blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
„Gdzie ja trafiłem! Co to za łajba! Dookoła mnie same intrygi i intryganci!” – kontynuowałem wewnętrzny monolog wchodząc do kajuty. Cisnąłem się w fotel i łapczywie zacząłem pić piwo, cholera ciepłe! – „A to dzisiejsze spotkanie! Przecież to jakaś paranoja! Intendentka zwołuje naradę, przychodzę tylko ja. Stary zajrzał przez drzwi i sobie poszedł. Pewnie pomyślał, że ja coś nią knuję.” – długi łyk pieniącej się zupy chmielowej – „Bosman rządzi i się puszy, Cook zadziera nosa, Pierwszy ma wszystko w...” – kolejny łyk. Kurczę polało się po policzku, na szyję i za kołnierz! „Biednemu zawsze wiatr w oczy! Kurza twarz! Zanim zdobyłem jakikolwiek autorytet wśród załogi, Bosman udowodnił, że jego prywatne konszachty ze Starym są ważniejsze. Wszędzie tylko prywata. Marność, wszystko to marność i robaki!” Otworzyłem gwałtownie drugą puszkę, piana buchnęła z otworu wprost na moje oficerskie spodnie. „No i będzie plama. Marność! Wszystko!”

Piłem piwo i wpatrywałem się w bulaj. Od wczoraj wieczorem staliśmy w porcie Fallen Town. Za oknem przesuwały się dźwigi i suwnice na tle dziwnego, stalowego nieba. Dziura jakich mało. Podobno mieliśmy zatankować tutaj lepsze paliwo. „Może rzeczywiście uda się wyprzedzić te małe żółte rączki. Chłopcy zasuwają za trzech i nawet nie muszę ich motywować”. Wtem przez szkło bulaja zobaczyłem jakiś duży karton, który szybko zsuwał się w dół na linie. Po chwili na górę wróciła pusta pętla. A za moment znów karton zjeżdża w dół! „Co tu się dzieje?” Podszedłem do bulaja i dosłownie przykleiłem twarz do szyby. Żeby zobaczyć coś w dole, bez otwierania okna musiałem zastosować  połączenie glonojada z pekińczykiem. Na nabrzeżu stał nasz Cook i wspólnie z jakimiś smagłolicymi obdartusami ładował kartony do pickup’a! Ale numer, przemyt. Mordziasty Cook, czerwony i spocony uwijał się jak fryga. Obok stała, chyba jakaś klatka przykryta do połowy płótnem. „Ciekawe kto ten cały towar z góry nadaje? Też nieźle kręci, kołowrotek jeden! Kartony śmigają jak messerschmitty!”

    Porwałem czapkę i pobiegłem na górny pokład. Ostatnie cztery schody pokonałem wielkim susem. Z ukrycia obserwowałem pokład. A tam, nasz kochany przez wszystkich Bosman wywala karton za kartonem za burtę, szybko przebierając wytatuowanymi łapami. Pięknie! Tego mi było trzeba. Napisy na pudłach „Ekstra Mocne” nie pozostawiał cienia wątpliwości, co do charakteru tego procederu. „Ekstra Mocne” były bardzo cenione przez czarny lud za niewątpliwe wartości odurzająco-otumaniające. Nazwali je podobno „polish marihuana”, czy coś.

- Dzień dobry Bosmanie! Jaka piękna pogoda! – szeroko uśmiechnięty wyszedłem zza ściany. Efekt był po prostu wspaniały! Bosman oniemiał i popadł w stupor. Mrugając małymi oczkami łapał powietrze jak, kurcze blade złota rybka! Ze skamieniałych łapek wysunął się sznur i karton z impetem uderzył w coś, co musiało być polskim, brzydko wyrażającym się kucharzem.
- Widzę, że jest Pan straaasznieee zapracowany. Kto by pomyślał. Takie nadgodziny sobie Pan zrobił, tak? Jak słyszę, bodajże z naszym kucharzem?

Podszedłem do relingu, lekko się wychyliłem i pomachałem do Cook’a. Ten zadzierając głowę, z rozdziawioną gębą przez chwilę uważnie się wpatrywał, najwidoczniej starając się dociec kim jest ta nadprogramowa osoba obok jego druha. Gdy już mnie rozpoznał, to z zaskoczenia podskoczył, potruchtał za samochód i się tam schował!

- Jutro o 8.00 proszę, aby Pan Bosmanie zameldował się u mnie, dobrze? Wydaje mi się, że musimy poważnie  porozmawiać. Do widzenia.

Odwróciłem się na pięcie i zszedłem pod pokład. A serce rozpierało mi uczucie tryumfu. W korytarzu minąłem dwóch marynarzy, którzy jakoś dziwnie mi się przyglądali. Za rogiem przystanąłem, aby podsłuchać co mówią.

- Widziałeś Zenek, tę plamę na spodniach? On rzeczywiście ma coś z hydrauliką.
- Ta, Bosman mi mówił, że Młody to słaby organizm. Widać z emocji popuszcza.
Reszty nie usłyszałem, bo poszli w drugim kierunku.
„Łeb urwę temu Bosmanowi! Tak go skołczuję, że się nie pozbiera kurza twarz!”
Wszedłem do kajuty i trzasnąłem drzwiami.
12:31, tomasz.knitter
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 kwietnia 2009

Jakaś jest taka dziwna atmosfera… Chłopaki mają dziwne miny, jakieś tajemnicze spotkanie u Mechanika. Cook z pewnością coś kombinuje, jakiś taki nerwowy. Teraz znowu Bosman, aż się świeci taki podekscytowany. Pierwszy z nikim nie gada i zgrywa ważniaka. O Drugim już zupełnie nie wiem co myśleć, chyba daje się wciągnąć w rozgrywki.

- Witam Kapitanie, mogę zająć chwilę? – weszłam na mostek. Niby się umówiliśmy na spotkanie, ale z nim nigdy nic nie wiadomo…
- Ależ oczywiście! Droga Pani, jakże mógłbym nie mieć czasu dla spraw dla nas najważniejszych, tym bardziej w towarzystwie kobiety… całuję rączki… - Matko kochana!! Jak ja nie cierpię tego obrzydlistwa. Czy on naprawdę myśli, że ja jestem taka durna i wierzę w szczerość tych obleśnych bredni.
- Och, drogi Kapitanie, jakiż pan szarmancki …– idę oczywiście na ślepo w te grę - zapewne Pan zajęty, ale ja tylko na kwadransik – blee, co ja gadam, do tego jeszcze „kwadransik”- Takie mnie naszły przemyślenia: wydaje mi się, że gdybyśmy zmyślnie wciągnęli całą załogę w tematy dotyczące najważniejszych spraw statku, pozyskalibyśmy ich zaangażowanie, zwiększylibyśmy wydajność pracy. To byłby znakomity case do omówienia przez Pana Kapitana w Radzie Morskiej …– zwariuję, nie wierzę, że to robię – … zdaję sobie sprawę – mówię ciszej, niski ton głosu  -  że tylko chwile dzielą Pana, Kapitanie, od prawdziwie istotnych, wartych Pana zadań… -  i rzęsy w akcji na koniec.

Kapitan wyprężył się, urósł kilka centymetrów, po czym niedbale machnął ręką.

- Droga Pani! Tak! Czyta Pani w moich myślach. Jakieś nowatorskie rozwiązanie, przybliżyłoby NAS do sukcesu. Kto jak kto, ale  Pani sobie znakomicie sprawę, że kwestie dotyczące motywacji załogi i tych wszystkich aspektów psychologicznych zarządzania, są dla mnie wyjątkowo ważne…

Taaak, terefere kuku. Ważne… Akurat.

- Tak właśnie Kapitanie. Pan docenia  siłę osobistej motywacji pracownika. A jak najlepiej dotrzeć do jego motywacji? Oczywiście poprzez dialog i otwartą komunikację – no wreszcie doszłam do tematu i mogę zredukować wdzięczenie się – Wydaje mi się, że atmosfera na statku jest trochę napięta, jakby nie wszyscy mieli świadomość co jest dla nas najważniejsze  - nie wszyscy! Nikt nie wie, ja zresztą też nie wiem – jakby nie wiedzieli w jakim kierunku płyniemy. Mam taką propozycję: może wprowadzilibyśmy cykliczne spotkania z załogą. Moglibyśmy omówić najważniejsze sprawy, posłuchać  ich pomysłów. Wie Pan, my im trochę powiemy, oni trochę pogadają, rozluźnią się, wszystkim  będzie się lepiej pracowało. Gdybyśmy rozpoczęli taki eksperyment: raz na miesiąc ,czy raz na dwa tygodnie spotkać się z całą załogą, a codziennie na 5 minut z kluczowymi osobami. Taka szybka odprawa: sukcesy dnia poprzedniego, blokady odkryte wczoraj, cele na dziś, nastroje załogi. Co Pan o tym myśli Kapitanie? Po miesiącu, mielibyśmy już materiał na jakąś małą publikację dotyczącą Pańskich nowatorskich rozwiązań w kwestiach zarządzania…
- Tak! Znakomity pomysł! Prasa! Niech mi tu Pani koniecznie ściągnie jakiegoś fotografa, albo chociaż aparat fotograficzny – aż podskoczył podekscytowany mrużąc oczy, chyba już zobaczył flesze reporterów.
- Tak, oczywiście Panie Kapitanie. A spotkania? Mogę zaprosić Pierwszego, Drugiego, Mechanika  i Bosmana  na jutro na 8.30?
- A niech Pani zaprasza… - i zapadł w głęboką zadumę. Zapewne zaczął urządzać nowy gabinet w Radzie Morskiej.  No, dobrze, załatwiłam co chciałam. A że kiedyś wyląduję w psychiatryku, to już inna bajka.


22:02, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (11) »
środa, 01 kwietnia 2009

Cook naprawdę zrobił na mnie wrażenie! Ten facet ma dobry procesor pod tą rozczochraną i wyjątkowo mało reprezentacyjną kopułą. Tylko on mógł wpaść na coś takiego. To pokrętny umysł. Nikt normalny nie główkowałby w tym kierunku. Tak czy tak dowalimy cholernym Chińczykom! Hej! Nasi górą! I jeszcze fajeczki spylimy i zabawimy się w jakiejś tawernie jak będą ładować prowiant i tankować paliwo. Ciekawe tylko skąd kasę na to szef weźmie? W zasadzie to nie moja sprawa. Poszedłem do Kapitana, lekko stremowany ale zdeterminowany.

- Ahoj Kapitanie! – krzyknąłem wchodząc na mostek. Kapitan podskoczył w fotelu, gdzie drzemał, gubiąc czapkę i okulary.
- Kochanie, to nie tak jak myślisz! – krzyknął nie do końca obudzony. Po chwili zdał sobie sprawę gdzie jest i do kogo mówi, obciągnął mundur, zmarszczył brwi i ze srogą miną huknął – A co wy sobie ze mnie żarty stroicie Bosmanie!? Kapitanowi należy się szacunek! I drzemka od czasu do czasu...

Zaatakowałem go tak specjalnie, żeby nie sprawiać wrażenia zbyt dużej powagi chwili. Jak jest pod presją to ni diabła nie można z niego wydusić decyzji. Teraz sprawę Fallen Town będzie traktował jako mniej ważną niż urażoną godność osobistą i może to wszystko autoryzuje zanim tamci przestaną debatować.
- Sorry Kapitanie, to moje przyzwyczajenie z Langusty. Pamięta Pan jak pływaliśmy razem? Kiedy to było? Jakieś dwadzieścia pięć lat temu? Piękne to były czasy, ech, piękne. Pan od tamtej pory zaszedł daleko, a ja... ciągle zwykły bosman jestem. – pod włos go, pod włos. Może da się wkręcić?
- Dajcie spokój Bosmanie – żachnął się Stary – nie jest z wami tak źle. Po prostu tylko najwybitniejsze jednostki mogą być kapitanami – wytłumaczył mi szczerze.
- Mhm...
- Prosty Bosman to skarb! – ryknął i śmiejąc się walnął mnie w plecy tak mocno, że przekrzywiła mu się na głowie czapka, a mnie cofnęło się śniadanie – O co chodzi? Walcie śmiało, w końcu nie znamy się od dzisiaj, nie? – mrugnął do mnie. Dobry znak.
- No więc, słuchaj Stefan... Op, przepraszam – Kapitanie...
- Nie szkodzi, nie szkodzi Bosmanie. Wiem, kiedyś mówiliśmy do siebie po imieniu ale wtedy jeszcze nie byłem kapitanem. Proszę więc nie robić tego więcej. – tu dostałem naganę wzrokową
- Błagam o wybaczenie – zgiąłem się z pokorą - tak więc jest pewna sprawa. Jeden Chińczyk....

Wstawiłem mu całą historię lekko koloryzując i pomijając kilka drobnych faktów, wyłącznie po to, żeby nie utrudniać mu decyzji.

– Nasi oficerowie już czwartą godzinę debatują i wymyślili tylko, pożal się Boże, żagiel z majtek, a my nie mamy czasu! Od tego rejsu zależeć może Pańska pozycja w Radzie Morskiej! Jak będzie wyglądało jak pan się zacznie plasować za Chińczykami?

Tutaj kapitan się ożywił.
- Jak to za Chińczykami? Trzeba coś zrobić! Zróbcie coś!
- Ay ay kapitanie, jest plan. Nie chciałem go mówić Pierwszemu, bo zajęłoby to znów cały dzień, a pańska nominacja na włosku wisi!

W szczegółach przedstawiłem mu pomysł Cooka. Słuchał bardzo uważnie.

- Popchnąć sprawę może tylko szybka decyzja. Jest pan tak doświadczonym kapitanem, że to dla pana bułka z masłem. Co pan na...
- Jasne! – wrzasnął zanim zdążyłem skończyć. Czasem mnie zaskakuje swoją decyzyjnością. – Już! Już mi gonić ludzi do roboty. Ja sam przejmę dowodzenie na ten czas i poinformuję kadrę oficerską! – złapał za słuchawkę telefonu pokładowego.

Zasalutowałem i wykonałem przepisowe w tył zwrot. Dochodząc do drzwi obróciłem się i zapytałem:
- Kompas naprawiamy, czy nadal ma się kręcić?

Wyszedłem nie czekając na reakcję.
Po drodze spotkałem Intendentkę, szła do kapitana. Nawet ładnie dzisiaj wyglądała w tych dżinsach. Puściłem do niej oko.

16:50, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (1) »
postaci