blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
wtorek, 27 października 2009

intendentkaStaliśmy z Drugim na pokładzie już dość długo. Dziwnie długo. Nikt na nas nie wpadł już od pół godziny, święty spokój, zupełnie jakbyśmy byli  w swojej własnej podróży .

- Fajny ten Cook. Luzak – przypomniał mi się ten jego boski tekst „ dobra laska, masz jutro ten rosół” -  Tak jakby wszystko co robi zależało wyłącznie od jego nastawienia do sytuacji i tego jaką z niej może mieć przyjemność. Zero spinania się na jakieś okazje, zadania, oceny… Weźmy na przykład ten jego rosół. Genialny! Nie uważasz? Szkoda, że Cook nie gotował na imprezie. Nie mielibyśmy pewnie doznań estetycznych jakimi  były oszałamiające sałatki nastroszone szczypiorkiem a’la ryby głębinowe… Nawiasem mówiąc idealna ilustracja do kultowej sentencji „cóż za olśniewający efekt przy tak skromnym budżecie” , czyli jak zrobić z porcji sałatki wielkości kieliszka do wódki pełne danie – ugryzłam się w język, mogłabym  tak pływać godzinami, w tym moim gadaniu. Spojrzałam z niepokojem na Drugiego. Ale nie! On nie wyglądał na znudzonego. Patrzył się na mnie wesołymi oczami – aaaa, już się przestraszyłam, że  Cię zagadałam na śmierć.

- Nie, fajne to Twoje gadanie. Im więcej z Tobą rozmawiam tym bardziej dochodzę do wniosku, że jest z Ciebie marynarz pierwsza klasa.

WOW! Ale czad!!! Takiego komplementu to jeszcze mi nikt w życiu nie powiedział!

- Dzięki. Miło, że czasem to widać – zakręciłam w duchu piruet Michaela Jacksona  - wracając do Cooka. Coś mnie gryzie, że za mało poświęcamy ludziom uwagi. Wiesz takiej indywidualnej uwagi. Do każdego jest inna ścieżka, jak się ją znajdzie i dotrze do człowieka to cudów można dokonać. W wypadku Cooka, boję się, że dobiliśmy go  wzięciem cateringu na imprezę. Wyobrażasz sobie jak on się musiał czuć?

- A wiesz, jakoś o tym nie pomyślałem. Wszystko się tak szybko działo. Do tego od pierwszego dnia tutaj na statku słyszałem opowieści o  jego przekrętach i średnim przykładaniu się do jakości.

- No właśnie! A Ty się przykładasz do jakości jak nikt Cię nie pyta o zdanie i daje Ci cały czas tę samą durną robotę, której nauczyłeś się w podstawówce? Mnie wprost trzęsie jak kolejny raz muszę klepać te same durne raporty dla Starego, którymi  on się potem popisuje w Radzie Morskiej. Nie masz wrażenia, że Cook jest sfrustrowany, a Bosman? Matko! Oni mogą założyć Związki! Będą  NIE-DO-RUSZENIA!

- Co Ty opowiadasz, komu by się chciało Związki zakładać… No chyba, że jakieś takie kameralne…

… i stało się. Poczułam się miękka i cudownie bezwładna. Spokojny, ciepły, mocny. Cały świat chowa się w chmurach, kiedy ludzie się całują.


16:50, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (6) »
środa, 07 października 2009

cookTen Bosman to jednak wyjątkowo uparty osioł. W ogóle nie chciał słuchać na temat założenia związków zawodowych. Nie trafiały do niego żadne argumenty. Tylko „Nie, nie i nie”. No i się pożarliśmy. Nie to nie. Do niczego przecież go nie będę zmuszał. Doszedłem do wniosku, że czas zadbać o swoje sprawy. Dobrze wiedziałem, że wieczorami część załogi zaczęła spotykać się z tym Arakornem. Każdemu miał coś do zaproponowania. Ciekaw byłem, co mi powie...

Do gospody „Pod rozczochranym kucykiem” dotarłem dokładnie o umówionej porze. Gospoda to chyba za dużo powiedziane. Była to raczej typowa przyportowa mordownia. Mnóstwo podejrzanych typów oraz marynarzy, którzy noc w noc zalewają się w trupa. Otwarta od 10 rano do ostatniego klienta, a raczej do pierwszej bijatyki. Dobrze znam takie miejsca. Pamiętam, jak kiedyś z Bosmanem.... Dobra, koniec z tymi sentymentami.

Arakorn siedział w kącie pykając fajkę. Twarz skrytą miał pod kapturem, ale byłem gotów iść o zakład, że źle mu z oczu patrzyło. Nie lubię takich typów. Współpraca z takimi oznacza niechybne kłopoty.

- Cook – przedstawiłem się krótko i usiadłem nie czekając na zaproszenie.
- Arakorn – odpowiedział i wyciągnął paczkę papierosów częstując mnie .... Ekstra Mocnymi! – Pańska sława pana wyprzedza. I bynajmniej nie mówię o przyrządzanym przez pana rosole. Ma pan smykałkę do interesów. Taaaak, dobrze znam pana ostatni plan. Wiem, że dzięki niemu udało wam się dotrzeć do Hard Core City przed Crush the Tibet. Ale nie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Cały ten plan był tylko pretekstem do zamknięcia prywatnej transakcji, prawda panie Cook? Zalał pan tutejszy rynek Ekstra Mocnymi, które można kupić w każdym barze. Cóż za błyskawiczna ekspansja! Mam pan potencjał! A przy okazji, jak tam czuje się papuga?

Trzeba przyznać, że skurczybyk był nieźle poinformowany. Porządnie odrobił zadanie domowe.

- Jak już wspomniałem, zrobił pan na nas wrażenie.
- Co to znaczy ‘na nas’? – był już najwyższy czas, aby zagrać w otwarte karty.
- Panie Cook, mając na uwadze pana błyskotliwość, mogę śmiało założyć, że doskonale pan wie, iż reprezentuję interesy Crush the Tibet.

W tym momencie wyjął z ust przygaszoną fajkę i zdjął kaptur z głowy. Oparł się mocno o stół i nachylił w moją stronę. Miałem rację. Paskudnie mu z oczu patrzało. Cwaniak. I do tego bezwzględny cwaniak. Bez dwóch zadań. Znam się trochę na ludziach.

- Zaintrygował mnie pan, proszę kontynuować – mimo wszystko chciałem dowiedzieć się, co ma mi do zaproponowania.
- Mam dla pana propozycję. Taką propozycję, że od tej pory będzie pan gotował rosół tylko dla własnej przyjemności. Koniec z tą gar-kuchnią.

Odpiął zegarek, który nosił na swoim ręku. Położył go na stole tak, abym widział go wyraźnie.

- Widzi pan ten zegarek? Proszę się uważnie przyjrzeć, panie Cook, bo TEN zegarek, jest wart dużo więcej niż zarobił pan w ciągu ostatniego roku. Jeśli skorzysta pan z naszej oferty, za jeden miesiąc będzie pan mógł sobie kupić taki sam.
- A na czym takie dobre pieniądze mogę zrobić? – teraz byłem już naprawdę żywo tematem zainteresowany. Przyznam się szczerze, że oczami wyobraźni zacząłem nawet te pieniądze wydawać. Zegarek naprawdę robił wrażenie. Tani z pewnością nie był.

W tym samym momencie Arakorn wyciągnął skrzynię, która leżała dotąd pod stołem. Otworzył wieko. W środku leżały obłożone lodem... ryby.

- Co to k... jest?!?! – myślałem, że rozerwę cwaniaka na strzępy.
- Spokojnie, panie Cook. Myśli pan, że ma pan wyłączną licencję dobre pomysły? Tak, tak, te zamrożone ryby to może być naprawdę niezły pomysł na życie! A w ładowni mamy ich nieskończone ilości.
- W tym porcie jest z 10 statków pełnych ryb, proszę ‘dobijać do brzegu’, bo się ściemnia! Nie mam czasu na podchody.
- Proszę uprzejmie. Nie dalej jak dwa dni temu wasza załoga cieszyła się, że udało się wam wygrać z nami wyścig i że sprzedaliście dzięki temu cały swój towar. Jest pan inteligentnym człowiekiem, panie Cook, nie zastanawiało pana coś? – spojrzał się prosto na mnie, przewiercając na wylot swoimi cwaniackimi oczami.
- Za łatwo nam poszło – odparłem. Rzeczywiście, od dawna mnie to martwiło. – Staraliśmy się ze wszystkich sił, ale mimo wszystko poszło nam za łatwo.
- Bingo! Brutalna prawda jest taka, że byliście tam przed nami tylko dlatego, że wam na to pozwoliliśmy.
- Tak podejrzewałem. Pytanie tylko: dlaczego?
- Bo towar, który wieźliśmy oficjalnie na sprzedaż to był zwykły pic na wodę.
- Skurczybyki! – tego absolutnie nie przewidziałem, choć myślałem nad tym przez 2 ostatnie dni.
- Oj tak, panie Cook, pic na wodę! Wozimy ten towar ze sobą już od 4 lat, w tą i z powrotem. A tymczasem jeszcze głębiej pod pokładem mamy towar właściwy  - te właśnie mrożone ryby.
- A to nie ma już łatwiejszego sposobu na transport ryb? – odgrywałem twardziela, ale w rzeczywistości moja ciekawość sięgała zenitu.
- Tych ryb? Nie, to na razie nie możliwe.
- A co to znaczy ‘tych ryb’?
- To są pangi, hodowane w Wietnamie – wyjął jedną rybę ze skrzyni i położył na stole. - Najnowsza odmiana, modyfikowana genetycznie. Zaraz po złowieniu wszystkie są mrożone i transportowane do miejsc docelowych. Po dostarczeniu ich na miejsce ryby są rozmrażane, a następnie wrzucane do wody. Kiedy tylko do końca się rozmrożą, powoli wracają do życia, aż w końcu swobodnie pływają. Oto nasz sekret! W ten oto magiczny sposób wprowadzamy na rynek zupełnie świeży towar. Nikt oprócz nas nie może zaoferować w okolicy świeżej pangi. Mamy monopol. Dodam jeszcze, że koszty ich produkcji w Wietnamie są śmiesznie małe. Absurdalnie małe. Dzięki masowej hodowli zyski są naprawdę duże. Nadąża pan?
- Niesamowite! W głowie mi się nie mieszczą te dzisiejsze wynalazki! – zmartwychwstałe ryby. Brzmiało to jak pomysł z jakiegoś horroru. - No dobrze, ale do czego ja wam jestem potrzebny?
- Widzi pan, jest pewien problem. Żywe ryby musimy szybko sprzedać i to w dużych ilościach. Projekt nie jest jeszcze do końca doskonały. Po siedmiu dniach pangi zdychają, o czym klienci nie mogą się dowiedzieć. Musimy je opchnąć, zanim zdechną. Dlatego szukamy kogoś obrotnego, kto potrafi odpowiednio pogadać z ludźmi, nawiązać nowe relacje i tak dalej...
- A więc jest także i druga strona medalu?
- Zawsze jest. Ale za to pieniądze też są. Kończąc, chciałem panu zaproponować przejęcie regionu Hardcore City i okolic. Byłby pan odpowiedzialny za sprzedaż towaru w tym regionie. Biorąc pod uwagę ilość ryb, które należy sprzedać i czas jaki pan ma na to, sprawa nie jest łatwa. I za to właśnie jesteśmy w stanie naprawdę dobrze zapłacić.
- Wszystko rozumiem. No ale jak taką masę ryb upchnąć na tak małym rynku?
- Wie pan, co to są cele sprzedażowe?
- Słucham?
- To proste. Odbiorca, który skusi się na nasze warunki, otrzyma także swój cel, który będzie musiał w ciągu tygodnia zrealizować. Mały stragan na bazarze – skrzynia ryb tygodniowo. Sklep średniej wielkości – dwie skrzynie. Restauracja – trzy skrzynie tygodniowo. Za ryby płacą zawsze z góry. Po tygodniu przychodzisz z kolejną dostawą i rozliczasz prowizję. Wypłacasz ją, jeśli cele sprzedażowe są zrealizowane (czyli skrzynie są puste). Jeśli jednak wszystkich ryb nie uda im się sprzedać – prowizji nie dostają. Zabierasz zeszłotygodniową dostawę (oczywiście zanim ryby zdechną) i zostawiasz nową. I tak tydzień w tydzień. Proste i efektywne.
- Wszystko ładnie i pięknie, ale po co takiej restauracji 3 skrzynie pangi tygodniowo?
- A co to, pana problem? – Arakorn wydawał się poirytowany moim pytaniem. - Ma pan żonę, dziecko. Zanim najdą pana jakieś wątpliwości, proszę o nich pomyśleć. A co pana obchodzi jakiś właściciel restauracji. Niech kombinuje. Może serwować ryby na przystawkę, zupę oraz danie główne. Jak mu starczy inwencji, to niech deser z nich przyrządzi. To jego sprawa. Ma opchnąć te cholerne ryby i basta. Dla mnie może je sam zeżreć. Chrzanić go! Byle kasa do nas spływała. Wtedy my będziemy zadowoleni. A jak my będziemy zadowoleni, to, proszę mi wierzyć, pan też będzie. To jak, zainteresowany?

Godzinę później siedziałem na pokładzie naszego statku. Patrzyłem na niespokojne morze. W głowie miałem niezły mętlik. Szmuglowanie papierosów to jedno, ale handlowanie jakimiś mutantami na skalę przemysłową, to już co innego. Co robić? Arakorn mówił, żeby myśleć o żonie i dziecku. Ale to zwykły cwaniak z drugiej strony...

- Noooo, wreszcie się doczekałam – z tyłu dobiegł mnie głos Intendentki.
- Że co proszę?
- Wg planu jutro będzie rosół. Uwielbiam twój rosół. Jest niepowtarzalny. Zdradź mi proszę sekret. Jakieś specjalne kostki rosołowe stosujesz?
- Kobieto, nie używaj żadnych kostek. Umrzesz w męczarniach dodając to świństwo do zup. Pamiętaj pierwszą zasadę: jesteś tym, co jesz!

No i powiedziałem wszystko, co wiem o rosole. Co miałem do stracenia? Zresztą z prawdziwą przyjemnością to zrobiłem. Tyle, że Intendentka patrzyła na mnie z coraz większym niedowierzaniem. W końcu nie wytrzymała:

- Trzy godziny? Człowieku, trzy godzinę zupę gotujesz?
- Nooo, tak. A właściwie to sama się gotuje. Odstawiam na małym gazie i tak sobie pyrkoce. Trzeba jej dać trochę czasu, aby...
- Wiesz co, jesteś jednym z najbardziej szalonych osób na tym statku. Trzy godziny? Człowieku, eksplodowałabym z nudów po 20 minutach! No ale pewnie dlatego zawsze biorę dokładkę twojego rosołu. Znasz się na robocie. Fajnie, że jesteś z nami na pokładzie. Póki każdy robi to, w czym jest najlepszy, możemy wiele osiągnąć! To co, widzimy się jutro ‘na rosole’? – mrugnęła do mnie okiem i pobiegła dalej, nie czekając nawet na odpowiedź.

Zapaliłem fajka. Morze jakby zaczęło się uspokajać. Wiatr trochę ustał. Patrzyłem na światła statków stojących na redzie. W mojej głowie znów panował spokój. Wyrzuciłem niedopałek papierosa za burtę.

- Dobra, laska. Masz jutro ten rosół.


18:54, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (6) »
postaci