blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
piątek, 30 kwietnia 2010

pani_intendentPrzerasta mnie to wszystko. Nie, chyba powinnam powiedzieć sobie szczerze – sytuacja mnie PRZEROSŁA. Zawodowo – jestem za cienka na taką ostrą ocenę i zmiany dotyczące ludzi, jakich wymaga ode mnie Kapitan. Za cienka jestem na przeprowadzenie tego, co on sobie wymyślił. Poza tym, nie chce mi się tego robić. Lubię tych ludzi. Może dla niego takie „szybkie” zarządzanie jest normalne, może nawet będzie skuteczne, ale ja się do tego nie nadaję. Nie będę zwalniać Pierwszego i szukać haka na Bosmana, żeby sobie darował Związki. Nie umiem, duszę się w tej roli.

Do tego dziecko! Co ja mam zrobić z tą małą? Nawet miła jest i bystra, ale ja nie mam głowy na ciągłe pilnowanie jej. Przecież one jest gotowa przemalować pokład i wszystkie sprzęty, żeby w godzinę zorganizować tropikalny bal przebierańców! Do tego  cała załoga pójdzie za nią jak w dym… Matko kochana, co ja mam z nią zrobić?

Kolejny temat: Drugi. Płakać mi się chce. Kapitan zakomunikował mi wprost, że w jego zespole nie ma miejsca na żadne związki prywatne. Albo koniec z tym, albo jedno z nas odchodzi. Ja nie jestem gotowa ani na jedno, ani na drugie. Nawet nie chcę o tym rozmawiać z Drugim, zwodzę go i unikam rozmowy już kilka dni. Wczoraj dzwonił head hunter z propozycją spotkania, a ja odruchowo go spławiłam… Może jednak spotkam się z nim? Taki mam głupi, lojalny odruch „nie, dziękuję, znakomite miejsce, nigdy bym się  nie odnalazła na lądzie”. A może właśnie czas darować sobie cały ten cyrk? Może właśnie zmienić pracę, wejść między innych ludzi, nauczyć się czegoś nowego, może być z Drugim „inaczej”? Ciekawe, czy ten związek w ogóle ma szanse na przetrwanie…

- Cześć kochanie! Szukam Cię wszędzie!  -  Drugi spadł nagle z nieba, aż mnie przestraszył. – Co ty masz taką dziwną minę? Nie cieszysz się na mój widok? Ostatnio złapanie Cię graniczy z cudem. Co jest grane?
- Nic. Zajęta jestem. Wojtek trochę mi przykręca śrubę, nie przywykłam do takiego stylu pracy.
- Daj spokój, przede mną możesz sobie darować takie teksty. Może i bywa z nim trudno, ale fajny jest. Mnie się podoba! Zaproponował mi zupełnie nowe zadania na najbliższe miesiące, chce żebym więcej  z nim pracował i w ogóle, wiesz trochę inaczej – podrapał się w głowę z zakłopotaniem – tak jakby bardziej strategicznie…. Wiesz, właśnie przyszło mi teraz do głowy…  tak jakby chciał dać mi trochę zadań Pierwszego… Podejrzane. Ty coś wiesz?
- Odczep się. Nie będę z Tobą rozmawiać o takich sprawach.
- O cholera! Chcecie zwolnić Pierwszego! Jaki ja jestem durny, że od razu na to nie wpadłem!

Zapadła cisza. On się zapatrzył w horyzont, ja w deski pokładu. Teraz dopiero mam problem. Wojtek mi nie uwierzy, że nic mu nie powiedziałam.

- Idę do Małej. Robi gazetkę pokładową z Cookiem. Muszę sprawdzić, czy jeszcze nie spalili mesy.

I poszłam bez słowa. Muszę znaleźć numer telefonu do tego head huntera.


11:26, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 kwietnia 2010

bosmanZebraliśmy się w ładowni. Wszyscy, a właściwie wszyscy, których mogliśmy potencjalnie namówić na poparcie dla nas. Naturalnie nikt z oficerów nie został zaproszony. Myśleliśmy, czy nie byłoby dobrze włączyć Pierwszego. Po rozmowie z Cookiem wydawał się być dość dobrym materiałem do wykorzystania, w końcu jednak zdecydowaliśmy, że jako oficer mógłby chcieć przejąć kontrolę, a to nam się zdecydowanie nie podobało.

Tak więc, popędziliśmy do ładowni. Cook wpadł w ostatnim momencie, bo trochę zabałaganił z tym nieszczęsnym bachorem, co to strzelił w rurkę wyrównującą ciśnienie w dieslach. Ciekawa historia. Nikt oprócz Chiefa w ogóle o tej rurce nie wiedział, dopóki ta mała nie odstrzeliła zaworka. Zaworek z potworną prędkością palnął prosto w ucho Szczurka, który po kryjomu palił skręty za kominem. Szczurek przestraszył się nie na żarty, że go przyłapałem i dałem po uszach. Zanim zorientował się co się stało, zdążył zasalutować i trzymając się prosto jak struna wybełkotać jakąś wymówkę. Dopiero po chwili zauważył, że ma uszkodzone ucho i z piskiem popędził do konowała. Przez to teraz symuluje w izbie chorych i nie mamy tu naszego reprezentanta do Rady Rejsu. Nie mamy też napędu, bo pomimo znacznej ilości Poxiliny, rurka nie działa. Ponoć w przyszłym tygodniu mają sprowadzić nową.

W ładowni czekali już wszyscy, których zaprosiliśmy. Pod ścianą stał wózek widłowy z jakąś paletą. To miała być moja mównica. Niestety obowiązek wygłoszenia przemówienia przypadł właśnie mnie. Trochę nieopatrznie wybrałem się na prezesa, bo teraz muszę gadać publicznie, choć, psiakrew, tego nie znoszę! Próbowałem przemówić do rozsądku Cookowi, żeby to on palnął mowę ale łobuz się wykręcił. Natychmiast wyciągnął zza pazuchy jakieś podejrzanie wyglądające zaświadczenie, że ma dysleksję, ADHD i kilka innych skrótów, i z bezczelnym uśmiechem oznajmił, że chciałby bardzo ale lekarz zabronił mu przemawiać publicznie.

W ten sposób zostałem agitatorem. Prawdę mówiąc, jestem bardzo dobrym mówcą i nie to, żebym się bał ale od rana nie mogłem przełknąć ani kęsa, za to w kiblu byłem ze cztery razy i wciąż nie czułem się zbyt pewnie.

Weszliśmy do tej cholernej ładowni. Zrobiło się cicho jak w barze, gdy wejdą obcy. Wszyscy gapili się na nas z oczekiwaniem. Ja podszedłem do widlaka i wgramoliłem się na paletę. Dobrze, że Cook mnie złapał jak się potknąłem, bo inaczej niechybnie wyrżnąłbym czołem w hydraulikę.

- Jasny gwint, psiakrew! – zakląłem... i poczułem takie parcie, że natychmiast zawinąłem się na pięcie i jak z procy wyleciałem... znów w stronę latryny. Trochę pomogło, ale nie za bardzo. Szedłem do ładowni nieco sztywny. W środku było bardzo wesoło. Wszedłem znienacka i zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na mnie, tylko Cook, który stał tyłem do drzwi i zabawiał towarzystwo, śmiał się nadal w głos kucając nisko i udając Stenmark – to niby miałem być ja. Gdy się odwracał, jego twarz rozjaśniała radość, która powoli zamierała i w miarę opadania szczęki zamieniała się w totalne zawstydzenie. Poczerwieniał, spuścił wzrok i wymamrotał „Sorry Bo”.

Ponownie wspiąłem się na moją mównicę, wygładziłem fałdy drelichu i przemówiłem. To znaczy chciałem przemówić, tyle że zamiast barytonu, z którego jestem tak dumny, coś zaskrzeczało. Sam się zdziwiłem. Popatrzyłem na Cooka ale on tylko wzruszył ramionami. Spróbowałem ponownie.

-Eeeeee, znaczy tego, że witamy was na pierwszym naszym, tego, oficjalnym spotkaniu, znaczy zebraniu aktywu. Nasz Związek Zawodowy Navigare został wymyślony, znaczy założony, psiakrew, żebyśmy, znaczy żebyście mogli mieć równość i parytet – co ja do cholery gadam? To dziecko od wiatrówki palnęłoby lepszą mówkę. Postanowiłem spróbować raz jeszcze.

- No, tego, jesteśmy tu, żeby ukonstytuować działania naszego Związku – szło już lepiej, choć w mojej głowie nadal dominowała pustka. Zauważyłem za to, że z każdą moją próbą, uczestnicy przyglądają mi się z większym zainteresowaniem.

- Nasz Związek został stworzony, żeby nie można było sobie o tak decydować o naszym losie. Mamy nowego Kapitana, który mówi, że wie jak poprowadzić nasz statek. Czy ktoś widział go wcześniej? Czy mamy jakieś dowody na to, że wie co robi? Kadra oficerska patrzy w niego jak w obrazek ale to nic nie znaczy!

- Podobno mamy pływać w Europie. Dlaczego? Nie wiadomo. Przecież na zdrowy rozsądek to mniej ekonomiczne. Krótkie trasy, częste odpalanie maszyn, katorżnicza robota z załadunkiem i wyładunkiem, konkurencja kolejowo-drogowa, że wyliczę tylko tyle.

- To nie wygląda dobrze. Postanowiliśmy zatem być bliżej wyższych szczebli zarządzania, żeby interesy nasze, znaczy załogi, na tym wszystkim nie ucierpiały. Klasa robotnicza musi być na tym statku szanowana. Jesteśmy solą tej ziemi i to dzięki nam ten statek chodzi. To znaczy na razie nie chodzi, bo bachor odstrzelił zaworek ale będzie chodził! – szło mi już całkiem dobrze.

- Nasze interesy i bezpieczeństwo muszą zostać zagwarantowane. Płace wyrównane. Godziny pracy ograniczone. Będziemy walczyć o wasze prawa! Dajcie nam tylko wasze poparcie, gotowość do strajku w razie czego i skromne składki związkowe, żebyśmy mogli w pełni zaangażować się w walkę o was – już byłem na wysokich obrotach!

Właśnie szykowałem się do zadania ostatecznego ciosu, gdy zauważyłem postać podnoszącą się z ostatniego rzędu. Postać powoli zbliżała się do mojego widlaka. Spokojnie idąc założyła czapkę, kapitańską czapkę i z uśmiechem podeszła bliżej. Głos uwiązł mi w gardle i znów poczułem łaskotanie w trzewiach.

Wskakując na paletę, kapitan patrzył na mnie życzliwie. Poklepał mnie po ramieniu, odwrócił się do ludzi i powiedział.

- Kochani. Jesteście moją załogą! Słyszycie? MOJĄ ZAŁOGĄ! Nigdy nie pozwoliłbym nikomu Was skrzywdzić ani wyzyskiwać. Wspólnie z Intendentką przygotowaliśmy dla Was pakiet socjalny, który zagwarantuje Wam godziwe warunki pracy i zarobki. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że dzięki Wam ten statek pływa. Pamiętajcie jednak, że nie jesteście jedyni. Ktoś musi wytyczyć kurs, zaplanować remonty, zadbać o zaopatrzenie etc., po to, żeby Wasza praca była jak najbardziej komfortowa i skuteczna. Dlatego właśnie oczekuję wzajemnego wsparcia pomiędzy kadrą oficerską i załogą. Sami wiecie, że tylko jak obie strony są zadowolone i dobrze wykonują swoją pracę, to statek naprawdę pływa. Pływa, ma się dobrze i przynosi zyski, które nie tylko zwiększają majątek armatora ale również, w  większej części trafiają do załogi – cholera, mówił sensownie i z taką swobodą. – Dzięki tym zyskom możemy utrzymywać statek w lepszej sprawności, co oznacza mniej ciężkiej pracy dla was. Dzięki nim możemy lepiej was żywić, dawać wam świąteczne nagrody, częściej wysyłać na urlopy, zapraszać wasze rodziny i fundować im darmowe bilety. Żyjemy w XXI wieku. Teraz już nie wyzyskuje się załogi, bo to się nie opłaca!

- Bosmanie – odwrócił się znów do mnie – co do mojego doświadczenia, powiem tylko, że zaczynałem karierę właśnie jako bosman, na okręcie wojennym. Tam nauczono mnie jak pracować. Potem przeszedłem do marynarki handlowej. Być może znacie statek o nazwie Queen of Saba. Tak, ten który po przekrętach z „kreatywnym handlowaniem”o mały włos nie doprowadził do bankructwa naszego armatora. Zgodziłem się wtedy przejąć nad nim  dowództwo tylko dlatego, że pokładałem wiarę w jego załodze i tylko dlatego, że to załodze zależało ...., mówiąc „załoga”, myślę również o oficerach, teraz znów jest naszą chlubą, a marynarze mają najlepsze warunki we flocie.

- Tutaj też tak może być. Zdecydujecie sami – patrzył uważnie na marynarzy.

- A wy Bosmanie,  - zwrócił się do mnie z wyrzutem - razem z Cookiem, zameldujecie się u mnie, zaraz po zebraniu Związku.

Ukłonił się, zeskoczył na ziemię, poprawił czapkę i wyszedł. W ładowni znów panowała cisza. Zrobiło mi się nieswojo. Nie patrząc na innych burknąłem

– To wszystko. Zebranie skończone – i w towarzystwie niezbyt szczęśliwego Cooka pomaszerowałem do kapitańskiej kabiny.

21:34, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (1) »
postaci