blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

mechanikDaliśmy Chinolom łupnia…Impreza się udała…Choć, powiadają, jedni się cieszyli więcej, drudzy mniej…
I…back to work.
( Zangielszczanie teraz nie modne, ale niewiele mnie to obchodzi ).

Spokojnie leżałem w kajucie gdy usłyszałem pukanie.

- Czego?!
- To ja, majtek Szczurek.

Kiego go licho przyniosło?

- Czego?
- Powiem szczerze…- majtek Szczurek to spryciaż nie lada, wie, że cenię szczerość.

Milczałem patrząc w bulaj.

- Panie Chief…
- Pytam się grzecznie: „Czego”?

- Zapłacą mi, jak pan przed wachtą pójdzie do gospody „Pod Rozczochranym Kucykiem”, żeby się spotkać z jednym jegomościem na godzinę.
- Dlaczego?
- Co „dlaczego”?
- …miałbym się z nim spotkać?
- Ma dla Chiefa super propozycję, ale nie zdradził mi szczegółów.
- Ile masz dostać?
- Stówkę.
- Pójdę, ale za 50 postawisz chłopakom.

- Oczywiście, oczywiście…

Usłyszałem jego kroki. Zawołałem:

- Szczurek!
- Tak? – błyskawicznie poskoczył pod drzwi.
- Sprawdzę to.
- Co Panie Chiefie?
- Czy postawiłeś chłopakom.

Siedział w kapturze nieśpiesznie pykając z fajki. Od razu wiedziałem, że to on. Podszedłem i przysiadłem się bez ceregieli.
- Jestem Arakorn – usłyszałem czujny szept spod kaptura – Ale mówią na mnie Obieżydróg.
- Chief – podałem mu rękę. Więcej nic nie dodałem. Nie lubię za dużo gadać.
- Wiele słyszałem o waszym sukcesie. Teraz wszyscy o tym mówią.
- Tak, postaraliśmy się.
- Podobno duża w tym pana zasługa.
- To zasługa zespołu.
- Rzecz jasna – dym z fajki przesłonił nawet kaptur, w którym skryta była twarz.

Chwilę milczał.

- Powiem wprost, ok? Dam sobie spokój z podchodami…
- Nie jestem ich wart?
- Echu, echu – zakrztusił się – Jak najbardziej, ja w tej sprawie…Czy jest pan usatysfakcjonowany ze swojej pracy?
- Proszę dalej…
- Bo jeśli nie, lub chciał by pan być bardziej, to pewien bardzo dobrze prosperujący armator chętnie przyjmie pana w swoje szeregi.
- Powiedziałem panu – ten sukces to zasługa zespołu.
- Część z pana kolegów też, mam nadzieję, będzie zainteresowana korzystną współpracą…
- Kto na przykład?
- A czy pan by chciał żebym komuś powiedział, że z panem rozmawiałem?

Zrozumiałem, że więcej od niego nie wyciągnę.

- Proszę mi powiedzieć szczerze – czy zapłacił pan Szczurkowi?
- Tak.

Chciałem się upewnić, że chłopaki zabawią się na jego koszt.

Za kogo on mnie ma? Mam zostawić łajbę i chłopaków? Pościemniałem chwilę i dałem mu do zrozumienia, że się zastanowię.

Trzeba będzie uważać. Już na imprezie część chłopaków, na przykład Cook, była niezadowolonych. Teraz kiedy mamy dużo lepiej zgrany zespół, morale wysokie po sukcesie i większe szanse na intratne rejsy to sianie defetyzmu przez headhunterów i personalne roszady są ostatnimi rzeczami jakie są nam potrzebne. Pogadam z Pierwszym. Albo z Intendentką.

14:44, michal_nieweglowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Balanga trwała na całego, a mi jakoś tak miałko się na sercu zrobiło. Po konferencji prasowej, podczas której Stary odebrał gratulacje od Rady Morskiej przeszliśmy do odświętnie udekorowanej mesy i zaczęła się wystawna kolacja. Dziennikarze i jeszcze bledsi fotoreporterzy po prostu rzucili się na żarcie! Pięciu grubasów z Rady również nie zostawało w tyle. Za to dwóch facetów przysłanych przez naszego armatora czujni byli jak ważki. Jedli w skupieniu. Jeden jakoś tak dziwnie mi się przyglądał. Stary poganiał z polewaniem, więc już po godzinie zaczęły się śpiewy. Patrzyłem na te nalane twarze i właściwie większości nie znałem. Oprócz oficerów była tylko Intendentka, którą Stary chwalił się jak maskotką. Obok mnie, w stoickim milczeniu Pierwszy wsuwał karkówkę.

- No to mamy imprezę – zagaiłem.
- Tak, całkiem dobre jedzenie. Niech Pan tylko nie pije za dużo. Ma Pan wachtę.
Zatkało mnie.
- Jak to wachtę? Jesteśmy w porcie przecież. Bosman postawi chłopaków i wystarczy.
- Nie mój drogi, nie wystarczy. Bosman wkurzył się strasznie, że nie został zaproszony na imprezę i zaczął przestrzegać zasad opisanych w regulaminie. Na wachcie musi być oficer dyżurny.
- Cholera jasna! Teraz będziemy mieli problemy z załogą – odechciało mi się jeść – wcale się Bosmanowi nie dziwię.
- E tam, przeżyje. Pewnie siedzi z cookiem i też nieźle zapija.
- Jak Pan może! To dzięki harówie załogi wygraliśmy.
- Możliwe. Trzeba było to powiedzieć Staremu.
Znów mnie zatkało.
- Jak to? Przecież mówiłem tak na spotkaniu u Starego. Chief mnie poparł, a Pan powiedział, że nie powinniśmy sadzać marynarzy z dziennikarzami, bo się za dużo dowiedzą. Stary Panu przyklasnął, Chief się wkurzył i wyszedł...
- A Pan nabrał wody w usta – przerwał mi Pierwszy.
- Nie nabrałem, tylko czekałem na Intendentkę. Wiedziałem, że mnie poprze, ale się spóźniła.
- No i dobrze się stało.

Zapadło ciężkie milczenie. Nie mogłem uwierzyć, że Pierwszy jest taki cyniczny. Za to on pewnie wierzy, że ma rację. Główny Mechanik siedział po drugiej stronie stołu i pochylony do gościa od armatora coś mu tam klarował. Ale po cichu.
Intendentka, wtłoczona pomiędzy Starego i przedstawiciela Rady Morskiej z uprzejmym, acz bezradnym uśmiechem przysłuchiwała się ich morskim opowieściom.
Świadomość, że w kopercie wręczonej mi przez Starego jest kilka tysięcy nagrody wcale mi nie pomagała. Wyobrażam sobie co powie Cook, który dostał kilka setek i zastąpiono go cateringiem...

11:41, tomasz.knitter
Link Komentarze (5) »
postaci