blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
środa, 26 maja 2010

Cook- Gotowanie rosołu jest strasznie nudne – rzuciła Mała. – Przygotowywanie gazetki pokładowej było spoko, ale robienie rosołu jest beznadziejne.
- Wcale tak nie uważam – odparłem nieco poirytowany. Małą miałem na głowie od jakiś dwóch godzin i przez ten czas nieźle dała mi w kość. - Przygotowuję go według swojego przepisu od 20 lat i jeszcze mi się to nie znudziło.  A poza tym skąd możesz wiedzieć, że to jest nudne, skoro dopiero co obraliśmy warzywa. Po trzech minutach ci się znudziło?
- Tak, róbmy coś innego. Proszę, proszę!
- aobra, młoda jesteś, nie znasz się jeszcze. A co w takim razie lubisz robić?
- Nooooo, na przykład opiekować się zwierzętami. Po prostu to uwielbiam. Miałam kiedyś taką świnkę morską. Często robiłam jej taki tor przeszkód. Musiała pokonać go jak najszybciej.... To znaczy... właściwie to zrobiłam ten tor tylko raz. Świnka morska nie przeszła przez odcinek wodny.
- Aha, czyli świnka morska okazała się wcale nie taka morska? Nie pływa?
- Pływa, pływa, ale w zanurzeniu na bardzo krótkim dystansie. Ale miałam też psa...
- O nie, nie! Finału tej historii nie chcę znać! – uciąłem słowotok Małej. – Ale wiesz co, tak się dobrze składa, że mamy na pokładzie papugę – dodałem pełen nadziei, iż tym razem wzbudzę jej zainteresowanie.
- Papugę? Miałam też papugę, ale...
- Nie, błagam, tej historii też nie kończ! Chodź lepiej zobaczyć tę papugę. Jest naprawdę wielka. I ma jeszcze jedną cechę. Dużo gada. Tak więc z pewnością znajdziecie wspólny język.
- Wspólny język? Wiesz, to nawet całkiem zabawne. Spróbuj wyobrazić sobie to dosłownie. Ja i ty znajdujemy gdzieś język, który jest jednocześnie i twój i mój. Rozumiesz?
- Niebardzo. Chodźmy lepiej do papugi - czułem, że opadam z sił. Mała zagada mnie zaraz na śmierć. Cała nadzieja w papudze.

Chwilę później byliśmy w kajucie Drugiego. Ten był gdzieś na pokładzie, więc nie musiałem się tłumaczyć po co przyszliśmy. A Mała zaniemówiła. Moje przeczucia okazały się słuszne. Papuga zrobiła na niej olbrzymie wrażenie. Wpatrywała się w nią z ogromną ciekawością. Wreszcie skupiła się na czymś dłużej niż trzydzieści sekund.

- Z takiego ptaka to byłby niezły rosół, nie? – zapytała.
- Nie wiem, nie myślałem nad tym – odparłem. – Ale poczekaj jeszcze chwilkę...

- Zojenia! – zaskrzeczała nagle ara.
- Ojej, ona rzeczywiście mówi! – krzyknęła Mała, a jej oczy wyrażały najwyższe zaciekawienie – Mówi, mówi, mówi!
- Poczekaj, niech się trochę rozkręci – dodałem spokojnie.
- Zojenia! Zojenia! ZWOJENIA! – krzyczała Ara.
- Zwo co? Jakie zwojenia? Ty, czekaj, powtórz to jeszcze raz! – teraz to moje oczy wyrażały najwyższy stopień zainteresowania. Zbliżyłem twarz do klatki. – Powtórz to jeszcze raz, ale powooooli i wyraaaaźnie. No?
- Kocham cię, kocham! – Ara najwyraźniej postanowiła zmienić temat.
- Nie, nie, nie to. Powtórz to, co mówiłaś wcześniej!
- Kocham cię, Sabina, kocham cię! – skrzeczała uparcie.
- Słuchaj, nie interesują mnie wyznania miłosne Drugiego. Bądź tak miła i powróćmy do poprzedniego wątku.
- Kocham cię, kocham. Kocham cię, Sabina!
- Ona się z tobą droczy – wtrąciła Mała.
- Słucham? Co robi?
- Żarty sobie z ciebie robi. Na złość gada o czymś innym. Nie masz u niej żadnego autorytetu. Robi sobie z ciebie jaja. Ale ja mam pomysł. Idę do Chiefa po wiatrówkę. To ją przekona.
- Po co idziesz?

Odpowiedzi nie uzyskałem. Mała była już za drzwiami. Ale to było teraz zupełnie nieistotne.

ara- Dobrze, moja papugo. Przypomnijmy: zainstalowałem Cię w tej kajucie, abyś pełniła rolę szpiega. A więc się skup i, na miły Bóg, kooperuj! Powtórzymy jeszcze raz. Zwojenia. Co za zwojenia? Patrz na moje usta. Powtórz za mną. Zwojenia, zwojenia, zwojenia zwo-je-nia, zwo....
- ZWOLNIENIA! BĘDĄ ZWOJENIA! ZWOLNIENIA! ZWOLENIANIA! ZWOLENIANIA! – wrzasnęła ara.
- O ja pier#&%@! – więcej nie potrzebowałem. Czułem to pod skórą, po prostu czułem, że tak to się wszystko skończy!

Odwróciłem się w stronę drzwi. A w nich właśnie stanęła Mała z wiatrówką w rękach.

- Broń już niepotrzebna – rzuciłem. – Świadek złożył zeznania po dobroci, bez straszenia odstrzeleniem mu łba. A teraz bądź tak miła i zajmij się sobą. Może się jednak przełamiesz i skończysz ten nasz rosół, OK? – wyminąłem Małą w pośpiechu.
- OK – usłyszałem już za plecami.

Wybiegłem na pokład. Musiałem odetchnąć świeżym powietrzem, czy raczej Ekstra Mocnymi. A na pokładzie czekała mnie kolejna niespodzianka. Pracowała tam  ekipa malarzy. Na mostku kapitańskim malowali jakiś wzór. O co to chodzi? Przecież niedawno nasz statek został odmalowany. Co oni robią?

- Masz może te swoje sławne Ekstra Mocne? Mogę jednego? – niespodziewanie pojawiła się Intendentka.
- Ty palisz?
- Palę, ale się nie zaciągam.
- A świnka morska generalnie pływa, z tym że w zanurzeniu na bardzo krótkim dystansie.
- Słucham?
- Nieważne. Proszę.

I tak paliliśmy sobie w ciszy patrząc na pracę ekipy malarzy. Każdemu z nas coś chodziło po głowie, choć tym razem miałem wrażenie, że myślimy o tym samym.

- Idą spore zmiany, co? – przerwałem tę chwilę milczenia.
- Mhm – odparła krótko Intendentka. Wypuściła dym z ust. Faktycznie – nie zaciągała się.
- Nie podoba mi się to. Przecież było tak dobrze. Pływaliśmy razem, realizowaliśmy zamówienia, kumplowaliśmy się, razem improwizowaliśmy... Fajnie było.
- Fakt, było fajnie. Ale w organizacji nic nie jest stałe. Zmiany są naturalne. Tylko zmiany mogą spowodować, że będziemy płynęli dalej, a nasz statek będzie mógł konkurować z innymi. Nie o to chodzi, żeby było fajnie. Jesteśmy w pracy.

Trzeba przyznać, że mówiła sensownie. Miałem wrażenie, że oboje czujemy pewną nostalgię za tym, co było. No ale cóż, „jesteśmy w pracy”. Pewien rozdział historii naszego statku nieuchronnie się zamyka. Nie wiadomo co przyniesie następny. Będzie lepiej lub gorzej. Ale poczciwy Stary nie wróci. To jedyne, co pewne.

- Będą zwolnienia? – walnąłem prosto z mostu. Musiałem zadać to pytanie.

Intendentka uśmiechnęła się do mnie życzliwie.

- Te Ekstra Mocne są na mój gust przereklamowane. Capią jak koza - wyrzuciła papierosa za burtę. I znów spojrzała mi się prosto w oczy. Ten jej uśmiech mówił wszystko.

A więc odpowiedź już znałem. W takim razie przyszedł czas na kluczowe pytanie.

- Czy Nowy wywali mnie z roboty?
- Przecież założyłeś z Bosmanem związki zawodowe. A więc obaj jesteście, jak to określiliście, NIE-DO-RUSZENIA.
- Niby tak. Czemu zatem czuję się źle?
- Bo grasz przeciwko Nowemu? To cię męczy? Co innego, kiedy kombinujesz, szmuglujesz papierosy, zamieniasz je na papugę, a następnie próbujesz ją korzystnie sprzedać. Spokojnie, spokojnie, oczywiście, że wiem o tych twoich transakcjach. Przecież nie jestem ślepa, ani tym bardziej głupia. Ale, kontynuując, spiskowanie przeciwko Nowemu to zupełnie inna gra. Ta gra jest moim daniem wbrew twojej naturze, nie pasujesz do tej roli. Dlatego czujesz się źle.

Co więcej dodać. Laska „trafiła w punkt”. I fakt, że jestem NIE-DO-RUSZENIA jakoś mnie nie pociesza.

- Chyba masz rację. Może to wszystko zaszło za daleko? Ale co teraz zrobić? Od czego zacząć?
- Głowa do góry. Jesteś przecież kompetentnym pracownikiem. Statek przechodzi teraz gwałtowne zmiany i potrzebuje ludzi doświadczonych, którzy znają się na robocie. Od czego zacząć? Hmm. Na twoim miejscu zaczęłabym od tego, w czym jesteś najlepszy. Zrób solidnie ten swój cholerny rosół – i palnęła mnie tak przyjacielsko ręką w głowę. – A co tam, daj jeszcze jednego Ekstra Mocnego. Koza nie koza, ale zapalę jeszcze.

Dobrze jest czasem z kimś tak szczerze pogadać. Czułem się jakbym schudł ze dwadzieścia kilogramów. Wygląda na to, że jeszcze wszystko mogę naprawić. Tylko muszę się wykazać. Ale...

- O jasna cholera!!! – nagle przypomniałem sobie o Małej.
- Co jest?
- Mała jest lekko szalona, ale chyba nie aż tak, żeby ugotować rosół z mojej ary! Przeszło jej to przez głowę!
- Ty no, chyba nie...No bez przesady! Chociaż... może?!?!

Chwilę później wpadłem do kuchni. To, co zobaczyłem, było dopełnieniem dzisiejszego wariackiego dnia. Mała siedziała na środku kuchni. Obok niej dreptała po jakiejś macie ara. Chodziła w tą i z powrotem, od brzegu do brzegu.

- Co ona tu robi? - zapytałem wytrzeszczając oczy.
- Oj, bo ona jakaś taka strasznie zdołowana jest. Ciągle o tych zwolnieniach nawija – odparła Mała. – Ubłagałam Drugiego, żeby pozwolił mi opiekować się papugą. Z początku nie był zachwycony. Ale tak długo go prosiłam, aż się w końcu zgodził. Zaopiekuję się nią.
- Najważniejsze, że jej nie ugotowałaś. To już dobry początek. A możesz mi powiedzieć po czym ona tak drepcze?
- To jest mata do jogi. Chief wykonuje na niej jakieś dziwne figury i to go relaksuje. Może papudze też pomoże i przestanie się dołować tymi zwolnieniami – Na chwilę zamilkła. Nie mówiła przez całe 10 sekund – to prawdziwy rekord tego dnia. – Słuchaj, Mat.
- Co znowu?
- Ja się zaopiekuję  papugą tak, jak obiecałam. Ale z tymi zwolnieniami to nic nie poradzę. Może ty się tym zajmiesz?

Genialne. Może do czegoś przydadzą się te nasze Związki Zawodowe? "Niechcący" zrobimy coś dobrego.

- No dobrze. Ty będziesz dbała o zdrowie psychiczne papugi, a ja zadbam o to, by nikogo nie zwolnili. Umowa stoi?
- Stoi!
-No to chodźmy od razu obgadać to z Bosmanem.

I poszliśmy długim korytarzem w stronę kajuty Bosmana. Mała oczywiście nie przestała mówić ani na moment...

- Super, to Intendentka z nami zostanie?
- Pewnie, że zostanie.
- A Drugi też?
- Oczywiście.
- A ten śmieszny majtek Szczurek?
- On także.
- A Chief? Chief też pozostanie na statku?
- Chief też. Z tym, że Chief będzie miał z nich wszystkich najtrudniej.
- Najtrudniej, a dlaczego?
- A to dlatego, moja droga, że jutro już cała załoga statku będzie wiedziała, że Chief po godzinach pracy uczy się lewitacji...

17:19, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 maja 2010

mechCo ja robię?

Chyba skretyniałem do reszty. Wyginam się w różne strony, przyjmując „trójkąt”,”wojownika”, zwracając uwagę na oddech.

„Podstawy dynamicznej jogi”, które dostałem od Kapitana, wkręciły mnie. Ćwiczę co drugi dzień.

Ale mam wyrzuty. Może to jakiś niepoważny aerobik, kolejne wyciskanie kasy z życiowych nieudaczników.

Niechętnie muszę przyznać, że jednak czuję się jakoś inaczej, jakoś lepiej.

Chłopaki mi mówią, że mniej pokrzykuję ostatnio.

Ale na Boga, te nazwy pozycji: „Lew”,”Paw”. Brakuje tylko „Żaby”, „Dafni” i „Krylu”...

Żebym się tylko nie wygadał, przed resztą załogi, że ćwiczę.

A swoją drogą co tam się dzieje ostatnio...Kapitan jak palec boży pojawia się zawsze tam, gdzie trzeba, Pierwszy sapie jak Vader z Gwiezdnych Wojen, Bosman z Cookiem wzorem niemieckich związków zawodowych chcą decydować nawet o kolorze, na jaki ma być przemalowany pokład.

Drugi wygląda jakby chciał zagłosować jednocześnie na Komorowskiego i Kaczyńskiego miotając się między dobrymi chęciami, brakiem doświadczenia, a miłością do Intendentki. Ta ma jakiś kryzys - co może w przypadku kobiet jest akurat normalne - i przygasł ten wewnętrzny blask, którym promieniała na klapniętą, jak fryzura odjechanego dyrygenta, załogę.

Prawa noga na szerokość barków...wdech i wyyyyydech...wdech i wyyydech...

Ta Mała jest okej. Ale to ozdóbka, bombka na więdnącej choince załogi.

Dawniej było jakoś inaczej. Bliżej do ludzi. Teraz sukces ma pieprzone 25000 koni mocy, ciągnie wszystko inne. Na szczycie egzystencjalnego kwantyfikatora jest tak zwany sukces.

Fantazja, filantropia, prostota przeciągnięte pod kilem nawet nie pisną żeby się przypomnieć.

Dlaczego tak cenimy Kapitana? Czy wiemy o nim coś ponad to, że potrafi osiągnąć sukces na każdej krypie, z każdą załogą.

Nie. I to nam wystarcza.

Kapitan jest wporzo, bo będzie sukces. Bo wyd@#$my konkurencję, zmienimy Skody na Volkswageny. Żony pochwalą nas przed koleżankami. Mamy tyle, że wystarczy na godne  życie, ale sukces każe mieć więcej. Pozycjonujemy się w stadzie jak w googlach.

Kręgosłup prosto, ciało odprężone...

Nie mogę sobie przypomnieć po co zamustrowałem się ponad 20 lat temu.

Serce było okej, to ja zostawiałem kobiety. Zarabiałem na gitarze w kapeli ulicznej więcej niż mogłem wydać – kasy nie brakowało.

Dla przygody? Żeby pójść za ciosem po skończonych studiach?

Bóg mi świadkiem, nie pamiętam. Rozkoszna amnezjo – jaki impuls pokierował ostatnimi 20 latami mojego życia?

Były sukcesy, były porażki. Kobiety w portach, bójki, sztormy. Ciągnąca się miesiącami nuda, lepka jak stary olej zza zaworu głównego zegara.

Ot, chwilowe podniety, wiry wydarzeń mamiące intensywnością i treścią, z perspektywy 45-latka, znaczenie zbliżone do tego, jakie ma pluszowy miś z dzieciństwa dla 19- latka.

Jest coś w tym obserwowaniu oddechu...

Staje się dla mnie jasne dlaczego byłem zgryźliwy przez ostatnie lata...skąd to hodowanie kwiatków...przecież to znikąd się nie bierze...muszę coś zmienić...Lubię tych ludzi, tę robotę, co więcej znam się na niej...ale to nie to...

Tak, wysiądę w najbliższym porcie i...niech się dzieje wola boska...


Pukanie do drzwi wdarło się w medytacyjne ukojenie jak hiszpańska inkwizycja. Otworzyłem bez pośpiechu, spokojny i jakby o epokę młodszy o kolejne doświadczenie. Kapitan patrzył zagadkowo opierając się o framugę jak w tanim filmie.

- Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – uśmiechnąłem się szczerze.
- O, mata do jogi.
- Ciszej – zerknąłem mu przez ramię czy nikogo nie ma – Wchodź.
- Mam dobrą wiadomość – zaczął jak wszedł.
- Ja też.
- Ja pierwszy.
- Przywilej szarży, proszę mówić – podkręciłbym szlacheckiego wąsa gdybym miał.
- Walę prosto, by tak rzec, z mostka. Wynegocjowałem dla Ciebie specjalną premię i dużą podwyżkę. Możemy podpisać w przyszłym miesiącu.

Klepnął mnie dziarsko w plecy i prawie krzyknął:

-Nieźle, co?!

20:53, michal_nieweglowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 maja 2010

facebookNo cóż, wygląda na to, że jeśli nie ma Cię na Facebooku, to znaczy, że nie istniejesz. Nie zamierzamy sprawdzać, czy stwierdzenie to jest prawdziwe. Założyliśmy więc stronę naszego bloga. Zapraszamy!

16:07, bartosz.kozlowski
Link Dodaj komentarz »
postaci