blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
poniedziałek, 22 lutego 2010

CookZameldowałem się zgodnie z rozkazem na mostku kapitańskim. Przy okazji chciałem się podzielić naszym pomysłem wdrożenia pakietu klimatycznego.

Mimo tego, że było już późne popołudnie, ciągle było ciepło. Morze, było bardzo spokojne, słońce powoli chowało się za horyzontem. Można by powiedzieć, że wręcz idealna pogoda na romantyczny spacer...

Pierwszy czekał już na mnie. Był sam. Siedział przy stole, który oświetlała jedynie niewielka, mrugająca od czasu do czasu lampka. Siedział w milczeniu patrząc na rozłożoną przed nim szachownicę. Wszystkie figury ustawione były na swoich miejscach. Najwyraźniej partia szachów jeszcze nie została rozpoczęta. Był nad czymś skupiony, nawet nie drgnął, gdy wszedłem. Cała ta sytuacja spotęgowana przygaszającą się żarówką spowodowała, że poczułem się jakoś nieswojo. Pierwszy wyglądał naprawdę ponuro. Powoli ruszyłem w jego kierunku, zastanawiając się, co powinienem powiedzieć. Podszedłem do okna i spojrzałem na pokład. W blasku zachodzącego słońca po pokładzie spacerowali... Intendentka i Nowy Kapitan.

- No proszę! – w końcu nadarzyła się okazja do zmiany tej mrocznej scenerii. – Wygląda na to, że nasza Intendentka jest wyjątkowo kochliwą osobą. Kto by pomyślał?
- To nie ta partia szachów – usłyszałem za plecami.
- Słucham? – odwróciłem się i spojrzałem na Pierwszego.

Niby ten sam Pierwszy co zawsze, ale wyglądał jakoś inaczej. Był jakiś taki... odstawiony. Idealnie ogolony, starannie uczesany, ubrany w świeżą koszulę wyprasowaną z chirurgiczną wręcz precyzją, a jego wypastowane buty świeciły się tak, że można było się w nich przejrzeć.

- Lubisz grać w szachy, Cook? – zapytał.
- Szczerze mówiąc, wolę grać w Need for Speed – palnąłem, ale już chwilę potem żałowałem.

Pierwszy zamknął na moment oczy. Po chwili znów je otworzył. Spodziewałem się jakiejś reakcji, ale nic takiego nie nastąpiło. Patrzył na mnie takim beznamiętnym, zimnym spojrzeniem. Jego oczy nie wyrażały absolutnie nic: ani złości, ani radości, ani zamyślenia... Po prostu nic...

Wstał od stołu i podszedł w moim kierunku. Stanął przy mnie i spojrzał przez okno. Intendentka i Nowy ciągle chodzili po pokładzie i rozmawiali.

- Cook, naprawdę myślisz, że jesteśmy świadkami narodzin nowego romansu? Jeśli przeszło Ci to przez głowę, to muszę cię rozczarować. To co widzisz, to nie Wojtek i Sabina flirtujący ze sobą. To nowy Kapitan z Intendentką, którzy planują właśnie wielkie porządki. Marynarz po marynarzu, koja po koi  - przeczeszą wszystkich.

Pierwszy zaczął snuć jakąś ponurą wizję przyszłości naszego statku. Ale ja bardziej skoncentrowałem się na jego odbiciu na szybie, które pojawiało się i znikało w rytm mrugającej żarówki.

- Sympatyczna Intendentka? O, znam takie jak ona – kontynuował swój wątek Pierwszy. – Już się odkochała. Spotkała właśnie swojego mistrza i już go nie odstąpi. To jej winda w górę! Taaa, nasza Sabina poczuła zapach wielkiej kariery i żaden błahy romans jej nie powstrzyma. Prawda, Sabino? – zapytał, lekko się uśmiechając.

Żarówka przygasła tym razem na nieco dłuższą chwilę. Kiedy światło znów rozbłysło, a odbicie Pierwszego znów powróciło na szybę, kiedy znów ujrzałem jego wyprostowaną na baczność sylwetkę pokrytą pedantycznie czystym ubraniem, nagle mnie oświeciło. Pierwszy zwariował. Facet centralnie oszalał! Od początku wydał mi się jakiś dziwny, ale teraz byłem już tego pewny.

- Czy ty mnie słuchasz, Cook?

Odwróciłem się w jego stronę. Patrzył na mnie tym zimnym spojrzeniem. Chwilę później wrócił do stołu i usiadł do swoich szachów. Wyrównał rękami szachownicę tak, aby była idealnie równoległa do krawędzi stołu.

– Śmiem mniemać, że pojawienie się Nowego nieco skomplikowało tobie i Bosmanowi snucie planów na temat przyszłości waszego Związku Zawodowego Nawigre?
- Navigare – poprawiłem go nieśmiało.
- Wszystko jedno. Może być i Navigare. Jeśli macie trochę szczęścia, Nowy i Intendentka nie poruszyli jeszcze tematu waszego Związku. Ale nawet jeśli nie dziś, Nowy w końcu zwróci na niego swoją uwagę i, uwierz mi, nie będzie sympatyzował z waszą organizacją. Użyje wszelkich sposobów, aby zetrzeć wasz Związek z pokładu tego statku. Nie będzie się z wami patyczkował, bo stanowicie dla niego spore zagrożenie. Jesteście barierą na drodze w realizacji jego pięknej wizji i on o tym dobrze wie! Kiedy przyjdzie mu rozprawić się z wami, nagle zniknie cały czar kapitana Jang-Orłowskiego, a pojawi się zimny, nie posiadający żadnych skrupułów sukinsyn.

Wariat, czy nie wariat, ale mówił całkiem z sensem. Zmiana na stanowisku kapitana bardzo mnie martwiła. Starego zawsze dawało się jakoś urobić. Ale miałem przeczucie, że z Nowym nie będzie tak łatwo. Miałem wrażenie, jakby zesłali go nam na pokład z zupełnie innej planety.

- Cook, nie jest chyba żadną tajemnicą, że nominacja na kapitana naszego statku pana Jang-Orłowskiego bardzo mnie rozczarowała. Wszyscy tutaj wiedzą, że byłem idealnym kandydatem na to stanowisko i od wielu lat sumiennie na nie pracowałem. A tu nagle pojawił się ‘zrzucony na spadochronie’ Jang-Orłowski. I tak niespodziewanie znaleźliśmy się po tej samej stronie barykady, Cook. Obaj nie chcemy, aby pan Jang-Orłowski zagościł na dłużej na naszym statku, prawda?

Trzeba przyznać, że nastąpił naprawdę niespodziewany zwrot akcji. Pierwszy, który do tej pory nie zwracał właściwie na mnie uwagi, nagle widział we mnie partnera do rozmowy.

- Z całym szacunkiem, ale chyba szef przecenia możliwości naszego Związku Zawodowego. Nie jesteśmy w stanie...
- Nie odpowiedziałeś jeszcze na moje pytanie, Cook.
- Pytanie?

Pierwszy delikatnie przesunął palcami po figurach rozłożonych na szachownicy.

- Nie odpowiedziałeś mi jeszcze, czy stoisz po mojej stronie szachownicy – Pierwszy spojrzał na mnie w oczekiwaniu na deklarację. Żarówka znów gwałtownie przygasła i zabrzęczała. Miałem wrażenie, że za chwilę z hukiem eksploduje. Sytuacja zrobiła się naprawdę niemiła.

- Tak, jesteśmy po tej samej stronie – wyrzuciłem z siebie. Od razu poczułem się lepiej.

Pierwszych uśmiechnął się chłodno. Odwrócił się i po raz kolejny usiadł za szachownicą.

- Dobra decyzja, Cook. A zatem, jak już zaznaczyłem, pan Jang-Orłowski wyjątkowo nie przypadł mi do gustu. Dlatego też trochę popytałem wśród znajomych z branży o naszego wielkiego wizjonera. I wiesz co ci powiem? Nasza Intendentka ma całkiem niezłą intuicję. Ten Jang-Orłowski to rzeczywiście błyskawiczna winda do sukcesu. Tyle, że Sabina zupełnie przeoczyła fakt, że jest to winda jednoosobowa. Od początku wydawało mi się to podejrzane: co taki człowiek może robić na naszej łajbie? Teraz już wiem. Otóż francuski armator zesłał go do nas na próbę, na taki poligon doświadczalny. Do końca grudnia tego roku ma wykręcić jak najlepszy wynik finansowy. Jeśli mu się uda – awansuje i zostanie przeniesiony na pokład gigantycznego statku transportowego, oczka w głowie naszego armatora. A jeśli mu się nie uda – wywalą go na zbity pysk. Tak czy inaczej za rok po naszym wielkim wizjonerze pozostanie już tylko wspomnienie. Zaręczam, że bardzo negatywne wspomnienie.
- No to rok możemy jakoś przebiedować, nie? –odparłem. – W czasie sztormu najlepiej zejść pod pokład i poczekać, aż się wypogodzi.
- Nie bądź głupi, Cook. Jang-Orłowski dostał zadanie wyciśnięcia z naszego statku konkretnego wyniku finansowego i zrobi wszystko, aby to osiągnąć. Cała ogłoszona przez niego strategia podporządkowana jest właśnie jednemu celowi – w szybki sposób zarobić jak najwięcej pieniędzy, wykazać się przed armatorem i wyrwać się z naszego statku, który jest dla niego jak cuchnące więzienie. Już nie może się doczekać, kiedy się stąd wyrwie.
- No ale mówił też przecież o lepszych płacach, premiach... – przypomniałem sobie teraz obietnice Kapitana.
- Cook, do cholery! – Pierwszy po raz pierwszy dzisiaj pozwolił sobie na jakiekolwiek emocje. – Nie każ, abym zaczął żałować, że zacząłem z tobą rozmawiać. Pomyśl chwilę! To jasne, że nasz wielki wizjoner stworzył nie tylko strategię maksymalizacji zysków, ale także zadba o kontrolę kosztów. Na realizację swego planu ma tylko rok! Część załogi zostanie zwolniona, a pozostali otrzymają taki system premiowy, że ich otrzymanie będzie niemożliwe. Zużyjemy za dużo paliwa – premii nie będzie. Spóźnimy się z dostawą o jedną minutę – premii nie będzie. Pojawią się nieprzewidziane awarie silnika – premii nie będzie. I tak dalej. Możliwości są nieograniczone. Tak, jak powiedziałem, zaczerpnąłem języka i dobrze wiem, kim jest pan Jang-Orłowski. Na razie ze wszystkimi rozmawia, obiecuje złote góry. Ale w rzeczywistości zbiera sojuszników, formuje szyk bojowy, aby błyskawicznie wprowadzić swój plan – szybki skok na dużą kasę. Już wkrótce pokaże swoje nowe oblicze!

Nagle wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Rzeczywiście, Nowy ostatnio sporo rozmawiał z wybranymi członkami załogi. Ale nie ze wszystkimi – tylko z kierownictwem. Pewnie nawet nie wie jak mam na imię. I pewnie guzik go to interesuje.

- Cook, zbudowaliście z Bosmanem ten Związek Zawodowy „Nawigre”...
- „Navigare”
- Może być i „Navigare”. Ludzie was posłuchają. Po prostu przekażcie im to, co wiecie o naszym wielkim wizjonerze. Kiedy ten uderzy – musimy być gotowi, rozumiesz? Aha, jeszcze jedno: nasza rozmowa musi pozostać w absolutnej tajemnicy!
- Dobra Szefie, zorganizujemy specjalne spotkanie naszego Związku Zawodowego. Trzeba ludziom powiedzieć, co się święci. A teraz, jeśli Szef pozwoli, odmelduję się. Muszę pogadać z Bosmanem. Już on będzie wiedział, jak pogadać z ludźmi.

Ruszyłem w stronę wyjścia.

- A, jeszcze jedno – powiedział z uśmiechem Pierwszy. – Podeślij tu proszę Szczurka. Niech zrobi coś z tą mrugającą lampą. Strasznie mnie wnerwia.

Wyszedłem na zewnątrz. Oparłem się rękami o barierkę i spojrzałem na morze. Z dołu dochodziły mnie odgłosy rozmowy Intendentki i Nowego:
- OK. Pojutrze w zamkniętym pomieszczeniu, nie na pokładzie. Proszę.
- Tak, zapraszam do mnie, 10.00.

Już ja wam pokażę rozmowy w zamkniętym pomieszczeniu...

21:31, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 lutego 2010

bosman

No to mamy kłopot – pomyślałem – i po co nam to było? Nie dość, że ten cholerny Nowy, gada tak, że ktoś mógłby mu uwierzyć, to jeszcze pada to na podatny grunt u załogi, która ma poczucie braku sukcesu. Trzeba coś wymyślić!

- Cook!!! Cooooook!!! – wydarłem się w tubę komunikacyjną – Cook, do cholery, pedałuj to do mnie natychmiast – miałem poczucie, że musimy działać szybko.

Zaraz wpadł zziajany Cook. Tak się spieszył, że zapomniał ściągnąć swój ulubiony fartuszek z Myszką Miki, w którym pichcił ten swój rosół dla Intendentki. Rozzłościł mnie tym. To ja się staram coś wymyślić, żeby nas Nowy nie zakasował, żeby nasz biznes nie zwiądł jak przyrodzenie starego szamana z Lumpy Market, żeby załoga nadal nas słuchała, a ta łajza gotuje rosołek dla Intendentki??? Tylko dlatego, że zrobiła do niego cielęce oczy i powiedziała mu, że dobrze gotuje??

- Psiakrew, Cook! Co się z tobą do diabła dzieje? Rozum straciłeś? – naskoczyłem na niego – Czym ty się zajmujesz? GOTOWANIEM? Jesteś teraz szefem (mhm, jednym z szefów) Związków Zawodowych! Koniec z gotowaniem!
- Jak to, Bo? – wyjąkał Cook – Przecież ja nie umiem nic innego poza gotowaniem... A poza tym, to zdechniemy z głodu...
- Nie roz-czu-lać się  marynarzu – huknąłem mu w ucho, a gdy zobaczyłem, że tatuaż na szyi zaczyna mu pulsować, spuściłem nieco z tonu, żeby nie zarobić w mordę. – No, dobrze już, dobrze. Posłuchaj teraz. Jako szef związków zawodowych masz inne, ważniejsze zadania. Ludzie na ciebie patrzą i czekają. Tak, czekają, żebyś zrobił coś dla nich, dla ich rodzin! Żebyś pomógł biednej załodze przetrwać trudne czasy, ha ha – zaśmiałem się. Już łapał o co chodzi. To jednak bystry gość. - Chodzi o to, że teraz jest walka o władzę, stary. I nie możemy jej przegrać! Inaczej, żegnaj biznesiku! Żegnaj wysoka stopo życiowa! Witaj praco na kilka etatów, itd, rozumiesz?
- Jasne, że rozumiem ty barania głowo – odciął mi się, widząc, że na początku go podpuściłem. Usiadł ciężko na pryczy, zsunął czapkę na tył głowy i podrapał się w ciemię. – Jaki jest plan?
- Ale cię na początku nastraszyłem, nie? Przyznaj się – uśmiechnąłem się jak najserdeczniej potrafię (trochę przypomina to obraz mojej twarzy, który objawił się kiedyś, jak wywołałem zdjęcie z nieźle pogiętej kliszy fotograficznej) i palnąłem go w plecy. Odbiło mu się.
- Przepraszam – wybąkał – a teraz przestań p#$%^&lić, tyko mów, co ci chodzi po głowie. Mam już dość tych ciągłych gierek.
- Jesteś teraz w korporacji, stary. Gierki i polityka to normalka. Jak nie będziesz się umiał dobrze ustawić, postraszyć kogo trzeba, znaleźć haka na kogo trzeba i podlizać się komu trzeba to pstryk – tu z fasonem pstryknąłem mu przed nosem palcami – nie ma cię! Wylatujesz i zaczynasz chodzić na unijne szkolenia dla bezrobotnych. Musisz się do tego przyzwyczaić, staruszku. Teraz nie liczy się jak dobrze gotujesz swój rosołek. Liczy się kto za tobą stoi i jaką masz pozycję w stadzie, a zatem, podsumowując, trzymaj się swojego starego przyjaciela, Bosmana, to nie zginiesz. Mam plan – rozparłem się wygodnie w moim turystycznym fotelu, wywaliłem nogi na stół rozkładany ze ściany i patrzyłem na niego z dumą – Twój kolega Bosman z niejednego już pieca jadł chleb i niejedną korporację przetrwał!

Cook nie wyglądał na szczęśliwego. Chyba wreszcie do niego dotarło, że jak sam się nie weźmie za siebie, to zostanie pod pokładem na długie lata. Wysmarkał nos w palce i wytarł o fartuszek z Myszką Miki.

- K......a, Bosman. Co my teraz zrobimy?

Mnie to się zrobiło głupio, bo myślałem, że go moją mową podkręcę, a chyba trafiłem w jakiś czuły punkt i Cook, ten twardziel, gotów był mi się tu załamać. Natychmiast zmieniłem pozycję, żeby go nie dominować. Przysunąłem się do niego z miłym wyrazem twarzy i położyłem mu rękę na ramieniu. Na szkoleniu z mowy ciała uczyli, że powinno się kontrolować swoje gesty tak, żeby zgrywać się z rozmówcą. Chyba zadziałało.

Cook popatrzył na mnie ciepło i powiedział tak po prostu:

– Wiesz Bo, ja lubię to co robię. Lubię tę łajbę, tych cholernych ludzi, co ich trzeba kopać od czasu do czasu w dupę. Lubię gotować mój rosół i cholernie lubię jak Intendentka przychodzi do mnie specjalnie, żeby go trochę podkraść. Nikomu o tym nie mówimy, bo ona wszędzie głosi, że jest na diecie, ale przez to moja praca jest jeszcze fajniejsza. I ty teraz mówisz mi, że ja mam to wszystko rzucić? Zostać prezesem związku tak na serio? Jak ja sobie dam radę?

Zrobiło mi się naprawdę głupio. „Facet ma więcej jaj niż my wszyscy razem wzięci” – pomyślałem – „może jest w tym trochę racji?”.

- Co zatem proponujesz? – rzuciłem chłodno i znów rozparłem się w krzesełku. To tak, żeby nie myślał, że się rozczuliłem albo co...
- Podzielmy role Bo. Ja się nie czuję dobrze przed tłumami, ale za to mam czas na myślenie jak pichcę te moje zupki. Ty będziesz twarzą Związku, będziesz gadał do marynarzy i wysuwał postulaty. Ja będę tak bliżej załogi. Żeby oni czuli, że my jesteśmy z nimi. Nie będę się rzucał w oczy i przez to będę miał informacje i stały kontakt z ludźmi. Razem będziemy decydować o kolejnych posunięciach. OK? Tak sobie myślę, że Nowy ma wiele racji, ale że jego podejście może nas wiele kosztować. Na pewno nasz biznesik nie będzie kwitł. Teraz zatem trzeba zapewnić sobie nietykalność i możliwość kręcenia własnych lodów na boku.
- Masz rację, zgadzam się przyjacielu – odparłem uradowany, bo ja sam też miałem podobne odczucia. – Mam nawet pewną propozycję!
- ??? – uniósł brwi i wpatrzył się we mnie. Poczułem się jak Cindy Crawford i nawet się zarumieniłem. Z drugiej strony to chyba nie wierzył w moje możliwości, skoro fakt, że miałem pomysł, wywołał u niego takie zdumienie.
- Związki Zawodowe opiniują różne statkowe decyzje, nie? – dobrze jest, pokiwał głową – Mogą też wysuwać postulaty. Powinniśmy zatem zacząć dbać o nasz wizerunek, nie?
- Nnnnno – z wahaniem wykrztusił Cook, czekając na dalszy ciąg mojego wywodu.
- Mamy teraz globalne ocieplenie, więc każdy statek (a szczególnie ten, pływający w Europie) musi udowodnić, że ochładza świat. Choćby na swoją, małą skalę. Wtedy będziemy zbierać plusy dodatnie i nasza pozycja na arenie żeglugi europejskiej wzrośnie.

A więc my – znaczy Związki – wyjdziemy z propozycją wdrożenia pakietu klimatycznego! Będziemy co jakiś czas wyłączać maszyny, ganiać ludzi za palenie papierosów (tak dla picu), wprowadzimy plan usprawnienia logistyki, żeby używać mniej freonu z lodówek, a na koniec opodatkujemy bąki załogi i oficerów. Jak wiadomo to właśnie w bąkach jest najwięcej substancji szkodliwych dla świata.

Byłem naprawdę dumny ze swojego wywodu. Chyba mam zdolności krasomówcze i nadaję się do roli przypisanej mi przez Cooka. Będę świetnym przywódcą na wiecach, a kto wie, może nawet wypatrzy mnie jakiś reżyser i zostanę zaproszony do Hollywood? Już widziałem siebie w roli Brada Pitta. Nawet jestem trochę podobny, też mam kwadratową szczękę!

- I jak masz zamiar na tym zarobić? – z zadumy wyrwał mnie drwiący głos Cooka.
- Jak to jak? Cook, coś ty? Z choinki się urwałeś? Wiadomości nie oglądasz? Toż to najlepszy biznes na świecie, nieskończony, bez kontroli i bez limitu kasy. Będziemy konsultować plany zmian i nadzorować ich wprowadzanie! Za każdą godzinę, metr sześcienny dwutlenku węgla, za każdego bąka i każdego papierosa będziemy pobierać opłaty! A wszyscy będą nam bić brawo, bo przecież to dla ich dobra!!!

Zrobimy kampanię, transparenty, wyrazy poparcia, konferencję prasową. Będziemy pierwszym statkiem w Europie, gdzie taka inicjatywa wyjdzie oddolnie. Myślisz, że tego nie kupią? – aż się cały w środku gotowałem z podniecenia – i w dodatku, Cook, możemy tę kasę dostać od instytucji pozastatkowych! Kapitan powinien być zadowolony, bo i dla statku coś skapnie.

Cook wyglądał na zaskoczonego. Drapał się prawą ręką za lewym uchem, to zdradzało, że myśli. Patrząc w sufit, mamrotał coś do siebie i parę razy pokiwał głową jakby coś licząc. Potem nagle ocknął się i powiedział

– Wiesz Bo, daj mi chwilę. Pomyślę nad tym, bo chyba możemy rozwinąć ten pomysł. Idę mieszać rosół, wtedy jestem kreatywniejszy

Za sekundę wrócił, wsadził głowę w drzwi i z podniesionym do góry palcem wskazującym powiedział: „A, i nie zapomnij poprosić czytelników, żeby oni jakieś pomysły nam podsunęli. Co wiele głów, to nie nasze, marne, dwie!”

I już go nie było, a w mojej kabinie została cisza i ten nigdy nie znikający smród Extra Mocnych.

PS. Proszę Was zatem o wsparcie pomysłami. Co Bosman i Cook mogą zrobić, żeby zapewnić byt sobie i swoim rodzinom (biznesik), jednocześnie nie grając przeciwko załodze i nie paraliżując pracy kadry oficerskiej?

22:04, lukasz.fijalkowski
Link Dodaj komentarz »
postaci