blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
piątek, 20 sierpnia 2010

cookKróciutki urlop (a właściwie przedłużony weekend), który był mi w tym roku dany, postanowiłem spędzić na działce. „Postanowiłem” to chyba nieodpowiednie słowo, gdyż zwykłem tak robić od kilkunastu lat. Jakoś lubię tę działkę i już. Pewnie jeszcze myślicie, że ugotowałem rosół? Otóż nie! Ale o tym może później...

Przyjechał do mnie kumpel – Albert. Kiedyś siedzieliśmy w tej samej szkolnej ławce, ale później nasze drogi się rozeszły. Finał tej historii jest taki, że ja gotuję w kuchni znajdującej się pod pokładem, a on jest członkiem Rady Morskiej. No cóż, takie życie.

I tak siedzieliśmy sobie wieczorkiem na ganku przy świetle lampy naftowej i popijaliśmy cytrynówkę.

Jeden kieliszeczek, drugi, trzeci ....

...no i na szczerość mi się zebrało.

- Kurde, zazdroszczę ci stary – walnąłem prosto z mostu.
- A czego niby zazdrościsz? – wyraźnie zdziwił się Albert.
- No wiesz, wysoko zaszedłeś. Pensja na pewno odpowiednia, od razu świat inaczej musi wyglądać. A u mnie? Stara bida. Byle tylko rachunki zapłacić. W dodatku ta cholerna robota. Gotowanie z byle czego dla wszystko-jedzących marynarzy. Rzygać się chce. Szlag mnie trafia jak o tym wszystkim myślę.

Czwarty i od razu dla równowagi piąty.

- Powiem ci tak: chrzanisz człowieku i to nawet nie wiesz jak bardzo! – odparł wzburzony nieco Albert. - Źle ci jest? Pensja jest? Jest! Stresujesz się w tej pracy? Nie! Masz dobre relacje z innymi? Masz! Czego chcieć więcej? Polej lepiej!

Nalałem starannie do obydwu kieliszków, idealnie po sam brzeg. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze im więcej wypiję, tym pewniejszą mam rękę.

- No tak, ale przyznasz, że kaskę dobrą trzepiesz, co?
- Ja wiem, taka tam...
- Do tego służbowy, samo-tankujący i reperujący się samochód, komórka, premie, delegacje. Można pożyć?
- Eee tam stary, pi#przysz jak potłuczony! Tyle ci powiem. Może i kasę mam, ale za jaką cenę? Powiem ci coś: nienawidzę swojej pracy! Pracuję z samymi cwaniakami, którzy tylko myślą jak mnie przerobić. Każdy dzień to walka i szarpanina. Pracuję od wakacji do wakacji. A czas pomiędzy nimi jest jakimś koszmarem. Rozumiesz? Nie-na-wi-dzę!

Szósty.

- Mówię ci, mieszaj w tych garach i się niczym nie przejmuj. Życie masz tylko jedno – spuentował swoją myśl Albert.
- No ja właśnie o tym mówię...
- Dobra Mat, zmieńmy płytę. Polej. Cytrynówka wyśmienita! Masz talent chłopie. A co tam u żony i syna?
- A wyjechali do teściów na wieś.
- Kurczę, wyjedźmy może z naszymi rodzinami gdzieś razem, co? Może na narty do Włoch? Przeglądałem ostatnio sobie w pracy oferty biur podróży. Naprawdę można coś fajnego wyhaczyć. Za dwa tysiące od osoby masz wszystko: przelot, nocleg. Co ty na to?
- Yyyy, no może i tak... Ale wiesz... noooo.... nie mam nart – rzutem na taśmę znalazłem jakieś sensowne wyjście z sytuacji.
- To żaden problem. Zaraz poszukamy. Napijmy się.

Siódmy.

Sięgnął do torby i wyjął komputer.

- Zobaczmy, co my tu mamy...
- To ty masz w tym czymś internet? – jakoś nie nadążam chyba za dzisiejszą technologią.
- No taaaa, dostałem. Ale badziew. Strasznie wolny jest... Czekaj, czekaj, czekaj... O, tu są fajne dechy, patrz! – i z w wyrazem triumfu obrócił monitor w moją stronę.

narty

- Tysiąc siedemset. Spoko cena. Zamawiać? – Albert przesunął kursor myszki nad przycisk „Kupuj”.
- Ej no wstrzymaj się chwilkę, może poszukam gdzieś jeszcze? Może na giełdzie, czy co?
- A tam na giełdzie. Szajs tam sprzedają. Jest taka jedna generalna zasada, której zawsze się trzymaj: jeśli nie masz pieniędzy, to nie stać cię na tanie rzeczy, rozumiesz? Potem to się psuje, naprawa kosztuje i tyle z oszczędności. Kup raz, a dobrze i masz super sprzęcik na lata. Zamawiać?
- Poczekaj, poleję!

Polałem. Rękę już miałem tak pewną, że spokojnie mógłbym operować. Podniosłem lekko zroszony kieliszek z cytrynówką. Spojrzałem na niego pod światło płynące z lampy naftowej. „Nie stać mnie na tanie rzeczy” – ładnie powiedziane. Ale chyba się nie rozumiemy. Naprawdę wiele się zmieniło od czasów szkolnej ławki.

Ósmy. Wypiłem co prawda sam, ale też liczę.

- No to co, zamawiać? – niecierpliwił się Albert.
- Pójdę po nową butelkę.

„Nie stać mnie na tanie rzeczy”. Chyba wytatuuję sobie to na plecach. Moje motto życiowe. W mordę, syty głodnego nie zrozumie... Szybki kurs do zamrażarki i wracam z nową butelką zimnej jak serce szatana cytrynówki. Krok miałem już pewny jak linoskoczek.

- Wiesz, ostatnio jak byłem na wakacjach, poszedłem raz do wypożyczalni desek windsurfingowych – Albert niby zmienił temat, ale jakby cały czas mówił o tym samym. – No i tak sobie patrzę na tego gościa wypożyczającego deski. Siedzi sobie na plaży, patrzy na morze i na te pływające deski. No i czego chcieć więcej? To jest życie, stary! Ja się ciebie pytam, czego chcieć więcej? A nie to wieczne użeranie się z kretynami w Radzie Morskiej. O, cytrynówka! Polej.

Ledwo nalałem, od razu wypił nie czekając na mnie. Więc cały czas liczę jako ósmy.

I tak sobie siedzieliśmy. Dziewiąty, dziesiąty i jedenasty.

- Ej, ty no staryyyy – Albertowi  już wyraźnie rzuciło się na mowę. - A wiesz, że no... bo eee, ci koło mnie, no wiesz, co mieszkali... no sąsiedzi! To że oni się wyprowadzili? A nie chciałbyś mieszkać koło mnie? Naprawdę fajny dom. Mieszkalibyśmy koło siebie, częściej byśmy tej pyssszzzzniutkiej cytrynówki próbowali. Teraz ceny nieruchomości lecą, jak to się mawia, na łeb na szyję. No i?
- Ejjjjj, staryyyy – bynajmniej linoskoczkiem już nie byłem. – Skończmy na moment z tym kupowaniem. Włączę jakąś tą,  tę... tą muzykę. Poczekaj... to nieee, to nieee. O, znalazłem coś  akurat na mój nastrój. Czekaj, gdzie jest.... PLAY!

No i na tym mój zapis się skończył. Ale mógł być i dwunasty. Nawet na pewno był.

Następnego dnia Albert wyjechał. Wyjechał swoim samo-tankującym się samochodem, ze swoim komputerem,  wakacjami, nartami i naukami...

Tak się poprzedniego dnia tą cytrynówką urządziliśmy, że na śmierć zapomniałem o przygotowanej na grilla karkówce. A o karkówce więcej tu:


14:49, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (17) »
postaci