blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
środa, 09 grudnia 2009

intq- Szałowo wyglądasz w tym garniturku! Chociaż właściwie… to ja chyba wolę trochę mniej oficjalne, takie , wiesz… tropikalne klimaty.
- Proszę Cię, już jestem spóźniona. Matko! Muszę złapać rykszę, 10 minut!
- Puszczę Cię pod warunkiem, że powiesz z kim idziesz flirtować, zalotnico.
- Nic Ci nie powiem. Flirtuję tylko z Tobą i to zauważ, potajemnie.
- Moni, co Ty opowiadasz! Przecież i tak wszyscy wiedzą. Uparłaś się na lądowe randki w tej romantycznej norze z widokiem na ścianę, ale to nie zmienia faktu, że ludzie mają oczy, nie mówiąc o zmysłach. Moni moja najsłodsza, pocałunek za wyswobodzenie z uścisku…

Matko, jaki on jest boski. Profesjonalistkę zgrywam, a najchętniej rzuciłabym w diabły te garniturki.

- Dobra. Idę. A! Przestań do mnie mówić „Moni”, to do mnie zupełnie nie pasuje. See you.

Tylko 10 minut! Nie znoszę się spóźniać. Ryksza, gdzie jest jakaś cholerna ryksza!

- Ryksza! Ship Inn Hotel, pędem.
- Dobra paniusiu, spokojniutko, koreczek miniemy boczkiem, boczkiem… - Rykszarz coś tam bełkotał pod nosem całą drogę. Nawet dobrze, zapadłam się w to jego miauczenie jak w mantrę. Koniecznie musze ochłonąć. Zupełnie zwariowałam. Romans w pracy! Gdzie tam romans, przecież ja oszalałam na jego punkcie, wolę nie myśleć co będzie dalej. Właśnie! Co będzie jak wypłyniemy na morze? Od dwóch tygodni zbijamy bąki, klimaty jak na studenckich wakacjach. Mmmm, do tego te randki w hotelu, czadowa historia…
- Paniusia płaci, jesteśmy.

Wyskoczyłam z rykszy, potknęłam się i ups… wpadłam na jakiegoś przystojniaka.

- Przepraszam Panią, chyba wpadłem pod nogi. Wszystko w porządku?
- Tak, dziękuję – rzuciłam w biegu i pognałam do lobby baru.

Szefowa już czekała. Jak zwykle spokojna i nienagannie uczesana. 200% profesjonalnej kobiety biznesu.

- Witaj Sabina. Cieszę się, że już jesteś. Mamy jeszcze parę minut dla siebie. Jak atmosfera na statku? Załoga chyba musi być w znakomitej formie po takim sukcesie. A jak nowi? Jak sobie radzi Drugi? Zasymilował się?
- Znakomicie – wręcz znakomicie się zasymilował, strzał w dziesiątkę kochana moja, nie mogłaś lepiej zacząć tej rozmowy – Załoga w porządku, choć myślę, że Kapitan celebrując sukces trochę mało zatroszczył się o szeregowych pracowników.
- A widzisz! Podobnie myślimy. Nie umknęło to naszej uwadze. Od jakiegoś czasu mamy wrażenie, że Kapitan koncentruje się na rozkładaniu kart swojej kariery, a jakoś umyka mu właściwy zakres odpowiedzialności. Trzeba się skupić na celach, sytuacja ekonomiczna wymaga dyscypliny i konsekwencji w działaniu. O! Jest i nasz gość, pozwól, że Ci przedstawię…

Nieee, to ten przystojniak sprzed hotelu. Czarna seria. Zaraz spadnę z krzesła.

- Sabina, to jest Kapitan Jang - Orłowski, Wasz Nowy Kapitan.

Tak. Czarna seria.

- Bardzo mi miło – wyjąkałam – Rozumiem. Nowy Kapitan. Starego mam utopić? – ale pojechałam, teraz to już mam przerąbane.
- Fantastyczne poczucie humoru! Prawdziwy z Pani marynarz! Bardzo mi miło Panią poznać, jestem pewny, że będzie nam się znakomicie pracowało.

Taaak, fajnie nam się będzie pracowało. Umarł król, niech żyje król. Ktoś pomyślał ile lat jest z nami Stary? Może już dawno należał mu się ten awans do Rady Morskiej, tylko jak zwykle wszyscy przespali lata jego największej motywacji. Przepraszam – SAMO-motywacji. O innej nie ma tu mowy. Święta Centrala potrafi tylko głowy ucinać. A Pierwszy?! Matko, on dostanie zawału! Przecież już od dłuższego czasu to on praktycznie dowodził. Już się więcej nie odważę zrobić żadnej ankiety satysfakcji załogi… Będzie masakra, a Związki będą rosły w siłę.

- Sabina, co do odejścia Starego, przepraszam Kapitana – Szefowa nagle wyrwała mnie z zakamarków mojego marynarskiego poczucia humoru. Szczęśliwie spuściła z oficjalnego tonu – zaraz wszystko omówimy. Plan jest taki: zjemy spokojnie lunch, porozmawiamy swobodnie, omówimy kolejne kroki pożegnania Kapitana i wprowadzenia Pana Janga – Orłowskiego. Za kilka godzin dotrzemy razem w trójkę na statek i wszystko załatwimy. Dobry plan?

- Znakomity.

Muszę jeszcze jakoś dać znać Drugiemu, żeby dotarł na statek przed nami. Będzie afera, jak go nie będzie. Jak się ten Nowy nazywa? Jang – Orłowski, co to jest? Owoc przyjaźni polsko-chińskiej??

11:34, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (2) »
środa, 02 grudnia 2009

cookSiedzieliśmy z Bosmanem czekając na niczego nieświadomego kandydata, który miał zostać członkiem Rady Rejsu. Bosman wyraźnie nie był zachwycony moim pomysłem.

Stuk puk.
- Wejść – rzuciłem.
W drzwiach stanął majtek Szczurek. Jak się zwał – tak właśnie wyglądał. Szczurek.
Bosman oparł głowę o ręce. Po chwili powiedział cicho do mnie:
-Stary, masz 60 sekund, aby mnie do tej niemoty przekonać.

- Witaj Szurek, usiądź proszę – skoro miałem do dyspozycji 60 sekund, to postanowiłem nie tracić czasu. – Powiedz mi stary, tak szczerze, jak ci się widzi przyszłość naszego statku?
- Że co? Noooo .... to ja na to pytanie...yyyy... to nie wiem... – odpowiedział ściskając nerwowo swoją czapkę w dłoniach.
- Dobrze, to może inne pytanie: Kim chciałbyś być za 10 lat? Jakie masz plany? Co chciałbyś w przyszłości robić?
- Planyyyyy.... moje plany.... no to takie tam, wiadomo, normalne, jak wszyscy, nie?
- No to na koniec pytanie z zupełnie innej beczki. Co znaczy twoim zdaniem taki zwrot: „pociągać za sznurki”
- A nie no, to takich to ja nie wiem, no po prostu nie powiem... – to pytanie ewidentnie dobiło Szczurka.

W miarę postępu naszej ‘konwersacji’ Bosman zaczął powoli podnosić głowę. Jego oczy robiły się coraz większe i większe. W końcu nie wytrzymał – wstał z miejsca i podszedł bliżej Szczurka.
- Dobra, a teraz takie zadanie: zrób 20 pompek – wydał stanowczą komendę.
- OK szefie, wreszcie coś konkretnego – odpowiedział Szczurek i błyskawicznie zabrał się do realizacji polecenia.
Bosman odwrócił się w moją stronę. Na twarzy malował mu się wyraz najwyższego uznania.
- Co, nadaje się? – zapytałem.
- Nadaje się? On jest idealny! Nie je, nie pije, a chodzi i bije. Nie zadaje pytań, nie szuka odpowiedzi, wykonuje polecenia bez zająknięcia. Ty masz jednak łeb!
Odwrócił się znów w stronę Szczurka.
- Dobra, daruj sobie te pompki. Zadanie zaliczone. Mamy dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Zakładamy z Cookiem na statku Związek Zawodowy. Chcemy, abyś wspólnie z nami wszedł do Zarządu Związku. Jesteś pracowity – poradzisz sobie. Co więcej, z naszego ramienia zostaniesz także członkiem Rady Rejsu. Co ty na to?
– To znaczyyyy.... no czy ja wiem?... No a co to znaczy, bo nie bardzo to wiem..... – umysł Szczurka znów najwyraźniej zaczął się przegrzewać.

Nie mogłem na to patrzyć. Musiałem chłopakowi wyprostować sytuację, bo groziło, że zaraz zacznie mu z uszu dymić.

- Słuchaj, to w rzeczywistości jest bardzo proste. Na statku szykują się duże zmiany. Naszym (moim i Basmana) zdaniem bardzo duże. Nie owijając w bawełnę chcesz, aby wylali cię z roboty na zbity pysk?
- No jasne, że nie! – odpowiedział przerażony Szczurek.
- W takim razie podpisz tu..... i tu........ i tu! I to wszystko. Od tej pory jesteś już bezpieczny. Nikt cię nie wywali.
-Tylko pamiętaj, że w związku z naszym planem należy zachować szczególną dyskrecję – dodał Bosman.
- To znaczy? – zapytał ciągle jeszcze zszokowany Szczurek.
- To znaczy morda w kubeł! – odpowiedziałem tak prosto i czytelnie, jak tylko potrafiłem. – No i w dowód naszego uznania paczka Ekstra Mocnych dla ciebie. To tyle na razie. Wkrótce pojawią się kolejne instrukcje. Dzięki jeszcze raz. A teraz – odmaszerować!

Nie musiałem drugi raz powtarzać.
-------------------------------------------------------------------------------------------------

Chcesz zostać członkiem Związku Zawodowego Marynarzy Naszego Statku Navigare? Nic prostszego. Zapraszamy na Facebook. Wspólnie zbudujemy postulaty naszego Związku :)
Kliknij na ten link:
http://infobot.pl/r/1xC9
-------------------------------------------------------------------------------------------------

STATUT
Związku Zawodowego Marynarzy Naszego Statku Navigare

Rozdział I

Postanowienia ogólne

§ 1
Związek Zawodowy Marynarzy Naszego Statku Navigare, zwany dalej Związkiem, jest organizacją powołaną do reprezentowania oraz ochrony praw i interesów zawodowych swoich członków

§ 2
Siedzibą Związku jest nasz statek.

§ 3
1) Związek działa na terenie wszystkich mórz i oceanów.
2) Zakresem swego działania Związek obejmuje wszystkich, którzy zapisali się na naszej stronie Facebook poprzez użycie funkcji ‘zostań fanem”.

Rozdział II

Cele i zadania Związku

§ 4
Celami Związku są:
1) sprawienie, aby Cook, Bosman oraz Szczurek byli NIE-DO-RUSZENIA!
2) w miarę możliwości postaranie się, aby inni członkowie Związku też byli nie-do-ruszenia.
3) ograniczenie godzin pracy
4) zwiększenie wynagrodzenia marynarzy

§ 5
Do zadań Związku należy:
1) włażenie Kapitanowi na głowę, gdy ten tylko wymyśli jakąś chorą strategię (nie widać go ostatnio, więc znów coś knuje)
2) przeciwdziałanie chorym ambicjom Pierwszego (jeśli stara go w domu ciśnie, to już jego problem, nie nasz)
3) ogólna obserwacja działań Intendentki, której rola na naszym statku jest przez nas jeszcze nieodgadniona
4) torpedowanie idiotycznych oszczędności, które wypływają od Mechanika (im częściej siedzi w maszynowni tym lepiej dla niego i dla reszty załogi)

PS: z Drugim do odwołania nic nie musimy robić. Dopóki pacyfikuje go Intendentka, jest dla nas całkowicie nieszkodliwy.

Rozdział III

Prawa i obowiązki członków Związku

§ 6
Członek ma prawo:
1) uczestniczyć w zebraniach Związku,
2) informować Zarząd Związku o wszystkich podejrzanych sprawach, które dzieją się na statku
3) zwracać się do Zarządu Związku z prośbą o pomoc, jeśli dzieje mu się jakaś krzywda (a w szczególności gdy znów został orżnięty podczas wyliczania premii kwartalnej)

§ 7
Członek Związku obowiązany jest:
1) regularnie płacić składki
2) nie wychylać się!
3) składać się na Extra Mocne dla Zarządu Związku
4) głosować za wszystkimi postulatami wysuwanymi przez Zarząd
5) manifestować swoje niezadowolenie podczas wieców i pikiet organizowanych przez Zarząd, jeśli Zarząd tak zaleci

Rozdział IV

Kwestie personalne

§ 8
1) do zarządu Związku wchodzą: Cook, Bosman i Szczurek, co automatycznie czyni ich NIE-DO-RUSZENIA! Tym samym zrealizowany zostaje cel Związku ujęty w § 4 pkt 1
2) Przewodniczącym Związku zostają jednocześnie Bosman i Cook
3) Szczurek nie jest przewodniczącym (sorry Winnetou!), ale w zamian za to wejdzie w skład Rady Rejsu jako nasz przedstawiciel

12:04, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 listopada 2009

bosmanIm dłużej się nad tym zastanawiałem, tym więcej korzyści widziałem w propozycji Cooka, żeby założyć jednak te związki zawodowe. No bo co w końcu, kurcze blade! My zachrzaniamy jak woły, firmujemy wobec załogi te ich głupie pomysły, musimy dostarczać wyniki, które ciągle mają rosnąć i jeszcze na koniec pies z kulawą nogą nie powie nawet “dziękuję”.

Jak ostatnio zapytałem czy można by moją Starą zabrać w jeden rejs, żeby sobie babina przy mężu była, to mi przekazano odpowiedź od Starego: “Marynarz zobowiązany jest do przestrzegania regulaminu na statku i poza nim”! I masz babo placek. Nic nie zrozumiałem, ale to chyba znaczyło, że nie. Znaczy się odmowa.

Ale jakbym tak był szefem związków to inaczej by ze mną gadali! Ha! Poszedłem do Cooka.

- Cookie, jesteś tam? - nie było go w kambuzie - Cook! - wrzasnąłem

Coś załomotało pod schodami. Zajrzałem. Był tam, łobuz jeden i właśnie w panice korkował butelkę.

- Wyłaź wreszcie i nie chowaj tego, i tak wszystko widziałem, a poza tym to napijemy się za te nasze związki zawodowe - walnąłem go z satysfakcją w tył głowy, aż czapka zsunęła mu się na oczy.

Cook był lekko zdezorientowany, a może to te jego “środki znieczulające” już zaczęły działać?

- Nnnnno co! Co ssssię czczepiasz? - wydukał, odsuwając czapkę z twarzy. - Przecież nie chciałeś żadnych związków!
- Wtedy nie chciałem, a teraz chcę! Posłuchaj jaki mam plan. Zostaniemy ojcami założycielami. Przygotujemy na początek odezwę do narodu, wiesz, żeby zgłosiło się wystarczająco dużo chętnych i nasz związek się ukonstytuował. A pro pos, masz jakiś pomysł na nazwę?
- Może “Niedomknięty Bulaj”?
- Sam jesteś niedomknięty bulaj, głupku! Tu trzeba coś mądrego, łacińskiego albo rosyjskiego! - aż strach go czasem słuchać. Teraz też, gapił się na mnie jak sroka w gnat, a ja nabierałem wiatru w żagle!
- Może “Plurales” albo “Navigare”, o “Navigare” będzie dobrze. Związek Zawodowy Marynarzy Naszego Statku Navigare, w skrócie ZZMNSN! Ja będę przewodniczącym!
- Dlaczego ty? - Cook nagle otrzeźwiał i niebezpiecznie przysunął swoją czerwoną gębę do mojej. - To był mój pomysł!
- Dobra, no dobra. Razem zostaniemy przewodniczącymi. Jakie postulaty będziemy stawiać?
- Po pierwsze - zapalił się Cook - chcemy ograniczyć godziny pracy. Po drugie, chcemy zwiększyć wynagrodzenia. Po trzecie....
- Czekaj, czekaj! - musiałem go wyhamować. - Nie tak ostro. Tu trzeba polytycznie. Że niby chcemy jedno, a tak naprawdę to skręcimy drugie. Chcemy swój biznesik rozkręcić, nie?
- Tak - zgodził się. Trochę za szybko. Nabrałem podejrzeń, ale nie wyglądało, że coś kombinuje.
- No to najpierw musimy mieć na nich haka, potem zaproponować swój biznesik tak, żeby nie mogli odmówić. Masz jakiś pomysł?
- No, a co mogą związki na statku?
- Mogą uczestniczyć w zarządzaniu, nie? Czyli mogą mieć swojego przedstawiciela w radzie rejsu, gdzie podejmowane są wszelkie ważne dla nas decyzje. Tam musimy mieć swojego człowieka...
- Człowieka? - ryknął nagle Cook. - Człowieka?! Człowieku! Mam pomysła! Czy jak związki zarekomendują członka rady rejsu to rada może odmówić?
- Noooo, chyba nie. Bo jak odmówią, to my zaraz strajk.
- To mam świetnego kandydata - Cook uśmiechał się tak tajemniczo, że teraz już byłem pewien, że coś knuje.

Potem odwrócił się na pięcie i w tempie dla niego nietypowym, poleciał gdzieś na górę.

21:29, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (5) »
czwartek, 05 listopada 2009

drugi- Panie! Jest Pan tu? – słowa Pierwszego dochodziły jakby zza mgły – Czy Pan się aby dobrze czuje?
Obraz uśmiechniętej kobiecej twarzy rozpływał mi się przed oczami...
- Tak, tak jestem oczywiście..Mówił Pan o naprawie kompasu.
- Człowieku! Jakiego kompasu! Mówiłem o naprawie r-a-d-a-r-u i to pięć minut temu. To co mówiłem o Francuzach Pan nie słyszał, tak?
- Ależ wszystko słyszałem...
- To niech Pan powtórzy! – Pierwszy zawisł wzrokiem na mojej twarzy.
- No... Francuzi...chcą przejąć naszego armatora...
- No i? – naciskał
- No i ...
- Boże! Co ja z Panem mam. Jakbym wyjął kołek z płotu i do niego gadał. Przez to zakochanie to Pan jeszcze za burtę wypadnie – pokręcił głową - Baba na pokładzie to same problemy, zawsze to mówiłem.
- Proszę nie mówić tak o Monice! Intendentce! To moje prywatne sprawy – chyba zrobiłem się czerwony, bo Pierwszy z zainteresowaniem mi się przyglądał.
- To Pana pierwsza dziewczyna, co? Zielony z Pana rożek widzę.
- A z Pana garbaty aniołek! – wypaliłem, czując jak robi mi się gorąco.
- Aniołek? – Pierwszy zbaraniał.
- Tak! Garbaty! Skoro nie ma mi Pan nic zawodowego do przekazania to idę do siebie.

Zostawiłem go z tą baraniną na twarzy i wyszedłem z mesy. Zbiegając na dół statku ze złością łomotałem butami w kratownicę schodów. Chief nalał mi podwójną lufę napoju z ziemniaków i usiedliśmy.

- Coś taki wkurzony?
- Aaa, bo Pierwszy znowu się czepia...
- Co, coś nie tak na wachcie?
- Nie. Chodzi o ... takie tam.
Chief zaczął się śmiać i poklepał mnie po ramieniu.
- Chyba taką tam, co? Na pokładzie jest przecież tylko jedna przedstawicielka tego gatunku, nie?
- Dobra, dobra. Nie bądź taki psycholog – mruczałem do kubka - Pamiętam ten Twój kwiatek z donicą.
- No, tak tak. Ja tu jej serce na porcelanowym półmisku przynoszę, a ona się z tym młokosem obściskuje. Powiem Ci, zabolało. Ale co mi tam - dolał do kubków i mrugnął porozumiewawczo. – To niezła sztuka jest i nawet miła.

Po kilkunastu minutach, podniesiony na duchu ruszyłem z nory Chiefa w górę. Moje myśli krążyły wokół Moniki, a w całym ciele czułem narastające mrowienie...

- Ach, tu jesteś najdroższy. Nareszcie Cię znalazłam.
Wyglądała przepięknie. Jej wydatne wargi były takie czerwone. Objąłem ją w pół, przyciągnąłem do siebie silnie przyciskając ... i nagle:
- Czy mi się wydaje, czy czuć od Ciebie alkohol?
- Ee, alkohol? Jaki alkohol?
- Etylowy. Piłeś o tej porze? Z kim? Co ludzie o Tobie pomyślą? Jak możesz być tak nieodpowiedzialny? A gdyby wybuchł pożar? Przecież jesteś oficerem!
- No, bo wiesz Pierwszy się mnie czepiał...

Ręce jakoś tak same mi opadły, więc bez przeszkód odwróciła się ode mnie i z zaciętą miną pomaszerowała w głąb korytarza.
A przecież nie zdążyłem odpowiedzieć na żadne jej pytanie!

21:52, tomasz.knitter
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 października 2009

intendentkaStaliśmy z Drugim na pokładzie już dość długo. Dziwnie długo. Nikt na nas nie wpadł już od pół godziny, święty spokój, zupełnie jakbyśmy byli  w swojej własnej podróży .

- Fajny ten Cook. Luzak – przypomniał mi się ten jego boski tekst „ dobra laska, masz jutro ten rosół” -  Tak jakby wszystko co robi zależało wyłącznie od jego nastawienia do sytuacji i tego jaką z niej może mieć przyjemność. Zero spinania się na jakieś okazje, zadania, oceny… Weźmy na przykład ten jego rosół. Genialny! Nie uważasz? Szkoda, że Cook nie gotował na imprezie. Nie mielibyśmy pewnie doznań estetycznych jakimi  były oszałamiające sałatki nastroszone szczypiorkiem a’la ryby głębinowe… Nawiasem mówiąc idealna ilustracja do kultowej sentencji „cóż za olśniewający efekt przy tak skromnym budżecie” , czyli jak zrobić z porcji sałatki wielkości kieliszka do wódki pełne danie – ugryzłam się w język, mogłabym  tak pływać godzinami, w tym moim gadaniu. Spojrzałam z niepokojem na Drugiego. Ale nie! On nie wyglądał na znudzonego. Patrzył się na mnie wesołymi oczami – aaaa, już się przestraszyłam, że  Cię zagadałam na śmierć.

- Nie, fajne to Twoje gadanie. Im więcej z Tobą rozmawiam tym bardziej dochodzę do wniosku, że jest z Ciebie marynarz pierwsza klasa.

WOW! Ale czad!!! Takiego komplementu to jeszcze mi nikt w życiu nie powiedział!

- Dzięki. Miło, że czasem to widać – zakręciłam w duchu piruet Michaela Jacksona  - wracając do Cooka. Coś mnie gryzie, że za mało poświęcamy ludziom uwagi. Wiesz takiej indywidualnej uwagi. Do każdego jest inna ścieżka, jak się ją znajdzie i dotrze do człowieka to cudów można dokonać. W wypadku Cooka, boję się, że dobiliśmy go  wzięciem cateringu na imprezę. Wyobrażasz sobie jak on się musiał czuć?

- A wiesz, jakoś o tym nie pomyślałem. Wszystko się tak szybko działo. Do tego od pierwszego dnia tutaj na statku słyszałem opowieści o  jego przekrętach i średnim przykładaniu się do jakości.

- No właśnie! A Ty się przykładasz do jakości jak nikt Cię nie pyta o zdanie i daje Ci cały czas tę samą durną robotę, której nauczyłeś się w podstawówce? Mnie wprost trzęsie jak kolejny raz muszę klepać te same durne raporty dla Starego, którymi  on się potem popisuje w Radzie Morskiej. Nie masz wrażenia, że Cook jest sfrustrowany, a Bosman? Matko! Oni mogą założyć Związki! Będą  NIE-DO-RUSZENIA!

- Co Ty opowiadasz, komu by się chciało Związki zakładać… No chyba, że jakieś takie kameralne…

… i stało się. Poczułam się miękka i cudownie bezwładna. Spokojny, ciepły, mocny. Cały świat chowa się w chmurach, kiedy ludzie się całują.


16:50, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (6) »
środa, 07 października 2009

cookTen Bosman to jednak wyjątkowo uparty osioł. W ogóle nie chciał słuchać na temat założenia związków zawodowych. Nie trafiały do niego żadne argumenty. Tylko „Nie, nie i nie”. No i się pożarliśmy. Nie to nie. Do niczego przecież go nie będę zmuszał. Doszedłem do wniosku, że czas zadbać o swoje sprawy. Dobrze wiedziałem, że wieczorami część załogi zaczęła spotykać się z tym Arakornem. Każdemu miał coś do zaproponowania. Ciekaw byłem, co mi powie...

Do gospody „Pod rozczochranym kucykiem” dotarłem dokładnie o umówionej porze. Gospoda to chyba za dużo powiedziane. Była to raczej typowa przyportowa mordownia. Mnóstwo podejrzanych typów oraz marynarzy, którzy noc w noc zalewają się w trupa. Otwarta od 10 rano do ostatniego klienta, a raczej do pierwszej bijatyki. Dobrze znam takie miejsca. Pamiętam, jak kiedyś z Bosmanem.... Dobra, koniec z tymi sentymentami.

Arakorn siedział w kącie pykając fajkę. Twarz skrytą miał pod kapturem, ale byłem gotów iść o zakład, że źle mu z oczu patrzyło. Nie lubię takich typów. Współpraca z takimi oznacza niechybne kłopoty.

- Cook – przedstawiłem się krótko i usiadłem nie czekając na zaproszenie.
- Arakorn – odpowiedział i wyciągnął paczkę papierosów częstując mnie .... Ekstra Mocnymi! – Pańska sława pana wyprzedza. I bynajmniej nie mówię o przyrządzanym przez pana rosole. Ma pan smykałkę do interesów. Taaaak, dobrze znam pana ostatni plan. Wiem, że dzięki niemu udało wam się dotrzeć do Hard Core City przed Crush the Tibet. Ale nie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Cały ten plan był tylko pretekstem do zamknięcia prywatnej transakcji, prawda panie Cook? Zalał pan tutejszy rynek Ekstra Mocnymi, które można kupić w każdym barze. Cóż za błyskawiczna ekspansja! Mam pan potencjał! A przy okazji, jak tam czuje się papuga?

Trzeba przyznać, że skurczybyk był nieźle poinformowany. Porządnie odrobił zadanie domowe.

- Jak już wspomniałem, zrobił pan na nas wrażenie.
- Co to znaczy ‘na nas’? – był już najwyższy czas, aby zagrać w otwarte karty.
- Panie Cook, mając na uwadze pana błyskotliwość, mogę śmiało założyć, że doskonale pan wie, iż reprezentuję interesy Crush the Tibet.

W tym momencie wyjął z ust przygaszoną fajkę i zdjął kaptur z głowy. Oparł się mocno o stół i nachylił w moją stronę. Miałem rację. Paskudnie mu z oczu patrzało. Cwaniak. I do tego bezwzględny cwaniak. Bez dwóch zadań. Znam się trochę na ludziach.

- Zaintrygował mnie pan, proszę kontynuować – mimo wszystko chciałem dowiedzieć się, co ma mi do zaproponowania.
- Mam dla pana propozycję. Taką propozycję, że od tej pory będzie pan gotował rosół tylko dla własnej przyjemności. Koniec z tą gar-kuchnią.

Odpiął zegarek, który nosił na swoim ręku. Położył go na stole tak, abym widział go wyraźnie.

- Widzi pan ten zegarek? Proszę się uważnie przyjrzeć, panie Cook, bo TEN zegarek, jest wart dużo więcej niż zarobił pan w ciągu ostatniego roku. Jeśli skorzysta pan z naszej oferty, za jeden miesiąc będzie pan mógł sobie kupić taki sam.
- A na czym takie dobre pieniądze mogę zrobić? – teraz byłem już naprawdę żywo tematem zainteresowany. Przyznam się szczerze, że oczami wyobraźni zacząłem nawet te pieniądze wydawać. Zegarek naprawdę robił wrażenie. Tani z pewnością nie był.

W tym samym momencie Arakorn wyciągnął skrzynię, która leżała dotąd pod stołem. Otworzył wieko. W środku leżały obłożone lodem... ryby.

- Co to k... jest?!?! – myślałem, że rozerwę cwaniaka na strzępy.
- Spokojnie, panie Cook. Myśli pan, że ma pan wyłączną licencję dobre pomysły? Tak, tak, te zamrożone ryby to może być naprawdę niezły pomysł na życie! A w ładowni mamy ich nieskończone ilości.
- W tym porcie jest z 10 statków pełnych ryb, proszę ‘dobijać do brzegu’, bo się ściemnia! Nie mam czasu na podchody.
- Proszę uprzejmie. Nie dalej jak dwa dni temu wasza załoga cieszyła się, że udało się wam wygrać z nami wyścig i że sprzedaliście dzięki temu cały swój towar. Jest pan inteligentnym człowiekiem, panie Cook, nie zastanawiało pana coś? – spojrzał się prosto na mnie, przewiercając na wylot swoimi cwaniackimi oczami.
- Za łatwo nam poszło – odparłem. Rzeczywiście, od dawna mnie to martwiło. – Staraliśmy się ze wszystkich sił, ale mimo wszystko poszło nam za łatwo.
- Bingo! Brutalna prawda jest taka, że byliście tam przed nami tylko dlatego, że wam na to pozwoliliśmy.
- Tak podejrzewałem. Pytanie tylko: dlaczego?
- Bo towar, który wieźliśmy oficjalnie na sprzedaż to był zwykły pic na wodę.
- Skurczybyki! – tego absolutnie nie przewidziałem, choć myślałem nad tym przez 2 ostatnie dni.
- Oj tak, panie Cook, pic na wodę! Wozimy ten towar ze sobą już od 4 lat, w tą i z powrotem. A tymczasem jeszcze głębiej pod pokładem mamy towar właściwy  - te właśnie mrożone ryby.
- A to nie ma już łatwiejszego sposobu na transport ryb? – odgrywałem twardziela, ale w rzeczywistości moja ciekawość sięgała zenitu.
- Tych ryb? Nie, to na razie nie możliwe.
- A co to znaczy ‘tych ryb’?
- To są pangi, hodowane w Wietnamie – wyjął jedną rybę ze skrzyni i położył na stole. - Najnowsza odmiana, modyfikowana genetycznie. Zaraz po złowieniu wszystkie są mrożone i transportowane do miejsc docelowych. Po dostarczeniu ich na miejsce ryby są rozmrażane, a następnie wrzucane do wody. Kiedy tylko do końca się rozmrożą, powoli wracają do życia, aż w końcu swobodnie pływają. Oto nasz sekret! W ten oto magiczny sposób wprowadzamy na rynek zupełnie świeży towar. Nikt oprócz nas nie może zaoferować w okolicy świeżej pangi. Mamy monopol. Dodam jeszcze, że koszty ich produkcji w Wietnamie są śmiesznie małe. Absurdalnie małe. Dzięki masowej hodowli zyski są naprawdę duże. Nadąża pan?
- Niesamowite! W głowie mi się nie mieszczą te dzisiejsze wynalazki! – zmartwychwstałe ryby. Brzmiało to jak pomysł z jakiegoś horroru. - No dobrze, ale do czego ja wam jestem potrzebny?
- Widzi pan, jest pewien problem. Żywe ryby musimy szybko sprzedać i to w dużych ilościach. Projekt nie jest jeszcze do końca doskonały. Po siedmiu dniach pangi zdychają, o czym klienci nie mogą się dowiedzieć. Musimy je opchnąć, zanim zdechną. Dlatego szukamy kogoś obrotnego, kto potrafi odpowiednio pogadać z ludźmi, nawiązać nowe relacje i tak dalej...
- A więc jest także i druga strona medalu?
- Zawsze jest. Ale za to pieniądze też są. Kończąc, chciałem panu zaproponować przejęcie regionu Hardcore City i okolic. Byłby pan odpowiedzialny za sprzedaż towaru w tym regionie. Biorąc pod uwagę ilość ryb, które należy sprzedać i czas jaki pan ma na to, sprawa nie jest łatwa. I za to właśnie jesteśmy w stanie naprawdę dobrze zapłacić.
- Wszystko rozumiem. No ale jak taką masę ryb upchnąć na tak małym rynku?
- Wie pan, co to są cele sprzedażowe?
- Słucham?
- To proste. Odbiorca, który skusi się na nasze warunki, otrzyma także swój cel, który będzie musiał w ciągu tygodnia zrealizować. Mały stragan na bazarze – skrzynia ryb tygodniowo. Sklep średniej wielkości – dwie skrzynie. Restauracja – trzy skrzynie tygodniowo. Za ryby płacą zawsze z góry. Po tygodniu przychodzisz z kolejną dostawą i rozliczasz prowizję. Wypłacasz ją, jeśli cele sprzedażowe są zrealizowane (czyli skrzynie są puste). Jeśli jednak wszystkich ryb nie uda im się sprzedać – prowizji nie dostają. Zabierasz zeszłotygodniową dostawę (oczywiście zanim ryby zdechną) i zostawiasz nową. I tak tydzień w tydzień. Proste i efektywne.
- Wszystko ładnie i pięknie, ale po co takiej restauracji 3 skrzynie pangi tygodniowo?
- A co to, pana problem? – Arakorn wydawał się poirytowany moim pytaniem. - Ma pan żonę, dziecko. Zanim najdą pana jakieś wątpliwości, proszę o nich pomyśleć. A co pana obchodzi jakiś właściciel restauracji. Niech kombinuje. Może serwować ryby na przystawkę, zupę oraz danie główne. Jak mu starczy inwencji, to niech deser z nich przyrządzi. To jego sprawa. Ma opchnąć te cholerne ryby i basta. Dla mnie może je sam zeżreć. Chrzanić go! Byle kasa do nas spływała. Wtedy my będziemy zadowoleni. A jak my będziemy zadowoleni, to, proszę mi wierzyć, pan też będzie. To jak, zainteresowany?

Godzinę później siedziałem na pokładzie naszego statku. Patrzyłem na niespokojne morze. W głowie miałem niezły mętlik. Szmuglowanie papierosów to jedno, ale handlowanie jakimiś mutantami na skalę przemysłową, to już co innego. Co robić? Arakorn mówił, żeby myśleć o żonie i dziecku. Ale to zwykły cwaniak z drugiej strony...

- Noooo, wreszcie się doczekałam – z tyłu dobiegł mnie głos Intendentki.
- Że co proszę?
- Wg planu jutro będzie rosół. Uwielbiam twój rosół. Jest niepowtarzalny. Zdradź mi proszę sekret. Jakieś specjalne kostki rosołowe stosujesz?
- Kobieto, nie używaj żadnych kostek. Umrzesz w męczarniach dodając to świństwo do zup. Pamiętaj pierwszą zasadę: jesteś tym, co jesz!

No i powiedziałem wszystko, co wiem o rosole. Co miałem do stracenia? Zresztą z prawdziwą przyjemnością to zrobiłem. Tyle, że Intendentka patrzyła na mnie z coraz większym niedowierzaniem. W końcu nie wytrzymała:

- Trzy godziny? Człowieku, trzy godzinę zupę gotujesz?
- Nooo, tak. A właściwie to sama się gotuje. Odstawiam na małym gazie i tak sobie pyrkoce. Trzeba jej dać trochę czasu, aby...
- Wiesz co, jesteś jednym z najbardziej szalonych osób na tym statku. Trzy godziny? Człowieku, eksplodowałabym z nudów po 20 minutach! No ale pewnie dlatego zawsze biorę dokładkę twojego rosołu. Znasz się na robocie. Fajnie, że jesteś z nami na pokładzie. Póki każdy robi to, w czym jest najlepszy, możemy wiele osiągnąć! To co, widzimy się jutro ‘na rosole’? – mrugnęła do mnie okiem i pobiegła dalej, nie czekając nawet na odpowiedź.

Zapaliłem fajka. Morze jakby zaczęło się uspokajać. Wiatr trochę ustał. Patrzyłem na światła statków stojących na redzie. W mojej głowie znów panował spokój. Wyrzuciłem niedopałek papierosa za burtę.

- Dobra, laska. Masz jutro ten rosół.


18:54, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 września 2009

bosmanNiech mnie jasna cholera! To my z Cookiem zapieprzamy jak głupi, ryzykujemy naszą kontrabandę, przymilamy się do porąbańców z portu i znęcamy nad załogą tylko po to, żeby dowiedzieć się, że kadra bryluje na imprezie? Cook się prawie załamał i szuka zemsty. Ja się czuję jak nasi żołnierze, których Anglicy nie zaprosili na paradę z okazji wygranej II wojny.

Naprawdę szlag mnie trafia! Co prawda dali nam jakiś ochłap z okazji wygranego wyścigu ale to było raczej obraźliwe, a teraz oni się bawią, a my trzymamy tę zasraną wachtę. „Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre zwierzęta są równiejsze od innych.” Taki lajf!

Myślę, że mam już dość. Nie wiem co na to Cook, ale ja uważam, że czas poszukać sobie innego statku. Nie powinienem mieć złudzeń, że coś się zmieni ale może przynajmniej wynegocjuję lepszą stawkę. Był w porcie ten facet, Arakorn, on coś sugerował. Chyba się do niego wybiorę.

Tak sobie myślałem, patrząc w sufit i ćmiąc fajeczkę, na szczęście zostało jeszcze trochę Ekstra Mocnych, gdy otworzyły się z hukiem drzwi. Wparował Cook.

- Ej, puka się! – on się chyba nigdy nie nauczy
- Dobra, dobra – odparował – mam pomysła.
- Co znowu?
- Pamiętasz związki z dawnych lat? Może powinniśmy do tego wrócić? Będziemy mieli realny wpływ na kierowanie statkiem, będziemy mogli powiedzieć „nie”, będą się z nami liczyć, będziemy mogli sterować załogą i występować z pozycji siły, a co najważniejsze będziemy robić to wszystko na pełen etat i za pieniądze armatora. Teraz są do tego najlepsze czasy. Jak jesteś związkowcem, to jesteś nie do ruszenia! Rozumiesz? NIE-DO-RUSZENIA!
- Eeee tam, tamte związki, to było co innego. Wtedy mieliśmy zapał, broniliśmy słusznej sprawy, a teraz?
- Teraz nie ma już słusznej sprawy. Jest tylko kasa! Jak się nie dostosujesz to zginąłeś. No to co, wchodzisz?

Cholera – pomyślałem – z jednej strony nienawidzę takiego cwaniactwa ale czy właśnie takie podejście nie wystawiło nas do wiatru? Teraz oni mają raut, a my problemy. Może warto spróbować...

14:13, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

mechanikDaliśmy Chinolom łupnia…Impreza się udała…Choć, powiadają, jedni się cieszyli więcej, drudzy mniej…
I…back to work.
( Zangielszczanie teraz nie modne, ale niewiele mnie to obchodzi ).

Spokojnie leżałem w kajucie gdy usłyszałem pukanie.

- Czego?!
- To ja, majtek Szczurek.

Kiego go licho przyniosło?

- Czego?
- Powiem szczerze…- majtek Szczurek to spryciaż nie lada, wie, że cenię szczerość.

Milczałem patrząc w bulaj.

- Panie Chief…
- Pytam się grzecznie: „Czego”?

- Zapłacą mi, jak pan przed wachtą pójdzie do gospody „Pod Rozczochranym Kucykiem”, żeby się spotkać z jednym jegomościem na godzinę.
- Dlaczego?
- Co „dlaczego”?
- …miałbym się z nim spotkać?
- Ma dla Chiefa super propozycję, ale nie zdradził mi szczegółów.
- Ile masz dostać?
- Stówkę.
- Pójdę, ale za 50 postawisz chłopakom.

- Oczywiście, oczywiście…

Usłyszałem jego kroki. Zawołałem:

- Szczurek!
- Tak? – błyskawicznie poskoczył pod drzwi.
- Sprawdzę to.
- Co Panie Chiefie?
- Czy postawiłeś chłopakom.

Siedział w kapturze nieśpiesznie pykając z fajki. Od razu wiedziałem, że to on. Podszedłem i przysiadłem się bez ceregieli.
- Jestem Arakorn – usłyszałem czujny szept spod kaptura – Ale mówią na mnie Obieżydróg.
- Chief – podałem mu rękę. Więcej nic nie dodałem. Nie lubię za dużo gadać.
- Wiele słyszałem o waszym sukcesie. Teraz wszyscy o tym mówią.
- Tak, postaraliśmy się.
- Podobno duża w tym pana zasługa.
- To zasługa zespołu.
- Rzecz jasna – dym z fajki przesłonił nawet kaptur, w którym skryta była twarz.

Chwilę milczał.

- Powiem wprost, ok? Dam sobie spokój z podchodami…
- Nie jestem ich wart?
- Echu, echu – zakrztusił się – Jak najbardziej, ja w tej sprawie…Czy jest pan usatysfakcjonowany ze swojej pracy?
- Proszę dalej…
- Bo jeśli nie, lub chciał by pan być bardziej, to pewien bardzo dobrze prosperujący armator chętnie przyjmie pana w swoje szeregi.
- Powiedziałem panu – ten sukces to zasługa zespołu.
- Część z pana kolegów też, mam nadzieję, będzie zainteresowana korzystną współpracą…
- Kto na przykład?
- A czy pan by chciał żebym komuś powiedział, że z panem rozmawiałem?

Zrozumiałem, że więcej od niego nie wyciągnę.

- Proszę mi powiedzieć szczerze – czy zapłacił pan Szczurkowi?
- Tak.

Chciałem się upewnić, że chłopaki zabawią się na jego koszt.

Za kogo on mnie ma? Mam zostawić łajbę i chłopaków? Pościemniałem chwilę i dałem mu do zrozumienia, że się zastanowię.

Trzeba będzie uważać. Już na imprezie część chłopaków, na przykład Cook, była niezadowolonych. Teraz kiedy mamy dużo lepiej zgrany zespół, morale wysokie po sukcesie i większe szanse na intratne rejsy to sianie defetyzmu przez headhunterów i personalne roszady są ostatnimi rzeczami jakie są nam potrzebne. Pogadam z Pierwszym. Albo z Intendentką.

14:44, michal_nieweglowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Balanga trwała na całego, a mi jakoś tak miałko się na sercu zrobiło. Po konferencji prasowej, podczas której Stary odebrał gratulacje od Rady Morskiej przeszliśmy do odświętnie udekorowanej mesy i zaczęła się wystawna kolacja. Dziennikarze i jeszcze bledsi fotoreporterzy po prostu rzucili się na żarcie! Pięciu grubasów z Rady również nie zostawało w tyle. Za to dwóch facetów przysłanych przez naszego armatora czujni byli jak ważki. Jedli w skupieniu. Jeden jakoś tak dziwnie mi się przyglądał. Stary poganiał z polewaniem, więc już po godzinie zaczęły się śpiewy. Patrzyłem na te nalane twarze i właściwie większości nie znałem. Oprócz oficerów była tylko Intendentka, którą Stary chwalił się jak maskotką. Obok mnie, w stoickim milczeniu Pierwszy wsuwał karkówkę.

- No to mamy imprezę – zagaiłem.
- Tak, całkiem dobre jedzenie. Niech Pan tylko nie pije za dużo. Ma Pan wachtę.
Zatkało mnie.
- Jak to wachtę? Jesteśmy w porcie przecież. Bosman postawi chłopaków i wystarczy.
- Nie mój drogi, nie wystarczy. Bosman wkurzył się strasznie, że nie został zaproszony na imprezę i zaczął przestrzegać zasad opisanych w regulaminie. Na wachcie musi być oficer dyżurny.
- Cholera jasna! Teraz będziemy mieli problemy z załogą – odechciało mi się jeść – wcale się Bosmanowi nie dziwię.
- E tam, przeżyje. Pewnie siedzi z cookiem i też nieźle zapija.
- Jak Pan może! To dzięki harówie załogi wygraliśmy.
- Możliwe. Trzeba było to powiedzieć Staremu.
Znów mnie zatkało.
- Jak to? Przecież mówiłem tak na spotkaniu u Starego. Chief mnie poparł, a Pan powiedział, że nie powinniśmy sadzać marynarzy z dziennikarzami, bo się za dużo dowiedzą. Stary Panu przyklasnął, Chief się wkurzył i wyszedł...
- A Pan nabrał wody w usta – przerwał mi Pierwszy.
- Nie nabrałem, tylko czekałem na Intendentkę. Wiedziałem, że mnie poprze, ale się spóźniła.
- No i dobrze się stało.

Zapadło ciężkie milczenie. Nie mogłem uwierzyć, że Pierwszy jest taki cyniczny. Za to on pewnie wierzy, że ma rację. Główny Mechanik siedział po drugiej stronie stołu i pochylony do gościa od armatora coś mu tam klarował. Ale po cichu.
Intendentka, wtłoczona pomiędzy Starego i przedstawiciela Rady Morskiej z uprzejmym, acz bezradnym uśmiechem przysłuchiwała się ich morskim opowieściom.
Świadomość, że w kopercie wręczonej mi przez Starego jest kilka tysięcy nagrody wcale mi nie pomagała. Wyobrażam sobie co powie Cook, który dostał kilka setek i zastąpiono go cateringiem...

11:41, tomasz.knitter
Link Komentarze (5) »
środa, 15 lipca 2009

kucharz

- No, no podobno szykuje się jutro niezła impreza z okazji wygranego wyścigu z Chinolami! Podobno ma być prasa i fotoreporterzy! Tak przynajmniej twierdzi nasza Intendentka. Źle ją chyba oceniałem. W sumie równa z niej babka. Oj, będzie się działo! Kto wie, może imprezę poprowadzi jakaś znana osoba, na przykład Kasia Cichopek? Albo Krzysztof Ibisz?

Nie mogłem usiedzieć w miejscu. Byłem bardzo podekscytowany. Nieczęsto zdarza się takie święto. Właściwie to pierwszy raz. Trochę nam oficerowie dali w kość, ale w sumie się opłacało. W końcu udało nam się osiągnąć taki sukces!  

Wszedłem do kuchni. Spojrzałem na menu, aby sprawdzić jaki obiad muszę jutro przygotować: zupa ogórkowa, udka z kurczaka z ziemniakami. Proste. W pół godziny, góra 45 minut się obrobię. I nagle mnie olśniło:

- Ty stary pierniku, przecież jutro jest impreza! – walnąłem się ręką w łeb. – Udka z kurczaka Kasia Cichopek będzie jadła? Weź się człowieku ogarnij!

Otworzyłem moje od dawna nie używane przepisy. To musi być coś na poziomie! Przystawka, zupa, główne danie.... W tym podłym Hardcor City jest wbrew pozorom niezłe zaopatrzenie. Można poszaleć. Co tu przyrządzić? Może polędwicę wołową? Taka w occie balsamicznym. Nie, cielęcinę zrobię w sosie kaparowym. Albo nie. Przecież jesteśmy marynarzami.  Więc muszą być ryby! Będzie łosoś zapiekany w sosie koperkowo – cytrynowym. Szybko znalazłem interesujące mnie przypisy i ruszyłem do Starego. Dopadłem drzwi, otworzyłem...

- Hej, pukamy! Ile razy ma powtarzać! – Stary spojrzał na mnie z wyraźnym obrzurzeniem. Okazało się, że niespodziewanie trafiłem w sam środek jakiejś narady. Przy stole oprócz Starego siedzieli Pierwszy i Drugi. – Możesz przyjść trochę później? Właśnie mamy ważne spotkanie.
- O, przepraszam, najmocniej przepraszam, będę czekał pod drzwiami.

Kręciłem się po korytarzu jak kot z pęcherzem. Przeglądałem przepisy, kombinowałem skąd mogę dostać składniki do moich potraw. Żadnej Vegety ani kostek rosołowych! Tylko naturalne składniki! Nie będzie żadnego hochsztaplerstwa.

Otworzyły się drzwi. Z kajuty wyskoczył jak z procy Pierwszy. Od razu do niego podbiegłem:

- Słuchaj, mam taki...
- Oj, nie teraz, do kibla idę. Potwornie długie to nasze spotkanie – minął mnie błyskawicznie. Po chwili wrócił i bez słowa wszedł z powrotem do kajuty Starego.

Cierpliwie czekałem. Czekałem i czekałem. W końcu drzwi się otworzyły. Ponownie wyszedł Pierwszy.

- O, a ty tu cały czas czekasz? – zapytał z uśmiechem. - Chodź, właśnie o tobie mówiliśmy – klepnął mnie przyjacielsko po plecach. I tak oto znalazłem się wreszcie w kajucie Starego.
- Cześć Mat – przywitał mnie Stary – Przepraszam, że na ciebie wyskoczyłem, ale wiesz, że nie lubię gdy ktoś bez pukania do kajuty mi się pakuje.
- Nie no, jasne, Kapitanie, to wszystko przez to, że....
- A więc słuchaj. Przed chwilą właśnie o tobie mówiliśmy. Jak wiesz, jutro mamy taką małą imprezę. Będzie prasa, fotoreporterzy – nasza Intendentka właśnie biega i załatwia wszystkie szczegóły. Dlatego też nie  ma jej teraz z nami. Ale to nic nie szkodzi. Właśnie w trójkę wszystko omówiliśmy i zaplanowaliśmy. Pomyśleliśmy nawet o obiedzie dla gości. Zmówiliśmy firmę cateringową, która wszystkim się zajmie. Tak więc, jak widzisz, nie musisz się niczym martwić.  I to jest pierwsza dobra wiadomość. Druga to taka, że zastanawialiśmy się, jak wynagrodzić ci twój wysiłek. W końcu też masz swoje zasługi w naszym sukcesie. Dlatego w trójkę jednogłośnie postanowiliśmy, że masz jutro dzień wolny. Idź na miasto, zabaw się porządnie. W końcu coś ci się od życia należy.

Trzy pary oczu wpatrzone we mnie. Chwila ciszy. To był chyba moment, kiedy powinienem coś powiedzieć. Ale tym razem nic błyskotliwego nie przyszło mi do głowy.

Chwilę później siedziałem w swojej kajucie i przeglądałem Wyborczą. Temat dnia: „XX rocznica pierwszych wolnych wyborów.” Co za pierdoły. Przecież to historia. Kogo teraz to wszystko interesuje. Zapaliłem fajka. Nagle zebrało mi się na wspomnienia. Ech, to były czasy, kiedy w latach osiemdziesiątych wspólnie z Bosmanem ostro działaliśmy w Związk...

- No jasne! Walę do Bosmana!


13:49, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
postaci