blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
wtorek, 23 marca 2010

Z przyjemnością informujemy, że na pokładzie naszego statku wkrótce pojawi się nowa osoba – Zuzia!

Zuzia jest uczennicą 6 klasy szkoły podstawowej we Wrocławiu. W życiu prywatnym jest siostrzenicą naszej Intendentki.

Pewnie zarzucacie nam nepotyzm? Nic z tych rzeczy! Przeczytaliśmy kilka próbek jej umiejętności i zaręczamy: Zuzia naprawdę „daje radę”!

Zresztą, poczekajcie trochę...

Ahoj,
Bartek Kozlowski aka Cook

22:03, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 marca 2010

drugi- No i jak się płynie? – Kapitan wyrósł mi za plecami jak zjawa.
- Dobrze, szefie. Spokój jest – odparłem. W sterówce byłem tylko ja i sternik Henio.
- Panie Henryku, przejmę na chwilę ster od Pana – Kapitan podszedł do koła.
- Zamierza Pan sam sterować? Nie boi się Pan? – Pierwszy jak cień wsunął się na mostek.
- Zawsze po objęciu nowej jednostki wypróbowuję, co potrafi – lekko się uśmiechnął.

Byliśmy na szerokim akwenie. Pełen luz. Mógł się zabawić.
Nowy wykonał kilka sprawnych manewrów, a na końcu wykonał ósemkę sprawdzając maksymalny skręt. Po czym przekazał Heniowi stery.

- Panowie, dlaczego dead-man jest wyłączony?
- Czuwak? Stary...yyyy...przepraszam, poprzedni Kapitan nie chciał, aby go budził – odparłem.
- Jak to budził? To Wy schodzicie z mostka podczas wachty? – Nowy czujnie się nam przyglądał. Pierwszy wyraźnie się obruszył:
- Nie Panie Kapitanie, podczas wachty oficer jest zawsze w sterówce!
- W takim razie nie będzie mnie budził – uśmiechnął się do nas. – Proszę go jednak włączyć. Wciskanie czuwaka, zwłaszcza w nocy powinno być naszym odruchem. Gdyby oficer zasłabł to nie wciśnięty zawyje u mnie w kajucie i da mi szansę zareagować. Morza Europy są o wiele ciaśniejsze niż otwarty ocean. Pierwszy, wracamy na kurs.
- Heniu, ile leży na kompasie? – Pierwszy rozparł się nonszalancko w fotelu nawigatora.
- 56 – ziewnął sternik.
- No to dobrze Heniu, tak trzymaj – Pierwszy założył ręce za głowę i się przeciągnął.

Coś mi tu nie grało. Podszedłem do kompasu. Jang-Orłowski ściągnął kilka nowych urządzeń i nareszcie można było działać. Spojrzałem na kompas...

- Panie Pierwszy, nasz kurs to 056, tak?
- Tak, tak – westchnął.
- No, to my płyniemy 256!
- Henio, co Ty odpier... – Pierwszego wystrzeliło z fotela jak z procy – dlaczego nie patrzysz na zegary!
- Proszę o spokój – Kapitan stanął pomiędzy nami. –  To Pan powinien zerknąć na kompas. Jest Pan nawigatorem. Komend nie należy podawać skrótami. 56 to w rzeczywistości 0-5-6, każda cyfra oddzielnie. Chwila nieuwagi i masowiec trze brzuchem po kamieniach. Rutyna potrafi uśpić największe wygi – zakończył ugodowo.

Myślałem, że Pierwszy będzie czerwony ze złości, ale nie. Raczej zbladł i tylko wbił zimny wzrok w Nowego. Ciarki przebiegły mi po plecach. Kapitan odwrócił się do mnie.

- Brawo Drugi za czujność. Przejrzałem Pańskie papiery. Pomimo krótkiego doświadczenia całkiem dobrze Pan sobie radzi. Tak dalej.

 

- ...i na koniec powiedział, że bezpieczeństwo statku i ludzi jest najważniejsze – zakończyłem swoje opowiadanie Monice. Siedzieliśmy na rufie, schowani za jakimś kontenerem, gdzie mnie zaciągnęła. Duma i satysfakcja działała na mnie jak afrodyzjak i uderzała do głowy.
- Proszę Cię, nie tutaj! - Monika nerwowo odpychała moje ręce. – Mówisz, że nagadał Pierwszemu?
- Zaraz tam nagadał. Dał mu prztyczka w nos. I słusznie, bo mu się należało!
- No to teraz motywacja Pierwszego jest na poziomie holenderskiej depresji...
- Monika, o czym ty tu... To ja zaraz dostanę depresji...Monika...
- Przestań! Mówiłam Ci, nie tutaj!
- No to gdzie?
- Nno, ...nie wiem... Kapitan chce wprowadzić różne procedury. Jedna z nich będzie dotyczyła par na statku. Chce tego zabronić.
- Co zabronić, jak zabronić! Że co?!
- Przestań się drzeć – powiedziała z naciskiem. – Za utrzymywanie stosunków będą mogli któreś z nas zwolnić, rozumiesz?
- Stosunków, akurat. Do tego to trzeba dwojga, wiesz? Co Ty taka nerwowa jesteś? Przecież ten przepis, czy co tam jeszcze nie wszedł w życie?
- Ale wejdzie. Nie chce dawać mu pretekstu. Nie zależy Ci na pracy?
- Na Tobie bardziej mi zależy.
- Mnie na Tobie też. Ale musimy to przemyśleć.

Wywinęła się z moich rąk i zniknęła za kontenerem.
Jasna cholera!

22:04, tomasz.knitter
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2010

CookZameldowałem się zgodnie z rozkazem na mostku kapitańskim. Przy okazji chciałem się podzielić naszym pomysłem wdrożenia pakietu klimatycznego.

Mimo tego, że było już późne popołudnie, ciągle było ciepło. Morze, było bardzo spokojne, słońce powoli chowało się za horyzontem. Można by powiedzieć, że wręcz idealna pogoda na romantyczny spacer...

Pierwszy czekał już na mnie. Był sam. Siedział przy stole, który oświetlała jedynie niewielka, mrugająca od czasu do czasu lampka. Siedział w milczeniu patrząc na rozłożoną przed nim szachownicę. Wszystkie figury ustawione były na swoich miejscach. Najwyraźniej partia szachów jeszcze nie została rozpoczęta. Był nad czymś skupiony, nawet nie drgnął, gdy wszedłem. Cała ta sytuacja spotęgowana przygaszającą się żarówką spowodowała, że poczułem się jakoś nieswojo. Pierwszy wyglądał naprawdę ponuro. Powoli ruszyłem w jego kierunku, zastanawiając się, co powinienem powiedzieć. Podszedłem do okna i spojrzałem na pokład. W blasku zachodzącego słońca po pokładzie spacerowali... Intendentka i Nowy Kapitan.

- No proszę! – w końcu nadarzyła się okazja do zmiany tej mrocznej scenerii. – Wygląda na to, że nasza Intendentka jest wyjątkowo kochliwą osobą. Kto by pomyślał?
- To nie ta partia szachów – usłyszałem za plecami.
- Słucham? – odwróciłem się i spojrzałem na Pierwszego.

Niby ten sam Pierwszy co zawsze, ale wyglądał jakoś inaczej. Był jakiś taki... odstawiony. Idealnie ogolony, starannie uczesany, ubrany w świeżą koszulę wyprasowaną z chirurgiczną wręcz precyzją, a jego wypastowane buty świeciły się tak, że można było się w nich przejrzeć.

- Lubisz grać w szachy, Cook? – zapytał.
- Szczerze mówiąc, wolę grać w Need for Speed – palnąłem, ale już chwilę potem żałowałem.

Pierwszy zamknął na moment oczy. Po chwili znów je otworzył. Spodziewałem się jakiejś reakcji, ale nic takiego nie nastąpiło. Patrzył na mnie takim beznamiętnym, zimnym spojrzeniem. Jego oczy nie wyrażały absolutnie nic: ani złości, ani radości, ani zamyślenia... Po prostu nic...

Wstał od stołu i podszedł w moim kierunku. Stanął przy mnie i spojrzał przez okno. Intendentka i Nowy ciągle chodzili po pokładzie i rozmawiali.

- Cook, naprawdę myślisz, że jesteśmy świadkami narodzin nowego romansu? Jeśli przeszło Ci to przez głowę, to muszę cię rozczarować. To co widzisz, to nie Wojtek i Sabina flirtujący ze sobą. To nowy Kapitan z Intendentką, którzy planują właśnie wielkie porządki. Marynarz po marynarzu, koja po koi  - przeczeszą wszystkich.

Pierwszy zaczął snuć jakąś ponurą wizję przyszłości naszego statku. Ale ja bardziej skoncentrowałem się na jego odbiciu na szybie, które pojawiało się i znikało w rytm mrugającej żarówki.

- Sympatyczna Intendentka? O, znam takie jak ona – kontynuował swój wątek Pierwszy. – Już się odkochała. Spotkała właśnie swojego mistrza i już go nie odstąpi. To jej winda w górę! Taaa, nasza Sabina poczuła zapach wielkiej kariery i żaden błahy romans jej nie powstrzyma. Prawda, Sabino? – zapytał, lekko się uśmiechając.

Żarówka przygasła tym razem na nieco dłuższą chwilę. Kiedy światło znów rozbłysło, a odbicie Pierwszego znów powróciło na szybę, kiedy znów ujrzałem jego wyprostowaną na baczność sylwetkę pokrytą pedantycznie czystym ubraniem, nagle mnie oświeciło. Pierwszy zwariował. Facet centralnie oszalał! Od początku wydał mi się jakiś dziwny, ale teraz byłem już tego pewny.

- Czy ty mnie słuchasz, Cook?

Odwróciłem się w jego stronę. Patrzył na mnie tym zimnym spojrzeniem. Chwilę później wrócił do stołu i usiadł do swoich szachów. Wyrównał rękami szachownicę tak, aby była idealnie równoległa do krawędzi stołu.

– Śmiem mniemać, że pojawienie się Nowego nieco skomplikowało tobie i Bosmanowi snucie planów na temat przyszłości waszego Związku Zawodowego Nawigre?
- Navigare – poprawiłem go nieśmiało.
- Wszystko jedno. Może być i Navigare. Jeśli macie trochę szczęścia, Nowy i Intendentka nie poruszyli jeszcze tematu waszego Związku. Ale nawet jeśli nie dziś, Nowy w końcu zwróci na niego swoją uwagę i, uwierz mi, nie będzie sympatyzował z waszą organizacją. Użyje wszelkich sposobów, aby zetrzeć wasz Związek z pokładu tego statku. Nie będzie się z wami patyczkował, bo stanowicie dla niego spore zagrożenie. Jesteście barierą na drodze w realizacji jego pięknej wizji i on o tym dobrze wie! Kiedy przyjdzie mu rozprawić się z wami, nagle zniknie cały czar kapitana Jang-Orłowskiego, a pojawi się zimny, nie posiadający żadnych skrupułów sukinsyn.

Wariat, czy nie wariat, ale mówił całkiem z sensem. Zmiana na stanowisku kapitana bardzo mnie martwiła. Starego zawsze dawało się jakoś urobić. Ale miałem przeczucie, że z Nowym nie będzie tak łatwo. Miałem wrażenie, jakby zesłali go nam na pokład z zupełnie innej planety.

- Cook, nie jest chyba żadną tajemnicą, że nominacja na kapitana naszego statku pana Jang-Orłowskiego bardzo mnie rozczarowała. Wszyscy tutaj wiedzą, że byłem idealnym kandydatem na to stanowisko i od wielu lat sumiennie na nie pracowałem. A tu nagle pojawił się ‘zrzucony na spadochronie’ Jang-Orłowski. I tak niespodziewanie znaleźliśmy się po tej samej stronie barykady, Cook. Obaj nie chcemy, aby pan Jang-Orłowski zagościł na dłużej na naszym statku, prawda?

Trzeba przyznać, że nastąpił naprawdę niespodziewany zwrot akcji. Pierwszy, który do tej pory nie zwracał właściwie na mnie uwagi, nagle widział we mnie partnera do rozmowy.

- Z całym szacunkiem, ale chyba szef przecenia możliwości naszego Związku Zawodowego. Nie jesteśmy w stanie...
- Nie odpowiedziałeś jeszcze na moje pytanie, Cook.
- Pytanie?

Pierwszy delikatnie przesunął palcami po figurach rozłożonych na szachownicy.

- Nie odpowiedziałeś mi jeszcze, czy stoisz po mojej stronie szachownicy – Pierwszy spojrzał na mnie w oczekiwaniu na deklarację. Żarówka znów gwałtownie przygasła i zabrzęczała. Miałem wrażenie, że za chwilę z hukiem eksploduje. Sytuacja zrobiła się naprawdę niemiła.

- Tak, jesteśmy po tej samej stronie – wyrzuciłem z siebie. Od razu poczułem się lepiej.

Pierwszych uśmiechnął się chłodno. Odwrócił się i po raz kolejny usiadł za szachownicą.

- Dobra decyzja, Cook. A zatem, jak już zaznaczyłem, pan Jang-Orłowski wyjątkowo nie przypadł mi do gustu. Dlatego też trochę popytałem wśród znajomych z branży o naszego wielkiego wizjonera. I wiesz co ci powiem? Nasza Intendentka ma całkiem niezłą intuicję. Ten Jang-Orłowski to rzeczywiście błyskawiczna winda do sukcesu. Tyle, że Sabina zupełnie przeoczyła fakt, że jest to winda jednoosobowa. Od początku wydawało mi się to podejrzane: co taki człowiek może robić na naszej łajbie? Teraz już wiem. Otóż francuski armator zesłał go do nas na próbę, na taki poligon doświadczalny. Do końca grudnia tego roku ma wykręcić jak najlepszy wynik finansowy. Jeśli mu się uda – awansuje i zostanie przeniesiony na pokład gigantycznego statku transportowego, oczka w głowie naszego armatora. A jeśli mu się nie uda – wywalą go na zbity pysk. Tak czy inaczej za rok po naszym wielkim wizjonerze pozostanie już tylko wspomnienie. Zaręczam, że bardzo negatywne wspomnienie.
- No to rok możemy jakoś przebiedować, nie? –odparłem. – W czasie sztormu najlepiej zejść pod pokład i poczekać, aż się wypogodzi.
- Nie bądź głupi, Cook. Jang-Orłowski dostał zadanie wyciśnięcia z naszego statku konkretnego wyniku finansowego i zrobi wszystko, aby to osiągnąć. Cała ogłoszona przez niego strategia podporządkowana jest właśnie jednemu celowi – w szybki sposób zarobić jak najwięcej pieniędzy, wykazać się przed armatorem i wyrwać się z naszego statku, który jest dla niego jak cuchnące więzienie. Już nie może się doczekać, kiedy się stąd wyrwie.
- No ale mówił też przecież o lepszych płacach, premiach... – przypomniałem sobie teraz obietnice Kapitana.
- Cook, do cholery! – Pierwszy po raz pierwszy dzisiaj pozwolił sobie na jakiekolwiek emocje. – Nie każ, abym zaczął żałować, że zacząłem z tobą rozmawiać. Pomyśl chwilę! To jasne, że nasz wielki wizjoner stworzył nie tylko strategię maksymalizacji zysków, ale także zadba o kontrolę kosztów. Na realizację swego planu ma tylko rok! Część załogi zostanie zwolniona, a pozostali otrzymają taki system premiowy, że ich otrzymanie będzie niemożliwe. Zużyjemy za dużo paliwa – premii nie będzie. Spóźnimy się z dostawą o jedną minutę – premii nie będzie. Pojawią się nieprzewidziane awarie silnika – premii nie będzie. I tak dalej. Możliwości są nieograniczone. Tak, jak powiedziałem, zaczerpnąłem języka i dobrze wiem, kim jest pan Jang-Orłowski. Na razie ze wszystkimi rozmawia, obiecuje złote góry. Ale w rzeczywistości zbiera sojuszników, formuje szyk bojowy, aby błyskawicznie wprowadzić swój plan – szybki skok na dużą kasę. Już wkrótce pokaże swoje nowe oblicze!

Nagle wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Rzeczywiście, Nowy ostatnio sporo rozmawiał z wybranymi członkami załogi. Ale nie ze wszystkimi – tylko z kierownictwem. Pewnie nawet nie wie jak mam na imię. I pewnie guzik go to interesuje.

- Cook, zbudowaliście z Bosmanem ten Związek Zawodowy „Nawigre”...
- „Navigare”
- Może być i „Navigare”. Ludzie was posłuchają. Po prostu przekażcie im to, co wiecie o naszym wielkim wizjonerze. Kiedy ten uderzy – musimy być gotowi, rozumiesz? Aha, jeszcze jedno: nasza rozmowa musi pozostać w absolutnej tajemnicy!
- Dobra Szefie, zorganizujemy specjalne spotkanie naszego Związku Zawodowego. Trzeba ludziom powiedzieć, co się święci. A teraz, jeśli Szef pozwoli, odmelduję się. Muszę pogadać z Bosmanem. Już on będzie wiedział, jak pogadać z ludźmi.

Ruszyłem w stronę wyjścia.

- A, jeszcze jedno – powiedział z uśmiechem Pierwszy. – Podeślij tu proszę Szczurka. Niech zrobi coś z tą mrugającą lampą. Strasznie mnie wnerwia.

Wyszedłem na zewnątrz. Oparłem się rękami o barierkę i spojrzałem na morze. Z dołu dochodziły mnie odgłosy rozmowy Intendentki i Nowego:
- OK. Pojutrze w zamkniętym pomieszczeniu, nie na pokładzie. Proszę.
- Tak, zapraszam do mnie, 10.00.

Już ja wam pokażę rozmowy w zamkniętym pomieszczeniu...

21:31, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 lutego 2010

bosman

No to mamy kłopot – pomyślałem – i po co nam to było? Nie dość, że ten cholerny Nowy, gada tak, że ktoś mógłby mu uwierzyć, to jeszcze pada to na podatny grunt u załogi, która ma poczucie braku sukcesu. Trzeba coś wymyślić!

- Cook!!! Cooooook!!! – wydarłem się w tubę komunikacyjną – Cook, do cholery, pedałuj to do mnie natychmiast – miałem poczucie, że musimy działać szybko.

Zaraz wpadł zziajany Cook. Tak się spieszył, że zapomniał ściągnąć swój ulubiony fartuszek z Myszką Miki, w którym pichcił ten swój rosół dla Intendentki. Rozzłościł mnie tym. To ja się staram coś wymyślić, żeby nas Nowy nie zakasował, żeby nasz biznes nie zwiądł jak przyrodzenie starego szamana z Lumpy Market, żeby załoga nadal nas słuchała, a ta łajza gotuje rosołek dla Intendentki??? Tylko dlatego, że zrobiła do niego cielęce oczy i powiedziała mu, że dobrze gotuje??

- Psiakrew, Cook! Co się z tobą do diabła dzieje? Rozum straciłeś? – naskoczyłem na niego – Czym ty się zajmujesz? GOTOWANIEM? Jesteś teraz szefem (mhm, jednym z szefów) Związków Zawodowych! Koniec z gotowaniem!
- Jak to, Bo? – wyjąkał Cook – Przecież ja nie umiem nic innego poza gotowaniem... A poza tym, to zdechniemy z głodu...
- Nie roz-czu-lać się  marynarzu – huknąłem mu w ucho, a gdy zobaczyłem, że tatuaż na szyi zaczyna mu pulsować, spuściłem nieco z tonu, żeby nie zarobić w mordę. – No, dobrze już, dobrze. Posłuchaj teraz. Jako szef związków zawodowych masz inne, ważniejsze zadania. Ludzie na ciebie patrzą i czekają. Tak, czekają, żebyś zrobił coś dla nich, dla ich rodzin! Żebyś pomógł biednej załodze przetrwać trudne czasy, ha ha – zaśmiałem się. Już łapał o co chodzi. To jednak bystry gość. - Chodzi o to, że teraz jest walka o władzę, stary. I nie możemy jej przegrać! Inaczej, żegnaj biznesiku! Żegnaj wysoka stopo życiowa! Witaj praco na kilka etatów, itd, rozumiesz?
- Jasne, że rozumiem ty barania głowo – odciął mi się, widząc, że na początku go podpuściłem. Usiadł ciężko na pryczy, zsunął czapkę na tył głowy i podrapał się w ciemię. – Jaki jest plan?
- Ale cię na początku nastraszyłem, nie? Przyznaj się – uśmiechnąłem się jak najserdeczniej potrafię (trochę przypomina to obraz mojej twarzy, który objawił się kiedyś, jak wywołałem zdjęcie z nieźle pogiętej kliszy fotograficznej) i palnąłem go w plecy. Odbiło mu się.
- Przepraszam – wybąkał – a teraz przestań p#$%^&lić, tyko mów, co ci chodzi po głowie. Mam już dość tych ciągłych gierek.
- Jesteś teraz w korporacji, stary. Gierki i polityka to normalka. Jak nie będziesz się umiał dobrze ustawić, postraszyć kogo trzeba, znaleźć haka na kogo trzeba i podlizać się komu trzeba to pstryk – tu z fasonem pstryknąłem mu przed nosem palcami – nie ma cię! Wylatujesz i zaczynasz chodzić na unijne szkolenia dla bezrobotnych. Musisz się do tego przyzwyczaić, staruszku. Teraz nie liczy się jak dobrze gotujesz swój rosołek. Liczy się kto za tobą stoi i jaką masz pozycję w stadzie, a zatem, podsumowując, trzymaj się swojego starego przyjaciela, Bosmana, to nie zginiesz. Mam plan – rozparłem się wygodnie w moim turystycznym fotelu, wywaliłem nogi na stół rozkładany ze ściany i patrzyłem na niego z dumą – Twój kolega Bosman z niejednego już pieca jadł chleb i niejedną korporację przetrwał!

Cook nie wyglądał na szczęśliwego. Chyba wreszcie do niego dotarło, że jak sam się nie weźmie za siebie, to zostanie pod pokładem na długie lata. Wysmarkał nos w palce i wytarł o fartuszek z Myszką Miki.

- K......a, Bosman. Co my teraz zrobimy?

Mnie to się zrobiło głupio, bo myślałem, że go moją mową podkręcę, a chyba trafiłem w jakiś czuły punkt i Cook, ten twardziel, gotów był mi się tu załamać. Natychmiast zmieniłem pozycję, żeby go nie dominować. Przysunąłem się do niego z miłym wyrazem twarzy i położyłem mu rękę na ramieniu. Na szkoleniu z mowy ciała uczyli, że powinno się kontrolować swoje gesty tak, żeby zgrywać się z rozmówcą. Chyba zadziałało.

Cook popatrzył na mnie ciepło i powiedział tak po prostu:

– Wiesz Bo, ja lubię to co robię. Lubię tę łajbę, tych cholernych ludzi, co ich trzeba kopać od czasu do czasu w dupę. Lubię gotować mój rosół i cholernie lubię jak Intendentka przychodzi do mnie specjalnie, żeby go trochę podkraść. Nikomu o tym nie mówimy, bo ona wszędzie głosi, że jest na diecie, ale przez to moja praca jest jeszcze fajniejsza. I ty teraz mówisz mi, że ja mam to wszystko rzucić? Zostać prezesem związku tak na serio? Jak ja sobie dam radę?

Zrobiło mi się naprawdę głupio. „Facet ma więcej jaj niż my wszyscy razem wzięci” – pomyślałem – „może jest w tym trochę racji?”.

- Co zatem proponujesz? – rzuciłem chłodno i znów rozparłem się w krzesełku. To tak, żeby nie myślał, że się rozczuliłem albo co...
- Podzielmy role Bo. Ja się nie czuję dobrze przed tłumami, ale za to mam czas na myślenie jak pichcę te moje zupki. Ty będziesz twarzą Związku, będziesz gadał do marynarzy i wysuwał postulaty. Ja będę tak bliżej załogi. Żeby oni czuli, że my jesteśmy z nimi. Nie będę się rzucał w oczy i przez to będę miał informacje i stały kontakt z ludźmi. Razem będziemy decydować o kolejnych posunięciach. OK? Tak sobie myślę, że Nowy ma wiele racji, ale że jego podejście może nas wiele kosztować. Na pewno nasz biznesik nie będzie kwitł. Teraz zatem trzeba zapewnić sobie nietykalność i możliwość kręcenia własnych lodów na boku.
- Masz rację, zgadzam się przyjacielu – odparłem uradowany, bo ja sam też miałem podobne odczucia. – Mam nawet pewną propozycję!
- ??? – uniósł brwi i wpatrzył się we mnie. Poczułem się jak Cindy Crawford i nawet się zarumieniłem. Z drugiej strony to chyba nie wierzył w moje możliwości, skoro fakt, że miałem pomysł, wywołał u niego takie zdumienie.
- Związki Zawodowe opiniują różne statkowe decyzje, nie? – dobrze jest, pokiwał głową – Mogą też wysuwać postulaty. Powinniśmy zatem zacząć dbać o nasz wizerunek, nie?
- Nnnnno – z wahaniem wykrztusił Cook, czekając na dalszy ciąg mojego wywodu.
- Mamy teraz globalne ocieplenie, więc każdy statek (a szczególnie ten, pływający w Europie) musi udowodnić, że ochładza świat. Choćby na swoją, małą skalę. Wtedy będziemy zbierać plusy dodatnie i nasza pozycja na arenie żeglugi europejskiej wzrośnie.

A więc my – znaczy Związki – wyjdziemy z propozycją wdrożenia pakietu klimatycznego! Będziemy co jakiś czas wyłączać maszyny, ganiać ludzi za palenie papierosów (tak dla picu), wprowadzimy plan usprawnienia logistyki, żeby używać mniej freonu z lodówek, a na koniec opodatkujemy bąki załogi i oficerów. Jak wiadomo to właśnie w bąkach jest najwięcej substancji szkodliwych dla świata.

Byłem naprawdę dumny ze swojego wywodu. Chyba mam zdolności krasomówcze i nadaję się do roli przypisanej mi przez Cooka. Będę świetnym przywódcą na wiecach, a kto wie, może nawet wypatrzy mnie jakiś reżyser i zostanę zaproszony do Hollywood? Już widziałem siebie w roli Brada Pitta. Nawet jestem trochę podobny, też mam kwadratową szczękę!

- I jak masz zamiar na tym zarobić? – z zadumy wyrwał mnie drwiący głos Cooka.
- Jak to jak? Cook, coś ty? Z choinki się urwałeś? Wiadomości nie oglądasz? Toż to najlepszy biznes na świecie, nieskończony, bez kontroli i bez limitu kasy. Będziemy konsultować plany zmian i nadzorować ich wprowadzanie! Za każdą godzinę, metr sześcienny dwutlenku węgla, za każdego bąka i każdego papierosa będziemy pobierać opłaty! A wszyscy będą nam bić brawo, bo przecież to dla ich dobra!!!

Zrobimy kampanię, transparenty, wyrazy poparcia, konferencję prasową. Będziemy pierwszym statkiem w Europie, gdzie taka inicjatywa wyjdzie oddolnie. Myślisz, że tego nie kupią? – aż się cały w środku gotowałem z podniecenia – i w dodatku, Cook, możemy tę kasę dostać od instytucji pozastatkowych! Kapitan powinien być zadowolony, bo i dla statku coś skapnie.

Cook wyglądał na zaskoczonego. Drapał się prawą ręką za lewym uchem, to zdradzało, że myśli. Patrząc w sufit, mamrotał coś do siebie i parę razy pokiwał głową jakby coś licząc. Potem nagle ocknął się i powiedział

– Wiesz Bo, daj mi chwilę. Pomyślę nad tym, bo chyba możemy rozwinąć ten pomysł. Idę mieszać rosół, wtedy jestem kreatywniejszy

Za sekundę wrócił, wsadził głowę w drzwi i z podniesionym do góry palcem wskazującym powiedział: „A, i nie zapomnij poprosić czytelników, żeby oni jakieś pomysły nam podsunęli. Co wiele głów, to nie nasze, marne, dwie!”

I już go nie było, a w mojej kabinie została cisza i ten nigdy nie znikający smród Extra Mocnych.

PS. Proszę Was zatem o wsparcie pomysłami. Co Bosman i Cook mogą zrobić, żeby zapewnić byt sobie i swoim rodzinom (biznesik), jednocześnie nie grając przeciwko załodze i nie paraliżując pracy kadry oficerskiej?

22:04, lukasz.fijalkowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 stycznia 2010

intendentkaSiedziałam w mesie i czekałam na Kapitana. Przyszłam trochę przed czasem, żeby spokojnie ułożyć w głowie wszystkie sprawy, które chciałam z nim omówić. Niby rozsądnie mówi, ale coś mi tu nie gra. Jakiś taki perfekcyjny jest. Do każdego mówi inaczej, potrafi złapać w rozmowie najważniejszy dla drugiej strony wątek. Czasem mnie to przeraża, jakby czytał w naszych myślach. No, ale może jest po prostu bystry? Obserwuje i słucha ludzi, analizuje fakty? Może… Święta zasada: „nie uprzedzamy się”.

- A! Jesteś już, świetnie! – przyszedł kilka minut przed czasem, pewnie ma jeszcze mało pracy… wdraża się ;) - Chodź zaszyjemy się gdzieś na pokładzie, taka ładna pogoda.

Wyszliśmy. Trochę niezręczna  sytuacja, spacer po pokładzie z Kapitanem.

- Sabina, jest kilka tematów, które chciałbym poruszyć z Tobą na początek. Zacznijmy od najważniejszego – jestem przekonany, że męczy Cię „przeciwpożarowy” charakter Twoich zadań. Nie dano Ci okazji działać planowo, konsekwentnie, nazywając rzecz po imieniu – myśleć strategicznie. A to przecież duży błąd, zgodzisz  się chyba ze mną?

Matko kochana!! Pierwszy raz w życiu słyszę to wymarzone słowo w kontekście mojej pracy. Ktoś wreszcie pozwoli mi myśleć! Do tego strategicznie!

- Zgodzę się, ale Pan wybaczy może nazbyt ostrą uwagę - nie mam w zwyczaju użalania się nad moim losem pod rządami byłych szefów. Pan Kapitan, znaczy eks-Kapitan, wyrósł z innego pokolenia i inaczej patrzył na moją rolę, co nie znaczy, że ją lekceważył.

Aż mnie zdziwiło, jak ostro się odcięłam. To, co powiedziałam, było jakby z zasady na przekór. Żeby sobie Superman nie myślał, że wszyscy oszaleli  na jego punkcie.

- Tak, rozumiem, jest w tym sens – nagle zupełnie się wyciszył, zapadła chwila milczenia.
- Zanim zaczniemy rozmawiać o sprawach strategicznych, chciałabym porozmawiać o ludziach. Konkretnie i po kolei – osoba, zakres zadań, ocena jakości  pracy i etyki, potencjał do rozwoju. Możemy zagrać w taką grę – ja proponuję temat, Pan Kapitan proponuje od kogo zaczniemy?
- Świetny pomysł. Zanim zaczniemy, proszę spróbuj nie mówić do mnie „Pan”, „Pan Kapitan”? Rozumiem, że to może  potrwać, rozumiem lata przyzwyczajeń… Wojtek jestem.
- OK., postaram się. Zatem od kogo zaczynamy WOJTKU?
- Od Pierwszego. Spodziewam się, że nie będzie łatwo. Przecież już od dłuższego czasu to on praktycznie dowodził.

A to ci! A właśnie! Czyta chłopak w moich myślach! Nawet wypowiada zdania, które już kiedyś zaświtały w mojej głowie.

- Tak, Pierwszy. Pierwszy od dawna spodziewał się awansu na Kapitana. Nie tylko dlatego, że praktycznie on podejmował decyzje  i komunikował się z załogą, ale również dlatego, że eks-Kapitan wielokrotnie dawał mu to do zrozumienia.  Jaka jest sytuacja?  (1) fakty: Pierwszy ma kompetencje pozwalające mu na objęcie dowództwa, (2) motywacja: spodziewał się awansu, (3) pozycja na statku: załoga go szanuje i docenia dotychczasową pracę. Czego możemy się spodziewać?  (1) frustracja – i wcale mu się  nie dziwię, (2) odejście do innego armatora, (3) podburzanie  załogi. Myślę, że Pierwszy z dnia na dzień nie odejdzie, zatem będzie frustracja i prawdopodobnie rozbicie załogi na dwa obozy. Ja mogę Panu, aaaaa… Tobie Wojtku, przygotować ocenę kompetencji Pierwszego, przykłady decyzji podjętych w sytuacjach kryzysowych oraz jego zachowań w stosunku do załogi. Od Ciebie oczekuję jakiegoś genialnego pomysłu, a właściwie dwóch genialnych pomysłów. Pierwszy – jak pozyskać Pierwszego, drugi – co zrobimy, jeśli odejdzie.

- Super! Tak oto kobieta… przepraszam Szefowa HR, powinna zarządzać swoim szefem! Od pierwszego spotkania Twój cięty i konkretny język zrobił na mnie wrażenie – okazywał szczere zadowolenie, wręcz tryskał humorem – Zobowiązuję się na następne spotkanie przygotować dwa genialne pomysły. Ciebie poproszę o przegląd ludzi, tak jak mówiłaś: osoba, zadania, ocena, potencjał. Pod kątem naszych celów strategicznych oczywiście. Kto się nadaje, kogo trzeba douczyć, kogo wymieniamy. Pojutrze OK?
- OK. Pojutrze w zamkniętym pomieszczeniu, nie na pokładzie. Proszę.
- Tak, zapraszam do mnie, 10.00. Aaa, mam jeszcze jedną do Ciebie prośbę. Powinniśmy wprowadzić kilka zasad, tzw. „korporacyjnych”. Komunikacja wewnętrzna, poufność dokumentów, prywatne relacje pracowników. Musimy kilka kwestii przedyskutować. Mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli…

Zalała mnie fala gorąca. Czułam purpur na twarzy. Można się było tego spodziewać. Wcześniej czy później pokładowe romanse wychodzą na jaw… Zwłaszcza jak dowodzenie obejmuje czytający w myślach Mag – Superman.

- Tak, oczywiście. Pojutrze, 10.00.

Odwróciłam się i poszłam do siebie. Ale facet ma jaja. Najpierw pozwolił mi się powymądrzać i podowodzić, a potem jednym słowem, pokazał kto tu rządzi. Znaczy Kapitan.

21:35, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 stycznia 2010

drugiCo on mi tu?
Takich gości co gadać potrafią to ja poznałem sporo. Ludzie dzielą się na tych co robią co wiedzą i na tych co wiedzą co robią. Ci drudzy z reguły mało mówią – więcej robią. A mości Nowy Kapitan gadać potrafi pięknie, co może oznaczać, że oczekuje, iż robotę odwalą za niego inni.
Nasza załoga pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza Bosman z Cookiem z tymi całymi związkami zawodowymi, ale jak ich poznać prywatnie to morowe chłopaki i krzywdy nie dam im zrobić.
Po tym, godnym menedżera 21-go wieku, spotkaniu udałem się bezpośrednio do kajuty Nowego Kapitana. Mogłem iść na mostek, ale otwartość i szczerość cenię sobie najbardziej. Po za tym najlepiej iść prosto do źródła. Tak jak w filmie American Gangster gdzie Denzel Washington pojechał do Kambodży po heroinę, załatwiał sprawę bezpośrednio, pomijając pośredników. I ja też pominąłem aspekty formalne i nie anonsując się zapukałem wprost do prywatnej kajuty.
Warto działać przez zaskoczenie.
Otworzył mi drzwi uśmiechnięty, pachnący i świeży jak by szykował się na Mistera Białegostoku. W tle leciał african blues.

- Czekałem na ciebie – szeroko otworzył drzwi i zrobił mi miejsce.

Czekał na mnie?

Wszedłem. Porządek. W kącie stało ngoni dokładnie wyczyszczone z kurzu lub po prostu często używane.

- Herbaty? – zagaił – Czy może coś mocniejszego? Jest już po spotkaniu w zasadzie...


Kurna, gość zadowolony jakby na wakacjach był.


- Zdecydowanie wolę mocniej.

- Prawdziwy mężczyzna – polał i poczułem zapach śliwowicy z rocznika którym mógł się upić jeszcze Franek Dolas z Jak rozpętałem II wojnę światową.

Walnęliśmy po jednej lufie ostentacyjnie nie zapijając.


- Pozwól, że zacznę – poczułem ciepło 70% rozchodzące się w żołądku – Teoretycznie jesteś dobrze przygotowany. Jest plan, zamknięty w realne liczby, podany jest czas, całość do zrealizowania przez naszą załogę, tylko...

- Tylko, co? – przerwał mi na chwilę podnosząc wzrok znad szklaneczek znów wypełnionych wysokoobrotowym trunkiem.
- Tylko biorąc pod uwagę, że transport lądowy jest dużo tańszy i przez to bardzo konkurencyjny, jak chcesz zdobyć wystarczającą ilość kontraktów na kursy stricte europejskie?
- Sprecyzuj – gestem pokazał „twoje zdrowie” i zwilżyliśmy usta zanim kontynuowałem.
- Jeśli wypadniemy z kursów na Hard Core City, czy Brazylię, angażując się w kursy krótsze i z powodów koniunkturalno-gospodarczych stracimy je, to zostaniemy na przysłowiowym lodzie i będziemy mogli sobie co najwyżej otworzyć, biorąc pod uwagę stan techniczny naszej łajby, muzeum żeglugi dziewiętnastowiecznej. Jeżeli ty zostaniesz dyrektorem, Bosman bileterem, a Intendentka przewodnikiem, to spora część załogi straci pracę. Ja tam na pączki z nimi nie chadzam, ale oni mają żony i dzieci. W każdym bądź razie dzieci mają na pewno...
- Rozumiem – przerwał mi, chlupnęliśmy nieco.

Zapadła cisza. Śliwowica wchodziła prężnie, poznałem po tupocie mojej nogi do kolejnego kawałka sączącego się rozkosznie z głośników.

Teraz, pomyślałem, wstawi mi jakiś głodny kawałek, że obserwowali moją pracę i że jestem naprawdę skuteczny i liczą na współpracę. Albo łzawą historyjkę z dzieciństwa, że swoim zaangażowaniem udowodnił coś wymagającej matce i to niespodziewanie nauczyło go nie tylko zarządzania statkami, ale i łucznictwa tradycyjnego zen, gdzie cel to iluzja, bo ty i tarcza to jedno...

- Co wy mi tu pier#%$#licie, Chief?


Zakrztusiłem się śliwowicą. Nikt tak nie powiedział do mnie na tym statku od 11 lat, kiedy to Charlie Bękart Bukowski wyleciał za burtę za sprawą moich mięśni.


- Cenię twoje zaangażowanie, troskę i liczę na współpracę, ale chyba nie każesz mi się wytłumaczyć z moich ustaleń z armatorem?


Wziąłem się w garść.


- Szczerze mówiąc szczypta faktów mogła by rozwiać mgłę wątpliwości, rzucić światło w mrok niepokoju.

- Chief, z takim talentem krasomówczym mógłbyś pisać jakiegoś poczytnego bloga – może byś się z tego porządnie utrzymał. A wracając do naszego tematu – odprawa z kadrą oficerską będzie jutro, rad będę ze wsparcia, twoja wiedza jest nieoceniona. Jednakże, od razu to sobie wyjaśnijmy, kompetencje oficerów zostaną wykorzystane w realizacji strategii, a nie jej konstruowaniu. Zdaję sobie sprawę, że sam nie dam rady, więc liczę na doświadczenie i zaangażowanie każdego oficera w tej materii.

Krótko i na temat.

Spodobał mi się. Poczułem, że ma u mnie kredyt zaufania.

- Poczekaj Chief – machnął ręką jakby mnie zatrzymywał choć w sumie nie zbierałem się jeszcze do wyjścia – To dla ciebie – wygrzebał coś z szuflady.


DVD. Szeroko uśmiechnięta laska w dziwnej pozie i podpis „Podstawy jogi dynamicznej. Jak być skutecznym i odprężonym”.

Spojrzałem tęsknie na śliwowicę. Kapitan odkręcił butelkę:

- Namówię cię na rozchodniaczka? - zapytał
.

Śmiało mogę powiedzieć, że poczułem coś na kształt entuzjazmu do dalszych losów naszej zasłużonej jednostki pływającej.

( Co nie oznacza, że jak Kapitan się nie spisze, nie trzeba tu będzie przeciągnąć kogoś pod kilem... )

22:15, michal_nieweglowski
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2010

przodownikDrodzy czytelnicy,

Jeśli podoba Wam się nasz blog, macie szansę nas wesprzeć. Wysyłając SMS o treści G00485 na numer 7144 oddajecie na nas głos w konkursie „Blog roku 2009” (koszt 1,22 zł brutto). Każdy głos jest na wagę złota.
A więc – komórki w dłoń :)

Więcej>>>

Ahoj,
Cook

21:50, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 stycznia 2010

drugiZ dużą ciekawością rejestrowałem reakcje naszej załogi na słowa Nowego kapitana. Oj, działo się! Pierwszy patrzył na Nowego baardzo krytycznym wzrokiem, Chief kiwał głową z rosnącą aprobatą, moja słodka siedziała jak na szpilkach, a większość załogi miało lekko zdezorientowane miny.

- Kiedy zaproponowano mi objęcie tego statku, przeprowadziłem analizę, co właściwie mam przejąć. Sytuacja według mnie przedstawia się następująco: kursy jakie robił statek, mówiąc szczerze, planowane były chaotycznie, nigdy nie było wiadomo, gdzie będzie w następnym kwartale. To powodowało, że ładownie wykorzystano jedynie w 70 procentach, czyli zarabialiśmy jedynie 70 procent możliwych stawek. Tyle zarabiał armator, ale i załoga. Czyli: szarpanina za kiepskie pieniądze – w tym momencie po mesie przeszedł szmer.
- Rosnące niezadowolenie spowodowało, jak rozumiem, pojawienie się związków zawodowych – spojrzał na Bosmana i Cook’a. Ci wywołani do odpowiedzi ochoczo kiwali głowami. Od początku zebrania siedzieli rozparci w krzesłach z minami portorykańskich bonzów. Obok nich przycupnął jakiś wymoczek o trójkątnej, wyblakłej twarzy. Wołają na niego Szczurek, czy jakoś tak...
- Brak dozoru – ciągnął Nowy – spowodował upadek morale zespołu. Na pokładzie pojawiła się kontrabanda i nielegalny handel.

O, mamo! Bosman i Cook zastygli. Zaskoczenie na ich twarzach...Bezcenne!

- Czy tak powinny się sprawy toczyć na szanującym się statku?

Pytanie wywołało kolejny pomruk wśród załogi.

- Więc mam do wszystkich pytanie: chcecie zarabiać więcej, pracując w normalnych warunkach?

No, teraz już prawie wszyscy kiwali potakująco czuprynami.

- W takim razie przedstawię Wam moją Wizję tego statku – Nowy spojrzał na nas poważnym wzrokiem. Mówił spokojnie i dobitnie. - Jesteśmy jednostką, która w sposób przewidywalny realizuje kursy z wypełnionymi ładowniami w co najmniej 95 procentach. Co miesiąc. Klienci proszą naszego armatora właśnie o nasz statek, bo jesteśmy synonimem rzetelności. My dopłyniemy wszędzie na czas, niezależnie od pogody. Załadunku, rozładunku i zabezpieczania cargo inni mogą się od nas uczyć. Metody i systemy zarządzania powodują, że nikt nie chce stąd odejść. Na vacat czeka kolejka chętnych.
- Teraz pewnie powie, że będziemy dumni z pracy na tej łajbie – teatralny szept Pierwszego był doskonale słyszalny dla każdego. Nowy spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął.
- Tak, ma Pan rację. Chciałbym być dumny z tego, co robię i gdzie pracuję. Pan nie?
- Ależ bardzo – z cierpką ironią odezwał się Pierwszy. – Mam tylko jedno małe, tycie pytanie: jak? Jak Pan tego dokona?

Nowy uważnie przyglądał się przez moment Pierwszemu, po czym powiedział do wszystkich:

- My. Nie ja, tylko my. Dokonamy tego wspólnie.
- No, tak – odchrząknął Bosman – ale pytanie jest: jak?

Zapadła cisza. Dawno takiej nie słyszałem. Nawet muchy się spostrzegły i przestały bzyczeć. Przyglądały się scenie w milczeniu. Kurz leniwie wirował w smugach słońca wpadających przez bulaje.

- Dobrze. Zawrzyjmy kontrakt – Moni nerwowo poruszyła się na krześle. Co ona taka spięta, przemknęło mi przez myśl – Powiem Wam jakie działania podejmę. Wy, jeśli uznacie, że brzmi to sensownie, zaangażujecie się na 100%.
- A jeśli nam... nam się ...to nie ...spodoba? – Szczurek, skubany najwyraźniej czytał z jakiejś wymiętolonej kartki!
- To ktoś będzie musiał odejść – rzucił Chief patrząc na Szczurka. Tym razem nerwowo poruszył się Cook.

Nowy lekko się uśmiechnął.

– Spokojnie, nie dramatyzujmy. Zamierzam podjąć rozsądne kroki.
- Panie kapitanie, przepraszam ale może najpierw zapoznamy z tą propozycją grono oficerskie, które je skonsultuje i ...
- Jak to, zaraz! To związki nie mają tu już nic do powiedzenia? – przerwał Intendentce Bosman.

Kapitan podniósł uspokajająco rękę.

– Kontrakt dotyczy nas wszystkich. Chcę, aby każdy od samego początku wiedział na co się decyduje. Jeśli się zgodzisz, to 100 rubli za wejście i 200 rubli za wyjście. Liczę na 100% zaangażowania. W trakcie, jeśli ktoś nie dotrzyma naszego kontraktu, to wyleci z hukiem.
- Rozumiem, że działa to w dwie strony? – z uśmiechem Judasza zapytał Pierwszy.
- Tak.
- Niech Pan przedstawi swój plan – poprosiłem.
- Wnioski z przeprowadzonej analizy przedstawiłem naszemu armatorowi. Im również zależy na zyskach. Dlatego byli otwarci na dyskusję i ostatecznie zgodzili się na mój plan. Otóż od 1 lutego zaczynamy pływać po portach Europy. Tylko Europy. Krótsze trasy są bardziej przewidywalne, łatwiejsze do planowania i koordynacji. Będziemy wozić jedynie cargo kontenerowe. Armator zgodził się na taką specjalizację. Przekaże nam dotychczasowe kontrakty, do których podnajmował inne jednostki. Ta specjalizacja pozwoli nam wypracować najlepszą metodę rozładunku i załadunku. Zaoszczędzimy czas. Ze specjalnie utworzonego budżetu będziemy pokrywać opłaty za ekspresowe wejścia do portów. Nie będziemy czekać w kolejce na redzie i w ten sposób również zaoszczędzimy czas. Pływamy precyzyjnie jak londyńskie metro. Z moich kalkulacji wynika, że po pierwszym kwartale nasze obroty wzrosną około 20%.
- I pensje też? – zapytał ktoś z załogi.
- Tak.
- Czy to oznacza, że będziemy mogli być częściej w domu – nieśmiało zapytała Monika.
- Tak. Jeśli będziemy mieli dobry system planowania wacht i zastępstw. Urlopy mogą być krótsze, ale za to częstsze.
- A co przez ten miesiąc, do lutego – zapytałem.
- Statek wymaga małego remontu. Po względem technicznym i organizacyjnym. Obydwa remonty przeprowadzimy płynąc do Europy. A dokładnie do Gdańska, tam zabieramy pierwszy ładunek. Popłyniemy z tym do Marsylii.

Znów zapadła cisza. Benio, nasz stary mechanik podniósł rękę.

- Czyli, że więcej kasy i częściej w domu, tylko trzeba zapier...ać, tak?
- Lepiej bym tego nie ujął – uśmiechnął się Nowy.
- To ja się piszę Panie Kapitanie – Benio również się wyszczerzył.
- I ja, i ja! – poderwał się z krzesła Szczurek.

Prezentacja Kapitana
View more presentations from bartek_benefactor.

20:38, tomasz.knitter
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 grudnia 2009

matFrom: Mat
To: Dobrochna
Subject: Życzenia Świąteczne

Witaj,

Korzystam z okazji, że znalazłem jakąś kafejkę z dostępem do internetu. Nawet nie wiedziałem, że tu wiedzą, czym jest internet ;)

Co tam u Was słychać? U mnie wszystko w najlepszym porządku. Nasz ostatni rejs okazał się dużym sukcesem. Wygraliśmy z konkurencyjnym statkiem, dzięki czemu udało się sprzedać cały towar i to po dobrej cenie. Na statku panuje ogólna radość. Mieliśmy wielką imprezę z okazji wygranego wyścigu. Teraz odpoczywamy przed kolejnym rejsem. Mam nadzieję, że okaże się dla nas równie udany!

Co słychać u Kubusia? Rośnie chłopak? Mam nadzieję, że zbiera w szkole dobre stopnie. Jest przecież zdolny (tylko trochę leniwy).

Czy prezenty dotarły? Mam nadzieję, że tak i że będą się podobały. Szkoda, że nie będę mógł pomóc w przygotowywaniu świątecznej kolacji, ale taka praca. Wiesz, jak jest...

Właśnie! Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się Świąt. No i Szczęśliwego Nowego Roku!

Już niedługo wrócę. Zleci szybciej, niż Ci się wydaje!

Buziaki,
Twój Mat.

PS: koniecznie podrap ode mnie Dorę za uchem!

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

From: Dobrochna
To
: Mat
Subject
: Re: Życzenia Świąteczne

Witaj Miśku,

U nas wszystko dobrze. Kubuś rośnie. Niedługo będzie już tak duży jak ty. Pan od WF-u dopisał go ostatnio do sekcji koszykarskiej! Jest z niego bardzo zadowolony. Podobno bardzo przykłada się do treningów i robi duże postępy. Możliwe nawet, że trafi do reprezentacji szkoły! No cóż, czas spojrzeć prawdzie w oczy – fizykiem jądrowym już chyba nie zostanie, ale może za to będzie sławnym koszykarzem?

Dorę to zabierasz ze sobą w następny rejs. Jak tylko wyjeżdżasz, robi się nie do zniesienia! Szarpie na smyczy jak szalona, nie opuści żadnej okazji do bójki. I kaganiec na mordzie wcale jej w tym nie przeszkadza.

Prezenty dotarły. Leżą już pod choinką. Jest nawet coś dla Ciebie! Nie martw się, prezent będzie tu na Ciebie czekał, choć czy choinka tyle wytrzyma – wątpliwe.

Szkoda, że kolejną Wigilię spędzimy osobno. A w tym roku przyjedzie do nas wielu gości. Nawet Twoi rodzice obiecali, że wpadną. Także roboty z przygotowywaniem Świąt mam mnóstwo.

Aha, prześlij mi ten swój przepis na śledzie w śmietanie (ten z goździkami i cynamonem).

Muszę kończyć, bo chyba kapusta się przypala...

Całus,
Dobrochna

 

23:46, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (5) »

Zgodnie z regulaminem konkursu umieszczam link:

http://www.blogroku.pl/ahojpracy,gw8xc,blog.html


Bartosz Kozłowski

09:44, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
postaci