blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
poniedziałek, 23 marca 2009

kucharz- Żagiel z gaci  powiadasz? – zapytałem nalewając świeżo parzoną kawę z ekspresu.
- W rzeczy samej, żagiel z gaci. Trzy godziny debatowali i wymyślili: żagiel z gaci! – odrzekł zupełnie zrezygnowanym głosem Bosman.
- Czego oni ich uczą w tej Akademii Morskiej? Wystarczyłoby, aby zapytali mnie, zwykłego kucharza, o radę, od razu bym im odpowiedział: od dłuższego czasu bezładnie się kręcimy.
- Też to zauważyłeś? Kompas nie działa. Paranoja jakaś.

Normalnie śmielibyśmy się do rozpuku, obgadując nieudolność własnych szefów. Ale nie tym razem. Obaj myśleliśmy o ukrytych pod pokładem fajkach. Wpakowaliśmy w nie wszystkie oszczędności.

- Widzisz, Bosmanie, wydaje mi się, że to wszystko może nam wyjść na dobre – wstałem gwałtownie od stołu i sięgnąłem do mojej wszystko-mającej szafki w poszukiwaniu jednego zdjęcia.
- O nie, tylko nie to! Tylko przestań chrzanić jak Drugi!
- Nie gorączkuj się tak – czasem zastanawiam się skąd bierze się u mnie ten spokój w sytuacjach awaryjnych. Kilka razy mnie to uratowało: chłodne podejście, podczas gdy wszyscy wokół panikują. – Zastanówmy się najpierw jakie jest nasze obecne położenie. Po pierwsze primo jeśli znamy pozycję Chińczyków z „Crush the Tibet”  to tylko dlatego, że oni tego chcą. Znam tę załogę. Są wyjątkowo skuteczni. Może to oznaczać tylko jedno: są wyjątkowo pewni, że dotrą do Hard Core City przed nami. Po drugie primo (które wynika z pierwszego) musimy uświadomić sobie, że jeśli będziemy ścigali się z nimi robiąc to samo co oni, jesteśmy skazani na porażkę. Mamy to jak w szwajcarskim banku.
- Ty to potrafisz pocieszyć człowieka – odrzekł Bosman wpatrując się w swój kubek z kawą.
- No więc na zdrowy chłopski rozum, jeśli chcemy wyjść z tego wyścigu zwycięsko, musimy zrobić cos zupełnie odwrotnego niż Chińczycy.
- Co konkretnie masz na myśli? – podniósł swój wzrok Bosman.
- Spójrz na mapę. Zarówno my jak i Chinole płyniemy najbardziej optymalnym szlakiem. Optymalnym w sensie najkrótszym z możliwych.  Nie możemy przyspieszyć, bo nie starczy nam paliwa. Jeśli zatem, zgodnie z tym co mówisz, Chińczycy są 3 dni przed nami, mamy pozamiatane. Chyba, że...
- No puentuj już, bo się ściemnia... – parsknął Bosman i wziął solidny łyk kawy.
- ... chyba że damy całą naprzód i ruszymy prosto na zachód, najkrótszą droga do najbliższego portu w Fallen Town. Odłóżmy na bok cały ten kryzys i wszystkie durne oszczędności. Płyńmy tak szybko jak to tylko możliwe. Od dziś niech marynarze dostają podwójne racje żywnościowe, za to pracują z całej siły. Będą padali ze zmęczenia na pysk. Kiedy dopłyniemy do Fallen Town uzupełnimy paliwo oraz żywność i ruszymy wzdłuż brzegu na południe. Cały czas na pełnych obrotach, tyle że od tej pory będziemy mieli sprzyjający nam prąd morski, który dodatkowo zwiększy naszą prędkość. Dotrzemy do Hard Core City i sprzedamy cały nasz ładunek zanim dotrze tam „Crush the Tibet”. W tym momencie Chińczycy będą mogli cały ten swój towar sobie w buty wsadzić – może będą wyżsi. Taki mam plan.

Bosman przełknął wreszcie kawę.

- Pffff, człowieku! To najbardziej szalona rzecz, o której słyszałem. Cała naprzód? Podwójne racje żywnościowe? Ale załóżmy nawet, że przepchnę ten wariacki plan na zebraniu, najbardziej martwi mnie...
- Fallen Town – przerwałem Bosmanowi wpatrując się w trzymane przez siebie zdjęcie.
- ...nie zawijałbym tam chyba, że nie miałbym absolutnie żadnego innego wyboru – dokończył zdanie, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
- A tu właśnie jest druga część mojego planu. Jeśli pogłoski o tym kryzysie są prawdziwe, oznacza to, że szmuglowane przez nas dwóch fajki zaczynają tracić na wartości. Musimy się ich pozbyć, póki są cokolwiek warte. Podczas gdy wy w Fallen Twon zajmiecie się załadunkiem, ja odwiedzę naszego starego przyjaciela – Jabbę. On przyjmie nasze Ekstra Mocne w każdej ilości. Płaci zawsze z góry.
- Wszystko pięknie, tylko powiedz mi co zrobimy z ich bezwartościową walutą? – Bosman wyraźnie się ożywił
- Żadnej kasy. Wejdziemy z nim w barter – najlepsze zostawiłem sobie na koniec.
- Jaśniej trochę, jeśli byłbyś tak uprzejmy.
- Ara Ararauna!
- Arara co? A może Hakuna Matata, do jasnej cholery?!?! - nie wytrzymał Bosman. Uwielbiam go wy tym stanie. Od razu zaczyna mu chodzić szczęka.

Wreszcie odwróciłem trzymane przez siebie cały czas zdjęcie.

- Oto papuga Ara Araruna. Wyjątkowo wielki egzemplarz. Jabba jest w jej posiadaniu. Jeśli informacje, które mam od  Kralla z Lancelota są prawdziwe, tak dużej Ary nigdy w tej okolicy nie złapano. Kontaktowałem się już ze znajomym, który prowadzi sklep zoologiczny. Stary, na wolnym rynku ta przerośnięta kura jest warta małą fortunę! – wszystkie karty wyłożyłem na stół. Tak chyba musi czuć się gracz, który odkrywa swojego pokera. – Podsumowując, pozbywamy się fajek, zabieramy papugę. Towar, którego cena nigdy nie spadnie, odporny na wszystkie kryzysy. Zawsze znajdzie się jakiś nadziany wariat, który za nią zapłaci. Musimy ją tylko bezpiecznie dotransportować do domu. Teraz wreszcie znasz już cały mój plan.

Zapadła cisza. Bosman znów patrzył nieruchomym wzrokiem w swój kubek zimnawej już kawy.  Z tą jednak różnicą, że nie był to już wzrok bezmyślny. Kalkulował. Rozważał za i przeciw. Co ma do stracenia? Ile może zyskać?

- Masz jeszcze tej kawy trochę?

Dolałem mu bez słowa komentarza. Wpatrywałem się w niego. Czekałem na decyzję.

- Dograj spotkanie z Jabbą. Jednak nie idę do Pierwszego. Pójdę wprost do Starego. Nie ma czasu. Tylko kapitan może klepnąć tak szaleńczy plan bez gadania. Potem weźmiemy się za resztę.

PS: Autor wpisu dziękuje Magdzie i Karolinie z WWF za konsultację merytoryczną :)

 

 

 ara

Czy wiesz że „ponad połowa egzotycznych zwierząt sprzedawanych w polskich sklepach i na giełdach to zwierzęta, które nie posiadają odpowiedniego dokumentu potwierdzającego ich legalne pochodzenie?”

Żródło: http://www.wwf.pl/

22:09, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (3) »
środa, 18 marca 2009

bosman
Obudziłem się dziś wcześnie. Coś, cholera, nie mogłem spać. Śniło mi się, że statek nie może płynąć choć maszyny wyją na najwyższych obrotach. Poruszaliśmy się w jakiejś lepkiej mazi, która skutecznie nas hamowała. Tak mnie ten sen zdenerwował, że musiałem wyjść i się na kimś wyładować.
Zapaliłem szluga i poszedłem w kierunku maszynowni. Tam natknąłem się na takiego jednego, co to miał niby mieć wachtę przy kotłach. Ja go i tak nie lubię, a on sam się podkłada. Zamiast siedzieć i patrzeć w manometry, spał smacznie między puszkami oleju i czegoś tam jeszcze.
Stanąłem nad nim i ryknąłem

- Wstawać taka wasza mać! Spać możesz sobie w domciu, u mamusi! O 8:30 meldujesz się u mnie na karną wachtę. Już ja ci nie dam pospać, kochasiu! – I lu go w łeb. Tak na odlew, żeby zapamiętał.

Nie pomogło. Nadal byłem zdenerwowany. Postanowiłem, że uspokoi mnie dobra, mocna kawa i właśnie szedłem obudzić Cooka, kiedy przyleciał zdyszany majtek z wiadomością od Titi Tata.

- Bosmanie! Bosmanie! Wszędzie was szukam. Titi prosi pana pilnie do siebie, ponoć jakaś wiadomość pilna jest. – i już go nie było
- Tego tylko brakowało – pomyślałem – coś się święci. Pewnie dlatego jestem taki zdenerwowany. Szósty zmysł. Ech!
W kabinie radiowej siedział nijaki radiotelegrafista. Z braku światła jego skóra była szara.
- Co jest? – warknąłem.
- Dddo Pana. Z La-lancelota. – wyjąkał i podał mi radiogram. Ciekawe, czy jąka się też pisząc morse’em?

Na Lancelocie znam Bosmana, nazywa się Krall. Cwana sztuka, zawsze wszystko wie pierwszy. Razem służyliśmy na trałowcach w wojsku. Parszywa służba ale, można poznać dobrych ludzi. Ten Krall zawsze podsyła mi niusy i nigdy się nie myli. Tym razem było tylko kilka słów: „Idzie Sztorm ze wschodu. Stop. Szeregi rzedną. Stop. Fracht nie do zbycia. Stop. Trzymaj się mocno. Stop. Krall. Stop”. Psiakrew, cholera, psiakrew! Kryzys idzie. Niedobrze.  Szczególnie dla mnie. Cook też się wkurzy. Ceny szmuglowanych przez nas fajek spadną i w końcu okaże się, że musimy dopłacić do interesu. Trzeba będzie jak najszybciej pogadać z Cookiem, może on coś wymyśli.

Stałem tak z myślami kłębiącymi się pod czaszką i miętosiłem kartkę z radiogramem, kiedy znów przerwał mi goniec.

- Bosmanie. Ma pan się natychmiast zameldować w mesie oficerskiej. Chief pana prosi.
- Po co? – mruknąłem. Nie miałem teraz głowy do żadnych głupot, a co oni mogli tam wymyślić innego. – Cholera, zawsze nie w porę.

Gdy stanąłem w drzwiach do mesy, wszyscy obrócili głowy w moją stronę i w środku zapadła niezręczna cisza. Musiałem coś powiedzieć.

- Tego, no... – nie wiedziałem jak zacząć – Dowiedziałem się, że będą cięcia kosztów. Idzie jakiś kryzys – i popatrzyłem na pogniecioną kartkę, którą wciąż trzymałem w rękach.

Potem dowiedziałem się o „Crush the Tibet” i to jeszcze bardziej mnie wkurzyło.

Trzeba działać, a oni nic tylko debatują. Przez czterdzieści pięć minut przekonywali się, nic nie ustalając. O nie, przepraszam, postanowiliśmy myśleć nietuzinkowo i postawić żagiel z majtek! Tak! Psiakrew. Żagiel z majtek. To właśnie ustaliło nasze statkowe dowództwo! A ja mam z tym pójść do ludzi i swoim autorytetem ten  żagiel z majtek firmować! Kompletny absurd! Oni żyją w innym świecie. Myślą, że my, tu na dole, załoga, to banda głąbów, którzy nic nie wiedzą i nic nie widzą! Ciekawe czy zauważyli, że kompas wciąż nie działa i pływamy w kółko. Może to by im pomogło szybciej płynąć? Tylko gadać potrafią. Na szczęście są jeszcze inni ludzie na tym statku, co to potrafią zakasać rękawy i wziąć się do roboty.  

Jak wreszcie się stamtąd wyrwałem, gotowałem się w środku jak czajnik. Musiałem zapalić. Natychmiast pognałem do Cooka.
- Mat! – już waliłem w drzwi jego kabiny. – Mat, wstawaj wałkoniu!
- Co jest misiu? – wystawił pomiętoloną i potarganą głowę – pali się?
- Gorzej – wepchnąłem się do niego – mamy kłopoty. Przekazałem mu wszystko, czego się dowiedziałem. – I tak właśnie działają nasi przepłacani dowódcy. Nie możemy na nich liczyć. Drugi, cymbał jeden, nawet piszczał, że to dobrze robi na „konkurencyjność”. Aż mnie korciło, żeby mu przywalić.
- Spokojnie – rzucił Cook, wydmuchując kłąb dymu – nie gorączkuj się, zaraz coś wymyślimy. Na razie trzeba się napić kawy i spokojnie wszystko przegadać. Potem, pójdziemy z naszą wersją do Pierwszego i weźmiemy ludzi do galopu.
- Okay, okay. Nie zwlekajmy tylko zbyt długo, bo jak już coś tam na górze wymyślą, to ciężko będzie odkręcić.
- Nie przejmuj się – uśmiechnął się Cook i walnął mnie w plecy tak, że mało nie połknąłem filtra od papierosa – nie takie rzeczy ze szwagrem po pijanemu... Wiesz!

Godzinę później, trochę bardziej spokojni, popijaliśmy kawkę i zaciągaliśmy się naszymi ulubionymi Ekstra Mocnymi. Chyba mamy plan. Niełatwy ale możliwy. Teraz idziemy do Pierwszego, byle tylko nie  napatoczył się Drugi i znów nie wyskoczył z tą swoją „konkurencyjnością”.  Potem weźmiemy się  za załogę.

13:51, lukasz.fijalkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 marca 2009
Od tych wszystkich tabelek z liczbami zaczęły mi łzawić oczy. Czułem lekki zamęt w głowie. Sweet Baby Jesus! Skąd on brał tyle tych danych! I po co? Podobno nie pierwszy raz się ścigamy. Główny Mechanik z wielką werwą, pochylony nad kartką razem z Pierwszym szybko spisywał „pomysły”. W myślach zacząłem nazywać go Nawiedzonym. Mnie oczywiście nikt nie słuchał!

- I na koniec, jak będzie źle stawiamy maszt z żaglem. Może być z dżinsów.

Osłupiałem. Mam oddać moje dżinsy? W życiu! Kupiłem je tydzień temu w porcie od lekko zezującego kramarza, za dobrą cenę i nie miałem zamiaru się z nimi rozstawać.
Dziwna sprawa... Jakby w tle, przebijając się przez inne myśli pojawiał mi się w głowie obraz opiętych dżinsów Intendentki...
W drzwiach stanął Bosman. Jak to stary Kaszub, chwilę się kolibał zanim powiedział:

- Tego, no... Dowiedziałem się, że będą cięcia kosztów. Idzie jakiś kryzys.

Pierwszy z Głównym spojrzeli na mnie. Czego się gapią?

- Jaki kryzys? - zapytałem Bosmana.
- W całej marynarce. Morskiej i śródlądowej. Nasz Titi Tata od rana dostaje wieści przez radio, że się zaczęło.
- Co na Boga się zaczęło! – nie wytrzymał Pierwszy – co się dzieje?
- Zwalniają. Podobno jest mniejsze zapotrzebowanie na fracht, siada ekonomia i generalnie jest bryndza.
- E tam – machnąłem ręką – gadanie. Od czasu do czasu straszą nas, abyśmy nie byli zbyt roszczeniowi.

Pierwszy pokręcił głową - Myli się Pan, bardzo. Ja już przechodziłem przez coś takiego – wyraźnie sposępniał – wielu moich kolegów straciło pracę, mi obcięli pensję. Ciężko było.

Główny Mechanik w zastanowieniu przekładał kartki.

- Słuchajcie, nie dajmy się zwariować. Będzie dobrze. Zawsze pojawia się jakaś trudność, a trudności trzeba pokonywać. Co tam kryzys, czy jakiś chiński statek. Jestem pewny...
- Jaki chiński statek? – przerwał mi Bosman – coś jeszcze nam grozi?

Ciężar wzroku Pierwszego wgniatał mnie w krzesło. Mechanik zasłonił ręką oczy.

- Coś knujecie! Załoga ma prawo wiedzieć co się dzieje!
- Bosmanie, proszę nie podnosić głosu – powiedział przez zęby Pierwszy. Nic nie knujemy. Musimy zdążyć do Hard Core przed chińskim „Crash the Tibet”, bo zostaniemy z pełną ładownią. Chcecie powtórki z Capetown?
- O, k....!
- No właśnie, ładnie Pan to ujął. Musimy działać. Trochę „odchudzić” statek i przyspieszyć ile się da.
- Ja p.....!
- Bosmanie! Niech Pan się weźmie w garść – włączył się Główny Mechanik. I proszę nie straszyć załogi. Jeszcze tego nam trzeba.
- Stary wie? – Bosman szybko przeskakiwał po nas wzrokiem.
- Nie wie i się nie dowie. Prawda? – Główny tym razem patrzył na mnie.
- Ale,...dlaczego, niby....
- Stary w takich sytuacjach robi się nerwowy. Dociera do niego, że nie wie co się dzieje i nie wie co robić. Ma odruchy wiatraczne. Robi nasiadówki, gada bez ładu i wydziera się na wszystkich. Każdy jest winny. Wówczas można stracić pracę w trybie natychmiastowym – Pierwszy patrzył na mnie smutno.
- Ja się nie wygadam! Pracuję tu najkrócej i w razie czego będę pierwszym...
- Ja jestem Pierwszym!
- Tak, ależ oczywiście! Chciałem powiedzieć, że będę pierwszym do zwolnienia.
- A tak. Jeśli tak, to w porządku.

Zapadła cisza.

- I ani słowa Intendentce. Ona pierwsza poleci do Starego – z naciskiem powiedział Pierwszy.
- Niech Pan tak nie stoi w drzwiach. Proszę wejść i zamknąć drzwi Bosmanie. Musimy się zastanowić – Główny robił miejsce przy stole przesuwając papiery.
No, tak – pomyślałem – teraz dopiero się zacznie. Woda na młyn Nawiedzonego, w dużych ilościach. I co oni mają do tej dziewczyny?  Chciałbym być tym, który wyegzekwuje od niej ściągnięcie dżinsów...
13:34, tomasz.knitter
Link Komentarze (5) »
czwartek, 05 marca 2009

mechanikDowiedziałem się o 15 06.

Zabawne. Akurat jak dodałem trochę sztrumu i mój silnik nabrał sprężystej mocy Filon – mój zastępca, pracowity chłopina – powiedział, że Kruger – kolega z dawnych lat, pierwszy na Lancelocie – pilnie mnie woła na czat.

Zakląłem, poszedłem, poczatowałem.

Zgroza.
Kruger dał mi cynk ( tylko nie mówcie nikomu ) że chiński masowiec „Crush the Tibet”  płynie do Hard Core City to jest do tego samego portu co my. Z tym samym towarem co my. Tyle, że ich towar jest połowę tańszy. I że według jego danych będą w porcie trzy dni przed nami.

Cisnęły mi się na usta pewne słowa na Starego, bo przestrzegałem go przed tym, mówiłem, że bez precyzyjnego kursu i strategii zrozumiałej nawet dla majtków co równika nigdy nie minęli, bez analizy działań konkurencji pływamy tam i siam narażając się na kosztowne niespodzianki. Ale szkoda czasu na gdybanie – trzeba działać.

Zwołałem zebranie. Zaprosiłem Pierwszego, Drugiego i Bosmana. Z tego ostatniego żaden co prawda oficer, ale przynajmniej można na niego liczyć…No, przynajmniej jak mieliśmy awanturę z tymi Australijczykami w Wellington można było na nim polegać.
Pierwszy przyszedł drugi. To Drugi był pierwszy. Bosman nie przyszedł.

Nie spytali dlaczego nie zaprosiłem Starego. Po pierwsze wiedzą, że nie lubię polityki, po drugie powszechnie wiadomo, że Stary się za bardzo nie wtrąca w sprawy statku, bo jest zajęty zdobywaniem posady w Radzie Morskiej. Na spotkaniu zadecydujemy wspólnie kiedy poinformujemy go o zaistniałej sytuacji.

Naświetliłem im sytuację. Nawet przez chwilę nie zwątpili. Wiedzą, że informacje mam zawsze pewne. Nawet Drugi już zdążył się o tym dowiedzieć mimo tego, że jest z nami od niedawna. I to on pierwszy zabrał głos:

- To świetna wiadomość.
- Co? – Pierwszy spojrzał na niego jak kucharz w ekskluzywnej restauracji na chudego szczura ugotowanego w zupie krabowo-bambusowej.
- To świetnie – Drugi wyraźnie korespondował z zasobami motywacyjnymi świeżego pracownika – Przecież to doskonały moment żebyśmy wszyscy się zmobilizowali, usprawnili pracę...
- Człowieku – przerwał mu Pierwszy – Jakie „usprawnili”? Chinole są trzy dni przed nami. Przy naszych wyduszonych 18-u węzłach możemy co najwyżej skrócić dystans do dwóch dni.
- No to będziemy raptem dwa dni za nimi…

Pierwszy nabrał powietrza żeby coś powiedzieć, ale Drugi uciszył go gestem i lekkim podniesieniem głosu kogoś, kto koniecznie musi skończyć mówić nawet, jeśli rozmówca i tak już nie słucha tylko czeka, żeby powiedzieć co ma na końcu języka.

- …tak wiem – chodzi o to, że mają tańszy towar i dwa dni więcej na zbycie go. Na Boga – nie jestem głupi. Ale panowie, przecież rynek jest chłonny to raz, a dwa to właśnie konkurencja wzmaga innowacyjność i szukania nowych rozwiązań i nie mydlcie mi oczu waszym, za przeproszeniem, zblazowaniem, które nazywacie „my to już 10 lat pływamy chłopcze”.
- Mości Drugi… – Pierwszy zaczął lekko służbowym tonem co nie wróżyło nic dobrego.
Przerwałem im. Takie gadki dobre są dla filozofów. Filozofowie rzadko bywają bogaci.
- Dobra, dziewczyny – uderzyłem w ten ton – O szminkach pogadacie później, a teraz bierzemy się do roboty. Przygotowałem konkretne wyliczenia – rzuciłem notes na stół, Pierwszy westchnął ciężko – Dotyczące naszych możliwości.

I sprawnie, w niecałe trzy godziny, naświetliłem im naszą sytuację. Wszystko było czarno na białym. Nie na darmo nasiedziałem się nad tymi symulacjami i wyliczeniami. Na pewno zatrybili o co chodzi. Choć myślę, że Pierwszy bardziej docenił powagę sytuacji.

-…zatem podsumowując – pacnąłem palcem w wierzchołek krzywej Gaussa na wykresie – Musimy zrobić wszystko żeby dopłynąć jak najszybciej do Hard Core City. Między innymi ograniczymy załadunek i wprowadzimy cztery zmiany zamiast trzech.
- Dlaczego nie poszukamy mniej oczywistych, mniej oklepanych rozwiązań? – Drugi się nie poddawał – Jak choćby uruchomienie jakiegoś przedstawiciela w Hard Core City?

Postarałem się żeby moja wypowiedź zabrzmiała ostatecznie jak odgłos zasuwanej płyty nagrobnej:
- CZAS. MAMY GO ZA MAŁO NA SZUKANIE GODNYCH NAPOLEONA ROZWIĄZAŃ.
- No, Napoleona to ja się w tym gronie nie spodziewałem.
- Panowie po co te nerwy? – Pierwszy machnął ręką – Lepiej zastanówmy się jakie zmiany wprowadzamy.

Zaczęła się burza mózgów.
Oto jej wynik:
1)    Zakupimy droższą, ale znacznie bardziej wydajną  ropę w najbliższym porcie.
2)    Wprowadzimy czterozmianowy system pracy.
3)    Zatankujemy „na styk” żeby odciążyć statek.
4)    Pobyt w porcie ograniczymy do kilku godzin – Akcja 3x0 - 0 panienek, 0 imprez, 0 aresztów za bijatyki.
(To się Bosmanowi i Cookowi nie spodoba )
5)    Ograniczymy zapas owoców i słodyczy.
6)    Pozbędziemy się zbędnych par butów i pamiątek.
7)    W razie potrzeby z dżinsów sklecimy żagiel i postawimy w wietrzne dni.

Drugi trzymał się za głowę jak żołnierz z filmu „Alien 2”, który dostrzegł na ekranie insolatora zbliżającego się Obcego.

- Chcecie zrobić żagiel z dżinsów?!
- To nie koniec naszych pomysłów.
- Muszę z tym iść do Starego – Drugi kręcił głową.

Już chciałem mu dać do słuchu gdy nagle bez pukania otworzyły się drzwi i wszedł Bosman.
Popatrzyliśmy na niego tępo wyrwani z rozkosznego procesu kreacji.

- Tego, no…- zaczął z charakterystyczną dla siebie retoryką – Dowiedziałem się, że będą cięcia kosztów.
O czym on bredzi? Przecież nic takiego nie ustalaliśmy.
- Idzie jakiś kryzys.

Sam nie wiem dlaczego wszyscy spojrzeliśmy na Drugiego.


15:55, michal_nieweglowski
Link Komentarze (3) »
postaci