sprawnego funkcjonowania maszynowni. I kropka. Zasady są proste.
Kucharz wstał i rzucił papierosa na podłogę:
- Powinieneś więcej czasu spędzać z ludźmi, a nie tylko w maszynowni.
I wyszedł.
Hmmm…czyta w myślach?
13:44, michal_nieweglowski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lutego 2009
bosmanSiedziałem właśnie u Pierwszego i ustalaliśmy plan gry, gdy zadzwonił telefon. Pierwszy podskoczył jak oparzony, przycisnął słuchawkę do ucha i warknął „Tak?”, a potem tylko gapił się na mnie, słuchał i robił się coraz bardziej czerwony. Wreszcie odłożył telefon i parsknął głośnym śmiechem, siadając na zydlu.
-    Co się dzieje? – zapytałem.
Przez chwilę nie mógł mówić, tylko wybałuszał oczy i starał się złapać oddech.
-    Ha ha, Drugi... ha ha... Drugi się.... posrał, ha ha!
-    Jak to się posrał?
-    Ano twój przyjaciel, ha ha, Cook, ugotował znów jakieś świństwo. Jak Drugi był u Kapitana, to tak go wzięło, że się posrał, ha ha. Swoją drogą trzeba wreszcie coś z tym zrobić. Cook strasznie sobie odpuścił. To, co nam ostatnio serwuje jest niejadalne. Ktoś się w końcu musiał rozchorować. Myślę, że będzie z tego niezła chryja.
-    Ale przecież zna go Pan od dawna, nigdy nie było problemów po jego posiłkach– próbowałem bronić Cooka
-    No to co? Teraz są! – odparował Pierwszy ucinając dyskusję – dawaj mi go tu zaraz na dywanik. Już ja mu dam gotowanie. Stary kazał mi zabronić mu pichcenia tych jego eksperymentów! Wołać mi go tu zaraz. No już!
-    Tak jest szanowny panie oficerze – odparłem sarkastycznie i chcąc nie chcąc poszedłem szukać Cooka.
Po drodze, jak tylko wszedłem na taras widokowy, natknąłem się na Intendentkę. Siedziała w słońcu wyciągając szyję jak żyrafa.
-    Witam Bosmanie. Jaki piękny dziś mamy dzień. Właśnie chciałam zaprosić pana i załogę na wieczór, na prelekcję na temat zdrowia na morzu. Bardzo ciekawa rzecz i na pewno pozwoli nam lepiej znosić długie rejsy. Naszym prelegentem będzie krajowy konsultant do spraw zdrowia marynarzy. Szalenie ciekawa osobowość. Ma mnóstwo certyfikatów i napisał książkę. Będzie dzisiaj również mógł dać nam autografy. Dobrze byłoby gdybyście włożyli odświętne...
-    Pani szanowna! – musiałem jej przerwać, bo chyba nigdy sama by nie skończyła – ja nie mam teraz czasu rozmawiać o takich sprawach, bo mam pilne polecenie od Pierwszego.
-    Tak? A co takiego się stało?
-    Drugi się pos...., znaczy rozwolnienie ma i trzeba działać szybko, bo nam biedactwo zmarnieje, he he.
-    O Boże! Co się stało? – Intendentka zakryła usta dłonią
-    Nic, tylko ma niestrawności i pierwszy kazał mi zawołać Cooka. Do zobaczenia! – wykorzystałem jej zaskoczenie i dałem nura pod pokład. Ona tam raczej nie wchodzi. Trzyma się powierzchni, bliżej szczytu. Tam jest więcej świeżego powietrza, bliżej szefa i ogólnie większy luksus.
Najpierw poszedłem do swojej kanciapy, żeby sprawę przemyśleć. Co teraz zrobić? Z takiego doprawdy gówna, dosłownie i w przenośni, zaczyna robić się problem. A głównym poszkodowanym ma być mój przyjaciel Cook. Zadzwoniłem do niego i przez interkom zaprosiłem do siebie. Przyszedł w podskokach, bo myślał, że pociągniemy sobie rumu, jak to mamy w zwyczaju o tej porze dnia. Gęba mu się śmiała od samego progu. Nie powiem, trochę mnie to zdeprymowało.
- Cześć Bosmanie, wielki człowieku – ryknął i walnął mnie po plecach.
- Witaj brachu – powiedziałem spokojnie i wyciągnąłem do niego paczkę z fajkami – zapalisz?
- Co jest? – momentalnie mu zrzedła mina. Już się zorientował, że coś się dzieje.

Kiedyś, to u nas było inaczej. Jak jeszcze służyliśmy na tym małym kutrze. Cook, Stary i ja. Wtedy to byliśmy wszyscy kuplami. Każdy robił swoje i pomagał innym. Potem Stary zrobił ten kurs i zaproponowali mu większą łajbę. On zaproponował z kolei nam, żebyśmy z nim poszli. Że będzie lepiej, bezpieczniej, mniej będzie bujać, więcej ludzi, więcej kasy. I tak dalej. Coraz większa łajba, a potem jeszcze większa, aż w końcu jesteśmy na tym naszym statku. Stary w ogóle się odsunął, z nami nie gada. Zapomniał o tym, że kiedyś i on był ciągle ubabrany, a my z nim. Nie pamięta, że to dzięki takim jak my ten statek w ogóle pływa. Teraz jego jest chwała. Jego i innych oficerów. Żarcie mają fest, na ogół, czyste kabiny, wiecznie wpatrzeni w dal. Wytyczają trasy, psiakrew! A my na kolanach brudną robotę odwalamy, ech! Na dodatek trzeba uważać co się mówi, bo ostatnio to się jakieś politykierstwo zrobiło. Jeden podchrzania drugiego, a każdy próbuje ugrać jakąś swoją grę.

- Masz się zgłosić do Pierwszego – oznajmiłem wprost Cookowi. Musiałem się jakoś odczepić od tych podłych myśli. – Podobno, nieźle załatwiłeś Drugiego. Ale się biedak zfajdał. Gratulacje stary! – spróbowałem wejść na zawadiacki ton.
- No co ty? Zalewasz. – Cook nie mógł uwierzyć – przecież ja nic nowego nie gotowałem.
- Nie przejmuj się brachu. – zrobiło mi się go żal, bo sam wyglądał jak struty – niezły z tego ubaw. Mówią, że nie wytrzymał i popuścił jak Stary wygłaszał jakąś mowę. Żałuję, że mnie tam nie było. Idź do Pierwszego, dostaniesz po łbie, ale potem będziesz bohaterem!
- A to wredne bydlę – wykrzyknął Cook, waląc przy tym dłonią na płask w stół – przecież to kłamstwo. Nic takiego nie mogło się stać. Jadł tylko szpinak. To co my! A to hrabski pyszczek. Intrygant jeden. Ja mu k..... dam niestrawności! Jeszcze zobaczy co to ból brzucha...! Srajda!
-Uspokój się! – musiałem wziąć go mocno za ramiona i potrząsnąć. Biedak strasznie ambicjonalnie traktuje swoje gotowanie. –Uspokój się i przestań histeryzować jak baba! – uśmiechnąłem się do niego.
- Idź już do Pierwszego i umieraj jak mężczyzna! – wypchnąłem go za drzwi. Uff.

Wyjąłem jeszcze jednego papierosa i zapaliłem stojąc oparty o gródź. Swoją drogą ciekawe do czego zmierza Drugi. Cwaniak jeden. Po co intryguje? Pewnie chce Starego przeciągnąć na swoją stronę naszym kosztem. A nie wyglądał na takiego. Trzeba będzie coś zrobić, żeby nie dać mu wleźć sobie na głowę. Jak wróci Cook to coś wymyślimy. Pewnie pomoże nam Chief. On też nie lubi tej kliki na górze.

Jak tak myślałem co robić, ktoś zastukał do drzwi. – „Wejść” – burknąłem. Do kabiny wsadził głowę starszy marynarz.
- Bosmanie, słyszałeś? – zapytał szczerząc zęby.
- Co słyszałem?
- Drugi się posrał......
09:47, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (5) »
postaci