blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
czwartek, 28 maja 2009

mechanikTe lampy są świetne. Co by nie mówić o Bosmanie i Cooku, dla znajomych załatwiają najlepsze rzeczy. Spod ziemi wytrzasną jak trzeba.
Moje trillium kwitnie znakomicie. Ten wymagający kwiatek, poza dobrym oświetleniem, wymaga czułości i cierpliwości, ale odwdzięcza się soczystym pięknem.
Wybieram najładniejszy. Teraz trochę zielonego, niebanalna wstążka…i gotowe.
Zamykam moją kanciapę. Zawsze się boję co będzie jak zgubię jedyny na całym statku klucz do mojego małego królestwa.
Szybki look w lustro. Jest ok.
Po drodze, o dziwo, rytm serca przyśpiesza jak wtedy, gdy jako osiemnastolatek szedłem na spotkanie z Henriettą.
Na drzwiach do kajuty ma naklejony stylizowaną czcionką napis: ”There is no way to happiness. Happiness is the way”. Podpis głosi „Budda”.
Co raz bardziej ciekawi mnie ta Intendentka. Nie żebym coś tam tego…po prostu jest w niej coś interesującego.
Pukam prosto w „Buddę”.
Cisza.
Pukam.
Cisza.
Zrobię niespodziankę. Niech się zastanawia, kto zostawił kwiat. I skąd tu się wziął taki okaz!!!
Otwieram drzwi.
Patrzą na mnie wyraźnie oderwani od jakiegoś pasjonującego zajęcia – półprzytomnie. Szybki rzut oka. Na Boga! Grają sobie. W „Chińczyka”!
Co za farsa.
Idealista, plamiący majtki Drugi gra sobie z Intendentką. U niej w kajucie.
W „Chińczyka”.

- Coś się stało? – Intendentka kieruje na mnie swoje brązowe oczy.
I na kwiat.
- Eee…Ten…- O matko! Jak uczniak na pierwszej randce! – Jak spotkania z załogą? Jest odzew?
Patrzy na mnie, jakby zrozumiała coś czego nie domyślała się do tej pory. Jej spojrzenie robi się…dobroduszne. Trochę mnie to wkurza.
- Czy to…trillum? – pyta.

I tak sobie zastygamy. Ja z wychuchanym kwiatem w dłoni, uczesany pierwszy raz od tygodnia, Drugi miętoląc bezwiednie kości do gry, w nowych spodniach i Intendentka z delikatnie podkreślonymi rzęsami i, idę o zakład, lekkim zakłopotaniem pod postacią pąsu na policzkach.
Staram się zachować spokój.

Czy na tej łajbie ktoś rozumie na czym polega pływanie i biznes?!
Ha?!
Stary uprawia prywatę i traktuje nasz statek jak trampolinę w karierze, marzy o wypasionej odprawie. Pierwszy uwija się jak bóbr przy budowie tamy, żeby armator po odejściu Starego jego namaścił kapitanem. Drugi lata rozentuzjazmowany, puszcza frazesy jak bąki po fasoli i sika w gacie, co za porażka. Intendentka, ta jeszcze chęci ma wcale dobre, ale pieści się ze wszystkimi jak matka z łobuzem, nikt nie wie o co jej chodzi.
Bosman cholerny menedżer średniego szczebla, lawiruje między niedopełnianiem obowiązków, a ganianiem majtków uważając, że być przełożonym to pokrzykiwanie na podwładnych z jednoczesnym robieniem mądrej miny. Już pal licho, że nie dba o tych biednych majtków, nie buduje kompetentnej i zmotywowanej załogi, ale trzyma z Cookem i jako team nawet nie kryją się z kontrabandą, przemycają w biały dzień. Niedługo zaproszą cholerne TV albo zorganizują koncert Dody dla zasłużonych szmuglerów.
Postanowiłem z nimi porozmawiać. Na początku z każdym osobna. Dobry, szczery dialog zawsze robi dobrze obu stronom.
Ale później zmieniłem zdanie. W zasadzie nie bardzo interesuje mnie co mają do powiedzenia. Bo jako ludzi to ja ich przecież lubię, rozumiem nawet, ale my tu nie u babci na pączkach jesteśmy, my tu cele mamy osiągać, konkretne i w wyznaczonym czasie. Na statku nie ma Włodka, Zenka i Romana tylko Bosman, Cook i Drugi.
Zatem żadnych dialogów nie będzie. Wyjaśnię im krótko i na temat.
I to wszystkim na raz. Zaoszczędzę czasu na latania na parę spotkań.

Dwie godziny po spotkaniu u Intendentki umówiłem ich na dziobie. W mesie to zaraz ten przyśnie, tamten nogi na stół wyciągnie…
Musiałem mieć stanowczą minę jak ich „zapraszałem” bo tylko Stary nie przyszedł…Coś jednak mam do powiedzenia na tej dryfującej po morzach biznesu szalupie…
Reszta, nawet Bosman, byli punktualni. Patrzyli na mnie dziwnie. Tak jak dwa lata temu, po pożarze, kiedy zorganizowałem spotkanie i byłem nielicho wkurzony.

- Wyjątkowo piękne dziś niebo – machnęła ręką Intendentka w bliżej nieokreślonym kierunku. Stojący obok niej Drugi rozdziawił gębę żeby coś powiedzieć…
- Jak robota zrobiona i pieniądze w kieszeni to każda pogoda dobra – nie dałem zacząć Drugiemu.
Ktoś chrząknął. Fala załomotała o burtę statku chlapiąc nas resztkami zimnej piany.
- Powiem krótko – zacząłem – Sprawa ma się tak. Ja tu odpowiadam za punktualną realizację celów. Tak jak wy. Pytam: czy ktoś z Was wie jakie mamy cele na ten rok?
Wyglądali jak trzecioklasiści na niezapowiedzianej kartkówce.
Bosman nieśmiało podniósł rękę:
- Przetrzepać więcej dziewczyn w porcie niż w zeszłym roku?
Rozejrzał się spodziewając się pewnie salwy śmiechu, ale szału nie było.
Ale pomógł mi, zobaczcie sami:
- Będę szczery. Od lat przymykam oko na wasz, Bosmanie, przemyt z Cookiem, sam załatwiłem sobie od was kiedyś lampy…dla kolegi. Ale sytuację gdy mamy wyścig, grozi nam bankructwo, a wy sobie kasę na boku kręcicie, stawiacie nowego oficera w trudnej sytuacji, który zajmuje się waszym nieodpowiedzialnym przypadkiem zamiast ważnymi rzeczami, uważam za niedopuszczalną. Od tego momentu jeśli będę miał choć cień podejrzenia doprowadzę do zwolnienia was, Bosmanie. Dyscyplinarnego. I Cooka też. Jasne?
Nie czekałem na odpowiedź.
- Wracam do pytania: jakie mamy cele na ten rok?
Cisza.
- Zapewne też nie wiecie jakie cele wiążą się z waszymi stanowiskami, ha? I pewnie czekacie, dzień po dniu, aż ktoś Wam je wyłoży. Jak mamusia pod nos kaszkę poda.
Tak?
Powiem wam, że rację miał w pewnym sensie Drugi. Kryzys i wyścig dobrze zrobi tej łajbie. Trochę się ocucicie.
Sprawa jest taka: waszym celem na pewno nie jest tu przemyt, promowanie własnej osoby czy forsowanie pomysłów, konfrontowanie marzeń z rzeczywistością, romanse czy inne podobne bzdury. Celem statku, czyli de facto, naszym jest dopłynięcie do portu przed Chinolami, trzymanie 18 węzłów, zrobienie jeszcze 12 rejsów w tym roku – to podkreśliłem- zakup towaru za cenę mniejszą niż w tamtym roku o 12% i utrzymanie poziomu sprzedaży z roku poprzedniego.
Stosowne wyliczenia przekazałem na poprzednim zebraniu. Czy ktoś z was przekazał je majtkom i reszcie załogi? Czy ktokolwiek na tej łajbie wie jakie są cele i obowiązki na jego stanowisku w odniesieniu do naszych planów na ten rok?
Czy ktoś odpowiedział na pieprzone, fundamentalne „Quo vadis?”.

Sam nie wiem czy się nie zagalopowałem.
Patrzyłem na ich komiksowo zdziwione miny i czekałem na odpowiedź…

12:28, michal_nieweglowski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 21 maja 2009

- Zabiję cię łajzo, zabiję – wrzeszczałem na Cooka – Pokażę ci, co pan Bosman potrafi zrobić z taką gnidą jak ty!

Starałem się przypierać go do ściany, ale piskorz się wymknął i teraz on trzymał mnie za gardło. Przysunął twarz na pięć centymetrów od mojej, poczułem odór papierosów i wędzonej ryby.

- Zamknij się! Zamknij! – wydarł się – Nie mazgaj się jak baba! Mów co się stało!

Nic tak nie uspokaja jak wędzona ryba, więc osunąłem się na krzesło, wyciągnąłem jednego z ostatnich Ekstra Mocnych i zacząłem opowiadać.

- Poszedłem do Drugiego lekko przed ósmą rano, nie powiem, zestresowany. Z dwóch powodów. Po pierwsze widziałem jak poprzedniego wieczora migdalili się z Intendentką, co dla mnie nie wróżyło nic dobrego, po drugie przygotowałem sobie ten tekst, który miałem wstawić Drugiemu. Wiesz, ten co to wczoraj w tawernie podsunęli mi Kaper i Martika. Intendentka zawsze mnie stresuje, a z tym tekstem to miałem pewne trudności z wkuciem go na pamięć.

Jak wszedłem do kabiny Drugiego, to on był jakiś taki różowy, nieobecny i lekko uśmiechnięty. No wyraźnie myślał o czymś innym i zbił mnie z tropu.

- Co tam u was Bosmanie w życiu osobistym? – zagaił i wtedy kompletnie zgłupiałem.
- Bo, ta chrześniaczka mojej teściowej, chciała strusia i on się nie schował w betonie – już wiedziałem, że idzie źle – Tylko, że jej mogą wyjść pióra i ta chrześniaczka chciała z ONZ poszerzyć zasięg eksperymentu, bo tutaj już się rozmnożyła i szkoda, żeby zapadłą na ptasią grypę, bo szwagier mnie zabije i moglibyśmy taki fajny prezent przełożonemu zrobić… - gapiłem się na niego głupawo – Psiakrew, zapomniałem!
- Bosmanie! Coś mi się ta wasza historia nie klei. Powiedzcie wprost o co chodzi, ma pan absolutne prawo sytuację wyjaśnić.
- Bueee…
- Nie, nie, nie będziemy rozmawiać po marynarsku tylko w cywilizowanym języku. Moim celem jest partnerska z wami rozmowa.
- Bo jest zwyczaj, że nowy oficer ….
- Dość! Do diabła! – Drugi nie wytrzymał – Od dzisiaj macie program naprawczy! Dawać mi tutaj tę papugę, do czasu zwinięcia do docelowego portu będzie mieszkać ze mną. Ona potrzebuje towarzystwa ludzi, a nie tłumoków. Poza tym wasz plan naprawczy polegać będzie na tym, że codziennie będziecie meldować mi postępy w waszej pracy nad marynarzami. Opowiecie mi jak idą wam rozmowy rozwijające marynarzy, realizacja planów pokładowych, poza tym raz na dwa dni będziecie się meldować u Intendentki i ona będzie was motywować. Dodatkowo, ja osobiście będę was kołczował  40 minut dziennie, przy śniadaniu. Wy się zajmijcie waszym kolegą Cookiem. A teraz won, odmaszerować. – był cały czerwony i wyraźnie mu się gdzieś śpieszyło.
- No i widzisz Cook, mam teraz plan naprawczy….

10:35, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (9) »
piątek, 15 maja 2009

intendentkaTak się cieszę, że przybiliśmy do Fallen Town… Przyjemnie jest choć chwilę spędzić na lądzie, to takie ciekawe, nowi ludzie, nowe przestrzenie… Cóż trzeba przyznać, że nie jest to wymarzone miejsce na romantyczny urlop, ale z pewnością skrywa jakieś fantastyczne historie. Taaak, jakiś mroczny romans, albo niewinny idealista uwikłany w przemyt… Chyba powinnam zacząć pisać książki. Na pasjonujące historie związane z pracą nie ma co liczyć, a tak fajnie byłoby czasem umysł powysilać,  zająć się czymś twórczym. Zupełna klapa z załogą. Nie ma z kim rozmawiać…

- Aaaaaa, witam koleżankę!– wyleciał zza rogu Drugi i w ostrym hamowaniu runął na pokład tuż przede mną - Z nieba mi pani spada… – wymamrotał podnosząc się z klęczek. No pięknie. Jak ktoś  nas teraz zobaczył, to mamy przechlapane trzy pokolenia do przodu. Wszystkie seriale brazylijskie są za nami w tyle - … właśnie pani szukałem. Potrzebuję pani rady w ważnej sprawie, możemy gdzieś porozmawiać na osobności?

Matko! Jeszcze teraz chce ze mną „rozmawiać na osobności”! Ja chyba oszalałam, już kilka lat pracuję z samymi facetami, a jeszcze nigdy nie czułam się tak idiotycznie jak w tej chwili…

- Taaak, a w czym mogę panu pomóc? – starałam się zagrać zimną profesjonalistkę, jednocześnie czułam, że jestem purpurowa. Serial brazylijski pierwsza klasa.
- Kochana, muszę jutro rano odbyć ważną, bardzo ważną, dyscyplinującą rozmowę z …- rozejrzał się i dodał cicho pochylając się nade mną – … Bosmanem.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam … zupełnie niezłe ciacho wpatrzone we mnie. No to już mamy Oskara, ciekawe kiedy wręczenie przy salwie aplauzu załogi.

- No tak, to poważna i dyskretna sprawa. Chodźmy do biura to omówić – no chyba się udało, uciekłam do swojej zawodowej roli. Pokonałam odległość do biura w jakimś niewyobrażalnym tempie. Usiedliśmy.

– Proszę mi powiedzieć coś więcej, czy coś się wydarzyło, kiedy pan planuje tę rozmowę z Bosmanem?
- Wezwałem go do siebie na jutro, na 8.00. Przyłapałem Bosmana i Cooka na przemycie.

No nieźle. Zatkało mnie. Trzeba przyznać chłopak szybko działa. I nie przebiera w słowach.

- A może mi pan opisać sytuację, z której pan wywnioskował, że Bosman i Cook mogą być zamieszani w przemyt?
- Nic nie wywnioskowałem, tylko widziałem. Ładowali paczki na pickup’a przy nadbrzeżu. Ich reakcja na mój widok była oczywistym dowodem, że nie zajmowali się czystą robotą.
- Dobrze. A czego pan oczekuje po jutrzejszym spotkaniu z Bosmanem? Co pan chce przez nie uzyskać?
- No tak, szczerze mówiąc, nie pomyślałem o tym. Pomyślałem, że muszę natychmiast zareagować, przecież przyłapałem ich na przemycie! – znowu się zapalił, podekscytowany wstał i zaczął chodzić w kółko.
- Myślę, że to  bardzo dobry pomysł, aby pan się z nim spotkał. Jednak moim zdaniem, powinien pan zacząć od zapytania Bosmana , co oni tam robili. Niezależnie od tego, jak to wygląda, nie powinien pan zaczynać od oskarżania pracownika. Po pierwsze Bosman ma prawo sytuację panu wyjaśnić. Jest pan na statku od niedawna, może są jeszcze zajęcia, w które Bosman pana nie wprowadził. Po drugie przyjęcie postawy oczekującej wyjaśnienia może być dla niego na tyle zaskakujące, że stworzy szanse na partnerską rozmowę. A nic tak nie buduje autorytetu jak partnerska rozmowa. Dopiero po  takiej rozmowie, może Pan wyciągnąć wnioski z dzisiejszej sytuacji i rozważyć kolejne decyzje. Czy to ma dla pana sens, co mówię?
- No może i trochę. Ma pani rację, żeby zapytać Bosmana. Ciekawe co powie… Nie przesadzałbym jednak z tym, że to mogło być jakieś oficjalne  zajęcie, w które mnie nie wprowadził  – zawiesił głos i zapatrzył się gdzieś daleko. On pewnie też gdzieś błądzi za horyzontem, ta łajba chyba nie nadąża za jego wymarzonym zajęciem – Dobrze. Tak zrobię. Przyjdę spokojny, zapytam Bosmana, a potem zobaczymy. Tylko proszę ode mnie nie oczekiwać, że dam sobie zamydlić oczy.

Robi wrażenie myślącego. Trochę narwany jest, chyba potrzebuje spektakularnego sukcesu. W sumie fajny facet. Energiczny jest, to dobrze wróży.

-  Panie Oficerze, nie namawiam pana, aby przymykał oczy na niejasne interesy. Jeśli faktycznie to jest przemyt, będziemy zmuszeni wyciągnąć konsekwencje. Musi pan jednak pamiętać, że bez dowodów lub przyznania się Bosmana w tej sprawie nic nie zdziałamy. Proszę pana o rozwagę, bo w takich sytuacjach można też siebie narazić na śmieszność  – zaszalałam z oficjalnym podsumowaniem.
- Tak, oczywiście, rozumiem. Śmieszność jest ostatnią rzeczą jakiej mi tutaj potrzeba. A tak zupełnie z innej beczki, bardzo przyjemnie się z panią rozmawia. Kilka nowych pomysłów wpadło mi do głowy, jakoś wcześniej nie pomyślałem …  -  zawiesił głos, dziwnie przyjemnie „niezawodowo” się zrobiło  –  Pozwolę sobie do pani przybiec jutro jak tylko skończę pogawędkę z Bosmanem.

Pożegnał się z oficerską manierą i … pocałował mnie w rękę! No, naprawdę fajny facet.

11:03, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 maja 2009

Fallen Town. Co za obrzydliwe miejsce. Już dopływając do portu czułem się nieswojo. Było zimno i mgliście. Nie wiem, jak to możliwe, ale tutaj nawet w samo południe jest szaro. Promienie słońca nie docierają tu nigdy. No, Copacabana to z pewnością nie jest.

Stawiam nogę na lądzie. Co za syf. Betonowe nabrzeże lepi się jakby wysmarowane było jakąś mazią. Od razu wypatrzyła mnie portowa ulicznica. Łypie na mnie i eksponuje swe wdzięki. Pocałujesz taką to tak, jakbyś pocałował wszystkich marynarzy w porcie. Zbytnio obrzydliwy nie jestem, ale ten przypadek zaliczyłbym raczej do sportów ekstremalnych.

Kawałek dalej stał zaparkowany czarny pickup. Na bocznych drzwiach widniał napis: „Biuro pogrzebowe Happy End”. To jest bez wątpienia samochód Jabby. Starego drania poczucie humoru nie opuszcza.  Zresztą, nawet nie chcę wiedzieć do czego ten samochód służy na codzień.

Podchodzę do pickupa. Otwierają się boczne drzwi.

- Pan Jabba przeprasza, że nie może Pana ugościć osobiście. Dzisiejszej nocy jest wyjątkowo zarobiony. Myślę, że całą transakcję spokojnie możemy zawrzeć tutaj – w porcie.
- A nie ma najmniejszego problemu. Oddaliłem się od linii brzegowej o 20 metrów; to o jakieś 10 dalej niż powinienem – rzuciłem. Chwilę później już tego żałowałem.

Wysłannik Jabby na szczęście nie zwrócił uwagi na moją zaczepkę. Wyrzucił fajka przez okno.

- Towar jest z tyłu na pace.

Nie czekając na dalsze instrukcje udałem się na tył samochodu. Jednym ruchem odsłoniłem klatkę.

- Jasny gwint! Ona jest naprawdę duża! – nie mogłem opanować ekscytacji. Papuga, którą zobaczyłem, znacznie odbiegała wymiarami od tych, które widywałem w sklepach zoologicznych.
- A co, kolibra się spodziewałeś? – odpowiedział wysłannik.

Wiem, że czekał z tym tekstem cały dzień. A myślał nad nim przynajmniej od trzech.

- Dobra, zaraz przynoszę nasz ładunek.

Ruszyłem w stronę statku. Byłem tak podniecony, że najchętniej bym biegł. Umówiony znak do Bosmana „Wszystko OK”. Od razu zaczęły zjeżdżać paczki. Jedna, druga, trzecia, czwarta... ‘łup’. Kolejna spadła mi prosto na łeb.

- Uważaj, debilu – krzyknąłem. Potrząsnąłem głową, aby odzyskać ostrość widzenia. Spojrzałem do góry. – A ten skąd się tutaj do jasnej cholery wziął? –na pokładzie zamiast Bosmana stał teraz drugi. Odruchowo pobiegłem z powrotem do pickupa. Otworzyłem drzwi i usiadłem koło wysłannika Jabby.

- Co jest?
- Mamy lekkie problemy.
- Słuchaj, polski cwaniaczku. Nie ma fajek - nie ma Ary. Za to jest łomot. Rozumiesz?
- Nie, nie! Towar jest! Leży już rozładowany. Ale przyuważył nas Drugi Oficer. Służbista jeden. Ciągle wkłada nos w nieswoje sprawy. Mamy problem. Możesz jakoś pomóc?
- A czy ja mam na czole napisane „Matka Teresa”?
- Nooooo nie.
- A wiesz dlaczego nie?
- Bo nie jesteś Matką Teresą?
- Otóż to, nie jestem Matką Teresą.
- No ale co ja teraz zrobię z papugą? Nawet jeśli przemycę ją na pokład, to nie zdołam jej ukryć. Jak ją umieszczę w ładowni, wścibski Drugi od razu ją znajdzie.

Wysłannik Jabby z niedowierzaniem zakrył twarz rękami.

- Dobry Boże, co za gość! Słuchaj, jesteś tak tępy, że aż ci współczuję. I z tego współczucia ci pomogę. Czy ty wiesz, co dzieje się z papugą zamkniętą w ciemnym pomieszczeniu? Zaczyna się bać. A przestraszona papuga wydziera się w niebogłosy i wyskubuje sobie pióra. Nawet jeśli nikt jej nie znajdzie (co jest mało prawdopodobne) dopływając do waszego kraju znajdziecie w klatce kompletnie oskubanego ptaka. Będzie się nadawał na rosół, który zresztą polecam. Na razie nadążasz?
- ....
- Nie odpowiadaj. To było pytanie retoryczne. Co zatem zrobić z papugą, skoro nie możecie jej nigdzie ukryć? Moja propozycja jest następująca: wstaw ją do kajuty tego waszego Drugiego. Niech się nią cieszy, dogląda i karmi. Będzie się nią opiekował, a jednocześnie przeszmugluje wam papugę. Najciemniej pod latarnią. Proste. A, i jeszcze jedno. Papugi mają jeszcze taką jedną ciekawą cechę – powtarzają to, co usłyszą. Innymi słowy kablują. Od tej pory będziesz na bieżąco, jeśli chodzi o wszystkie tajemnice tego waszego Drugiego.
- Niesamowite! Nie wpadłbym na to!
- Bo jesteś tępakiem i tyle. Jeśli awansujesz na waszym statku, to tylko w poziomie.  A teraz zjeżdżaj zanim dla sporu przestrzelę ci kolano. Mam dziś na głowie kilka ważniejszych spraw niż transport drobiu.

Wracając na statek znów spotkałem tę ulicznicę. Ale tym razem nie uśmiechała się już do mnie. W międzyczasie znalazła innego towarzysza. Cóż, podobno każda potwora znajdzie swojego amatora.

Późnym wieczorem zreferowałem całą historię Bosmanowi. Cała kabina pełna była dymu papierosowego. Paliliśmy jednego za drugim.

- Jutro na ósmą masz zameldować się u Drugiego. To idealny moment, aby zainstalować mu papugę w kajucie.
- Wszystko pięknie  - odpowiedział Bosman. – Ale czy ten mądrala powiedział ci co ja mam Drugiemu powiedzieć obdarowując go 20 – kilogramowym ptakiem?
- Noooo .... No nie.

Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym. Ale teraz w głowie cały czas miałem ten tekst o „poziomym awansie”.

KONKURS:
Chcesz się poczuć, jak jeden z autorów tego bloga? Nie ma sprawy!
Jak zapewne zauważyłeś, piszemy tego bloga w 5 osób. Każdy z nas czyta wpisy swoich poprzedników i na tej podstawie dodaje własny. Czasem wzajemnie się zaskakujemy. Myśląc o transakcji w Fallen Town wyobrażałem sobie wizytę w jakimś podejrzanym klubie. Jednak czytając wpis Drugiego zorientowałem się, że klatka z papugą stoi już w porcie. To pokrzyżowało mi nieco plany i wpłynęło na kształt samego odcinka.
 Teraz z kolei piłka jest po stronie Bosmana. Zanim opublikuje swój wpis musi wymyślić, w jaki sposób przekonać Drugiego, żeby trzymał papugę w swojej kajucie. Chcecie mu pomóc? Dodawajcie swoje wpisy z pomysłami. Zaręczam, że Bosman będzie je przeglądał. Może któryś z nich wykorzysta?

Ahoj,
Bartosz Kozłowski aka Cook

10:12, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (19) »
postaci