blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
piątek, 26 czerwca 2009

intendentka- Droga Pani! Co za sukces! Jakaż fantastyczna z nas ekipa zarządzająca! Ha! Przegoniliśmy Chińczyków! Widzi Pani te nagłówki gazet? „Skromni, ale skuteczni – prawda o tygrysach w dobie globalnego huraganu”, albo „Tradycja europejskiego zarządzania wygrała z azjatycką determinacją”… nie, ten byłby najlepszy: „Jak wygrywają najlepsi, czyli tajemnica mistrzowskiego prowadzenia załogi”! – Stary wprost podskakiwał w euforii. Jeszcze chwila, a będę musiała wzywać pogotowie. – Kochana, organizuj mi tu natychmiast prasę, fotoreporterów i takie tam. A! Zapomniałbym, musimy zredagować jakiś zgrabny, skromny komunikacik do Rady Morskiej – czyli jednak prasę mam wzywać, nie pogotowie.

- Panie Kapitanie, a nie wydaje się Panu, że należą się gratulacje załodze? Oczywiście, że zorganizuję prasę, ale może najzręczniej byłoby zaprosić dziennikarzy i inne wpływowe osoby na skromną, ale treściwą celebrację sukcesu z załogą. Zdaje Pan sobie sprawę, że statek sam  Chińczyków nie wyprzedził, przyłożyli się do tego Pańscy ludzie.

- No tak, moi ludzie. Przecież bez odpowiedniej organizacji pracy i motywowania nie daliby rady. Tak, beze mnie nie daliby rady…

Ależ gwiazdor z tego Starego! Cokolwiek by się nie stało, on zawsze znajdzie ścieżkę prowadzącą do światłości własnej chwały.

- Dobrze, może i ma Pani rację. Zorganizujmy jakąś imprezę dla załogi, tylko proszę nie szaleć z kosztami! I koniecznie proszę mi przygotować listę gości z zewnątrz, których powinniśmy zaprosić, może by też jakiś kontrolowany przeciek do mediów jeszcze przed imprezą… wie Pani, co mam na myśli… dyskretne zasygnalizowanie obecności na rynku pracy nikomu nie zaszkodzi, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Zdąży Pani przygotować projekt imprezy i listę gości do jutra?

- Oczywiście, będzie to Pan miał u siebie jutro do południa.

Jedno trzeba Staremu przyznać: czujność rewolucyjna pierwsza klasa. Zwłaszcza w kwestii „obecności na rynku pracy”.

10:19, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 czerwca 2009

drugiAle się zadymiło! Główny Mechanik nieźle dał do wiwatu. Bosman i Cook ledwo spodni nie pogubili z wrażenia. Zatkało kakao!
Z drugiej strony od tej chwili żyję w jakimś wewnętrznym konflikcie; bo z jednej strony Główny mi zaimponował, a z drugiej wkurza mnie strasznie. Najpierw przychodzi z jakimś wiechciem do Sabiny, przepraszam Intendentki a potem robi głupie przytyki do romansów. Hipokryta jeden.
Jednakże jego mocne słowo podziałało. Bosman spuścił uszy i wziął do galopu załogę. Pierwszy uwijał się jak kobieta pracująca i nawet zlecił mi kilka zadań. Zostałem odpowiedzialny za monitoring Żółtych Rączek. Kontakty TiTi Taty i naszych przemytników zaczęły przynosić owoce. Dowiedzieliśmy się, że „Crash the Tibet” złapał opóźnienie w ostatnim porcie. Przytrzymali ich trochę, bo u dwóch matrosów zdiagnozowano żółtaczkę. Co za ironia losu.

Wszedłem na mostek. Pierwszy zaciskał szczęki pochylony nad mapą. Szybko coś przeliczał na kalkulatorze.
- No i jak to wygląda?
- Jeśli Pańskie informacje są prawdziwe, to wyprzedzamy ich o jakieś....o jakieś....kurcze blade...o jakieś 6 godzin.
- Titi Tata przysięga na swoją schorowaną matkę, że informacje są korekt. Był aż blady z emocji jak poprosiłem go, aby jeszcze raz to sprawdził.
- Nie uwierzę jak nie zobaczę. Za kilka minut powinniśmy zobaczyć brzeg...a potem...a potem....
- A potem Hard Core.

W napięciu wpatrywaliśmy się w horyzont. Na mostek wszedł Stary i cicho stanął obok nas. Przez ostatnie dni starał się nam nie przeszkadzać, a nawet pomagał. Z każdym rozmawiał, motywował, zachęcał.
- Jeśli zdążymy przed chinolami wykąpię Was w koniaku – zaszeptał Stary.
- Gdy zdążymy, kapitanie. Gdy zdążymy. I nie w koniaku, a w whisky. Złotym Jasiu – uśmiechnąłem się błogo.
- Starka. Tylko Starka. Dla mnie wiadro  – Pierwszy szeptał nie odrywając wzroku od smużki lądu, który zaczął się już rysować przed nami.
- Stara Starka od Starego. Macie to chłopcy jak w banku. I kawioru po kokardę.
- Nie lubię kawioru... - Doszedł nas kobiecy szept.
Zerknąłem przez ramię. Za nami stała Sabina, przepraszam Intendentka, Bosman, Titi Tata, Cook i Główny. Cook jak zwykle palił starając się schować ćmika w grubej łapie. W ciszy było słychać tylko szum komputerów i pikanie radarów.

Ląd pociemniał i wydłużył się na cały horyzont. W oddali zaczęły majaczyć zarysy portu i miasta Hard Core. Poczułem ścisk w żołądku, a co jeśli nas jednak wyprzedzili? Zostaniemy z towarem, albo będziemy musieli sprzedać go poniżej kosztów. Marność i robaki! Wówczas niech Neptun ma nas w swojej opiece. Stary nam łby pourywa. Zamiast kawioru będą jaja na twardo. Może dojść do zwolnień.... Odgoniłem czarne myśli i z Pierwszym rozpoczęliśmy procedurę zrzucania kotwicy na redzie portu.

- Płyną z portu - Bosman pokazał palcem szybko rosnący holownik.
- Może od razu przybijemy? - z nadzieją spojrzałem na Pierwszego.
- Niech Pan zejdzie na dół i dopilnuje cumowania. I niech Pan ich wypyta...na miłość boską!
- Tak, oczywiście. Już lecę - nacisnąłem czapkę, wyminąłem Intendentkę i popędziłem schodami na dolny pokład. Za mną poleciał Bosman.

Dopadliśmy dziobu w momencie gdy chłopcy zrzucali drabinkę na pokład holownika. Dwóch gości zaczęło wprawnie się wspinać.
- Znam tego drugiego. Pijaczyna, ale dobry chłop. Zaraz się wszystkiego dowiemy – Bosman wychylał się przez reling i machał ręką.
Zasapana dwójka wtarabaniła się na pokład. Jak na komendę wyjęli chustki i zaczęli wycierać spocone czoła i wnętrza czapek.
- Good morning. My name... – przedstawiłem się elegancko wpatrując się z napięciem w ich twarze.
- Jak się masz Jack? - Bosman przerwał moje konwenanse – Bierzecie nas na linke?
- A co, śpieszy Ci się do naszych dziewczyn, co? - w uśmiechu portowego szczura zobaczyłem znaczną wyrwę. Brakowało górnych jedynek.
- Widzę, że mnie znasz, ha ha. No i mam tam jakieś szkło co nie lubi samotności – Bosman z rozmachem klepał go po plecach.
- Zaciągniemy Was i wolne - Drugi gość był wyraźnie ponury – Mieliście stać tu do jutra, ale „Crash the Tibet” się spóźnia cholera, więc wciągniemy Was.
Szczerbaty Jack spojrzał na kompana i zaczął się śmiać:
– Rupert się denerwuje, bo chińscy przyjaciele wiozą mu dostawę podrasowanego żeń-szenia.

Świat w moich oczach pojaśniał. Spojrzeliśmy na siebie z Bosmanem i zaczęliśmy się śmiać. Przybiłem z nim piątkę i zrobiliśmy „miśka”.
- Bosmanie, pędzę na mostek. Proszę dopilnować cumowania i w drogę.
- Ay, ay. Sir. Sie robi. Ale się kurde cieszę!

W dwie minuty byłem na mostku i zdyszany wpadłem w zebrany tam tłumek.
- Przybijamy. Żółci za nami. Zostaną tu do jutra!
- I dobrze im tak! I dobrze! - Stary zrobił się czerwony i prawie skakał w miejscu.
- Rozpoczniemy wyładunek jeszcze dzisiaj... - Pierwszy wsparł się o kompas.
- I wyładujemy jakieś 70%. Nie mają szans – dokończył Główny Mechanik szczerząc się do Pierwszego.
- Przynosi Pan dobrą nowinę – Intendentka podeszła do mnie i zaczęła poprawiać mi przekrzywiony krawat.

15:06, tomasz.knitter
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2009

Drodzy Czytelnicy,

kryzysdochodzą nas różne wieści na temat oszczędności wprowadzanych w związku z kryzysem. Niektóre z nich pojawiają się dość często, np. ograniczenia dotyczące wydruków. Inne są  oryginalne, czasami nawet wydają się niewiarygodne. Interesują nas zwłaszcza te drugie :)

Wpisujcie w komentarzach przykłady ciekawych oszczędności zastosowanych w Waszych firmach. Poniżej wklejam wypowiedzi dwóch internautów, które pojawiły się po publikacji poprzedniego odcinka.

Ahoj!
Bartosz Kozłowski aka Cook

Gość: frowyz,
2009/05/28 20:51:56
Ha!
Po pierwsze zaznacze, ze mojej firmy kryzys tak naprawde nie dotknal. Wierchuszka wykorzystuje sytuacje. Po drugie tak naprawde to nie ma zadnego planu naprawczego. Jest ogrom nieskoordynowanych, czesto sprzecznych ze soba pomyslow, wprowadzanych przez ludzi, ktorzy chca sie wykazac przed wierchuszka. Motyw przewodni oszczednosci. Tak wiec oszczedzamy srodki czystosci (przepiekna instrukcja mycia i wycierania rak -oszczedzamy wode, mydlo i papierowe reczniki). Oszczednosci materialowe. Na przyklad zarzadzenie wprowadzajace obowiazek dwustronnego kserowania dokumentow (wydrukowane i powielone oczywiscie jednostronnie). Oszczednosci energii: zakaz uzywania klimatyzacji jezeli temperatura w pomieszczeniu nie przekracza 25 stopni, obowiazek ustawienia w komputerze wygaszacza ekranu na 2 minuty (powoduje najwieksza frustracje wsrod pracownikow. Jakis czas temu na zakladzie wybuchla afera i wprowadzono obowiazek zabezpieczania komputera haslem i teraz jak wlaczy Ci sie wygaszacz to po ruchu myszka musisz wpisywac haslo. A wygaszacz wlacza sie zgodnie z przepisami po 2 min. Dodam jeszcze, ze jest komisja informatyczna sprawdzajaca wyrywkowo ten przepis).
Motyw przewodni komisje. Kazdy pracownik sredniego szczebla kierowniczego ma obowiazek uczestniczenia w komisji sprawdzajacej jakosc pracy w innym dziale. Zamysl jest taki, ze osoba z zewnatrz latwiej zauwazy wady organizacji pracy w danym dziale. Kompletna fikcja. Sprowadza sie to do spotkan towarzyskich i picia kawy.
I ostatnie - spotkania motywacyjne z wierchuszka, prowadzone przez moderatora. To wszystko dezorganizuje prace, sprawia, ze dzien uplywa na pierdolach a potem trzeba brac nadgodziny zeby wykonac wlasna prace.

Gość: KVG,
2009/05/29 12:19:03
Ten pomysł z wygaszaczami jest naprawde genialny. Tylko menager-humanista (czyli ktos, kto nigdy, przenigdy nie zdał by matury jesli matematyka była by wciaz obowiazkowa) mogl na to wpasc. Pikanteri sprawie dodaje fakt, ze monitory LCD pobieraja tym wiecej pradu im sa CIEMNIEJSZE (wieksze napiecie przyłozone do polaryzatorow).
U mnie w firmie w ramach oszczednosci:
- skasowano darmowa kawe
- kupiono tanszy papier do drukarek (ktora to cholera, niestety, blokuje sie w drukarce co jakis czas)
- wprowadzono nasiadowki "motywujace" (godzina zmarnowana na sluchaniu oderwanych od pracy glupot)
- zmieniono mi typ noweg monitora (starty sie popsol) z calkiem znosnego Samsunga na najtansze AOC ktory nie chce pracowac z nominalna rozdzielczoscia na mojej karcie graficznej

KVG

FYI: Pracuje pod Monachium w sredniej wielkosci prywatnej firmie.

14:36, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 28 maja 2009

mechanikTe lampy są świetne. Co by nie mówić o Bosmanie i Cooku, dla znajomych załatwiają najlepsze rzeczy. Spod ziemi wytrzasną jak trzeba.
Moje trillium kwitnie znakomicie. Ten wymagający kwiatek, poza dobrym oświetleniem, wymaga czułości i cierpliwości, ale odwdzięcza się soczystym pięknem.
Wybieram najładniejszy. Teraz trochę zielonego, niebanalna wstążka…i gotowe.
Zamykam moją kanciapę. Zawsze się boję co będzie jak zgubię jedyny na całym statku klucz do mojego małego królestwa.
Szybki look w lustro. Jest ok.
Po drodze, o dziwo, rytm serca przyśpiesza jak wtedy, gdy jako osiemnastolatek szedłem na spotkanie z Henriettą.
Na drzwiach do kajuty ma naklejony stylizowaną czcionką napis: ”There is no way to happiness. Happiness is the way”. Podpis głosi „Budda”.
Co raz bardziej ciekawi mnie ta Intendentka. Nie żebym coś tam tego…po prostu jest w niej coś interesującego.
Pukam prosto w „Buddę”.
Cisza.
Pukam.
Cisza.
Zrobię niespodziankę. Niech się zastanawia, kto zostawił kwiat. I skąd tu się wziął taki okaz!!!
Otwieram drzwi.
Patrzą na mnie wyraźnie oderwani od jakiegoś pasjonującego zajęcia – półprzytomnie. Szybki rzut oka. Na Boga! Grają sobie. W „Chińczyka”!
Co za farsa.
Idealista, plamiący majtki Drugi gra sobie z Intendentką. U niej w kajucie.
W „Chińczyka”.

- Coś się stało? – Intendentka kieruje na mnie swoje brązowe oczy.
I na kwiat.
- Eee…Ten…- O matko! Jak uczniak na pierwszej randce! – Jak spotkania z załogą? Jest odzew?
Patrzy na mnie, jakby zrozumiała coś czego nie domyślała się do tej pory. Jej spojrzenie robi się…dobroduszne. Trochę mnie to wkurza.
- Czy to…trillum? – pyta.

I tak sobie zastygamy. Ja z wychuchanym kwiatem w dłoni, uczesany pierwszy raz od tygodnia, Drugi miętoląc bezwiednie kości do gry, w nowych spodniach i Intendentka z delikatnie podkreślonymi rzęsami i, idę o zakład, lekkim zakłopotaniem pod postacią pąsu na policzkach.
Staram się zachować spokój.

Czy na tej łajbie ktoś rozumie na czym polega pływanie i biznes?!
Ha?!
Stary uprawia prywatę i traktuje nasz statek jak trampolinę w karierze, marzy o wypasionej odprawie. Pierwszy uwija się jak bóbr przy budowie tamy, żeby armator po odejściu Starego jego namaścił kapitanem. Drugi lata rozentuzjazmowany, puszcza frazesy jak bąki po fasoli i sika w gacie, co za porażka. Intendentka, ta jeszcze chęci ma wcale dobre, ale pieści się ze wszystkimi jak matka z łobuzem, nikt nie wie o co jej chodzi.
Bosman cholerny menedżer średniego szczebla, lawiruje między niedopełnianiem obowiązków, a ganianiem majtków uważając, że być przełożonym to pokrzykiwanie na podwładnych z jednoczesnym robieniem mądrej miny. Już pal licho, że nie dba o tych biednych majtków, nie buduje kompetentnej i zmotywowanej załogi, ale trzyma z Cookem i jako team nawet nie kryją się z kontrabandą, przemycają w biały dzień. Niedługo zaproszą cholerne TV albo zorganizują koncert Dody dla zasłużonych szmuglerów.
Postanowiłem z nimi porozmawiać. Na początku z każdym osobna. Dobry, szczery dialog zawsze robi dobrze obu stronom.
Ale później zmieniłem zdanie. W zasadzie nie bardzo interesuje mnie co mają do powiedzenia. Bo jako ludzi to ja ich przecież lubię, rozumiem nawet, ale my tu nie u babci na pączkach jesteśmy, my tu cele mamy osiągać, konkretne i w wyznaczonym czasie. Na statku nie ma Włodka, Zenka i Romana tylko Bosman, Cook i Drugi.
Zatem żadnych dialogów nie będzie. Wyjaśnię im krótko i na temat.
I to wszystkim na raz. Zaoszczędzę czasu na latania na parę spotkań.

Dwie godziny po spotkaniu u Intendentki umówiłem ich na dziobie. W mesie to zaraz ten przyśnie, tamten nogi na stół wyciągnie…
Musiałem mieć stanowczą minę jak ich „zapraszałem” bo tylko Stary nie przyszedł…Coś jednak mam do powiedzenia na tej dryfującej po morzach biznesu szalupie…
Reszta, nawet Bosman, byli punktualni. Patrzyli na mnie dziwnie. Tak jak dwa lata temu, po pożarze, kiedy zorganizowałem spotkanie i byłem nielicho wkurzony.

- Wyjątkowo piękne dziś niebo – machnęła ręką Intendentka w bliżej nieokreślonym kierunku. Stojący obok niej Drugi rozdziawił gębę żeby coś powiedzieć…
- Jak robota zrobiona i pieniądze w kieszeni to każda pogoda dobra – nie dałem zacząć Drugiemu.
Ktoś chrząknął. Fala załomotała o burtę statku chlapiąc nas resztkami zimnej piany.
- Powiem krótko – zacząłem – Sprawa ma się tak. Ja tu odpowiadam za punktualną realizację celów. Tak jak wy. Pytam: czy ktoś z Was wie jakie mamy cele na ten rok?
Wyglądali jak trzecioklasiści na niezapowiedzianej kartkówce.
Bosman nieśmiało podniósł rękę:
- Przetrzepać więcej dziewczyn w porcie niż w zeszłym roku?
Rozejrzał się spodziewając się pewnie salwy śmiechu, ale szału nie było.
Ale pomógł mi, zobaczcie sami:
- Będę szczery. Od lat przymykam oko na wasz, Bosmanie, przemyt z Cookiem, sam załatwiłem sobie od was kiedyś lampy…dla kolegi. Ale sytuację gdy mamy wyścig, grozi nam bankructwo, a wy sobie kasę na boku kręcicie, stawiacie nowego oficera w trudnej sytuacji, który zajmuje się waszym nieodpowiedzialnym przypadkiem zamiast ważnymi rzeczami, uważam za niedopuszczalną. Od tego momentu jeśli będę miał choć cień podejrzenia doprowadzę do zwolnienia was, Bosmanie. Dyscyplinarnego. I Cooka też. Jasne?
Nie czekałem na odpowiedź.
- Wracam do pytania: jakie mamy cele na ten rok?
Cisza.
- Zapewne też nie wiecie jakie cele wiążą się z waszymi stanowiskami, ha? I pewnie czekacie, dzień po dniu, aż ktoś Wam je wyłoży. Jak mamusia pod nos kaszkę poda.
Tak?
Powiem wam, że rację miał w pewnym sensie Drugi. Kryzys i wyścig dobrze zrobi tej łajbie. Trochę się ocucicie.
Sprawa jest taka: waszym celem na pewno nie jest tu przemyt, promowanie własnej osoby czy forsowanie pomysłów, konfrontowanie marzeń z rzeczywistością, romanse czy inne podobne bzdury. Celem statku, czyli de facto, naszym jest dopłynięcie do portu przed Chinolami, trzymanie 18 węzłów, zrobienie jeszcze 12 rejsów w tym roku – to podkreśliłem- zakup towaru za cenę mniejszą niż w tamtym roku o 12% i utrzymanie poziomu sprzedaży z roku poprzedniego.
Stosowne wyliczenia przekazałem na poprzednim zebraniu. Czy ktoś z was przekazał je majtkom i reszcie załogi? Czy ktokolwiek na tej łajbie wie jakie są cele i obowiązki na jego stanowisku w odniesieniu do naszych planów na ten rok?
Czy ktoś odpowiedział na pieprzone, fundamentalne „Quo vadis?”.

Sam nie wiem czy się nie zagalopowałem.
Patrzyłem na ich komiksowo zdziwione miny i czekałem na odpowiedź…

12:28, michal_nieweglowski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 21 maja 2009

- Zabiję cię łajzo, zabiję – wrzeszczałem na Cooka – Pokażę ci, co pan Bosman potrafi zrobić z taką gnidą jak ty!

Starałem się przypierać go do ściany, ale piskorz się wymknął i teraz on trzymał mnie za gardło. Przysunął twarz na pięć centymetrów od mojej, poczułem odór papierosów i wędzonej ryby.

- Zamknij się! Zamknij! – wydarł się – Nie mazgaj się jak baba! Mów co się stało!

Nic tak nie uspokaja jak wędzona ryba, więc osunąłem się na krzesło, wyciągnąłem jednego z ostatnich Ekstra Mocnych i zacząłem opowiadać.

- Poszedłem do Drugiego lekko przed ósmą rano, nie powiem, zestresowany. Z dwóch powodów. Po pierwsze widziałem jak poprzedniego wieczora migdalili się z Intendentką, co dla mnie nie wróżyło nic dobrego, po drugie przygotowałem sobie ten tekst, który miałem wstawić Drugiemu. Wiesz, ten co to wczoraj w tawernie podsunęli mi Kaper i Martika. Intendentka zawsze mnie stresuje, a z tym tekstem to miałem pewne trudności z wkuciem go na pamięć.

Jak wszedłem do kabiny Drugiego, to on był jakiś taki różowy, nieobecny i lekko uśmiechnięty. No wyraźnie myślał o czymś innym i zbił mnie z tropu.

- Co tam u was Bosmanie w życiu osobistym? – zagaił i wtedy kompletnie zgłupiałem.
- Bo, ta chrześniaczka mojej teściowej, chciała strusia i on się nie schował w betonie – już wiedziałem, że idzie źle – Tylko, że jej mogą wyjść pióra i ta chrześniaczka chciała z ONZ poszerzyć zasięg eksperymentu, bo tutaj już się rozmnożyła i szkoda, żeby zapadłą na ptasią grypę, bo szwagier mnie zabije i moglibyśmy taki fajny prezent przełożonemu zrobić… - gapiłem się na niego głupawo – Psiakrew, zapomniałem!
- Bosmanie! Coś mi się ta wasza historia nie klei. Powiedzcie wprost o co chodzi, ma pan absolutne prawo sytuację wyjaśnić.
- Bueee…
- Nie, nie, nie będziemy rozmawiać po marynarsku tylko w cywilizowanym języku. Moim celem jest partnerska z wami rozmowa.
- Bo jest zwyczaj, że nowy oficer ….
- Dość! Do diabła! – Drugi nie wytrzymał – Od dzisiaj macie program naprawczy! Dawać mi tutaj tę papugę, do czasu zwinięcia do docelowego portu będzie mieszkać ze mną. Ona potrzebuje towarzystwa ludzi, a nie tłumoków. Poza tym wasz plan naprawczy polegać będzie na tym, że codziennie będziecie meldować mi postępy w waszej pracy nad marynarzami. Opowiecie mi jak idą wam rozmowy rozwijające marynarzy, realizacja planów pokładowych, poza tym raz na dwa dni będziecie się meldować u Intendentki i ona będzie was motywować. Dodatkowo, ja osobiście będę was kołczował  40 minut dziennie, przy śniadaniu. Wy się zajmijcie waszym kolegą Cookiem. A teraz won, odmaszerować. – był cały czerwony i wyraźnie mu się gdzieś śpieszyło.
- No i widzisz Cook, mam teraz plan naprawczy….

10:35, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (9) »
piątek, 15 maja 2009

intendentkaTak się cieszę, że przybiliśmy do Fallen Town… Przyjemnie jest choć chwilę spędzić na lądzie, to takie ciekawe, nowi ludzie, nowe przestrzenie… Cóż trzeba przyznać, że nie jest to wymarzone miejsce na romantyczny urlop, ale z pewnością skrywa jakieś fantastyczne historie. Taaak, jakiś mroczny romans, albo niewinny idealista uwikłany w przemyt… Chyba powinnam zacząć pisać książki. Na pasjonujące historie związane z pracą nie ma co liczyć, a tak fajnie byłoby czasem umysł powysilać,  zająć się czymś twórczym. Zupełna klapa z załogą. Nie ma z kim rozmawiać…

- Aaaaaa, witam koleżankę!– wyleciał zza rogu Drugi i w ostrym hamowaniu runął na pokład tuż przede mną - Z nieba mi pani spada… – wymamrotał podnosząc się z klęczek. No pięknie. Jak ktoś  nas teraz zobaczył, to mamy przechlapane trzy pokolenia do przodu. Wszystkie seriale brazylijskie są za nami w tyle - … właśnie pani szukałem. Potrzebuję pani rady w ważnej sprawie, możemy gdzieś porozmawiać na osobności?

Matko! Jeszcze teraz chce ze mną „rozmawiać na osobności”! Ja chyba oszalałam, już kilka lat pracuję z samymi facetami, a jeszcze nigdy nie czułam się tak idiotycznie jak w tej chwili…

- Taaak, a w czym mogę panu pomóc? – starałam się zagrać zimną profesjonalistkę, jednocześnie czułam, że jestem purpurowa. Serial brazylijski pierwsza klasa.
- Kochana, muszę jutro rano odbyć ważną, bardzo ważną, dyscyplinującą rozmowę z …- rozejrzał się i dodał cicho pochylając się nade mną – … Bosmanem.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam … zupełnie niezłe ciacho wpatrzone we mnie. No to już mamy Oskara, ciekawe kiedy wręczenie przy salwie aplauzu załogi.

- No tak, to poważna i dyskretna sprawa. Chodźmy do biura to omówić – no chyba się udało, uciekłam do swojej zawodowej roli. Pokonałam odległość do biura w jakimś niewyobrażalnym tempie. Usiedliśmy.

– Proszę mi powiedzieć coś więcej, czy coś się wydarzyło, kiedy pan planuje tę rozmowę z Bosmanem?
- Wezwałem go do siebie na jutro, na 8.00. Przyłapałem Bosmana i Cooka na przemycie.

No nieźle. Zatkało mnie. Trzeba przyznać chłopak szybko działa. I nie przebiera w słowach.

- A może mi pan opisać sytuację, z której pan wywnioskował, że Bosman i Cook mogą być zamieszani w przemyt?
- Nic nie wywnioskowałem, tylko widziałem. Ładowali paczki na pickup’a przy nadbrzeżu. Ich reakcja na mój widok była oczywistym dowodem, że nie zajmowali się czystą robotą.
- Dobrze. A czego pan oczekuje po jutrzejszym spotkaniu z Bosmanem? Co pan chce przez nie uzyskać?
- No tak, szczerze mówiąc, nie pomyślałem o tym. Pomyślałem, że muszę natychmiast zareagować, przecież przyłapałem ich na przemycie! – znowu się zapalił, podekscytowany wstał i zaczął chodzić w kółko.
- Myślę, że to  bardzo dobry pomysł, aby pan się z nim spotkał. Jednak moim zdaniem, powinien pan zacząć od zapytania Bosmana , co oni tam robili. Niezależnie od tego, jak to wygląda, nie powinien pan zaczynać od oskarżania pracownika. Po pierwsze Bosman ma prawo sytuację panu wyjaśnić. Jest pan na statku od niedawna, może są jeszcze zajęcia, w które Bosman pana nie wprowadził. Po drugie przyjęcie postawy oczekującej wyjaśnienia może być dla niego na tyle zaskakujące, że stworzy szanse na partnerską rozmowę. A nic tak nie buduje autorytetu jak partnerska rozmowa. Dopiero po  takiej rozmowie, może Pan wyciągnąć wnioski z dzisiejszej sytuacji i rozważyć kolejne decyzje. Czy to ma dla pana sens, co mówię?
- No może i trochę. Ma pani rację, żeby zapytać Bosmana. Ciekawe co powie… Nie przesadzałbym jednak z tym, że to mogło być jakieś oficjalne  zajęcie, w które mnie nie wprowadził  – zawiesił głos i zapatrzył się gdzieś daleko. On pewnie też gdzieś błądzi za horyzontem, ta łajba chyba nie nadąża za jego wymarzonym zajęciem – Dobrze. Tak zrobię. Przyjdę spokojny, zapytam Bosmana, a potem zobaczymy. Tylko proszę ode mnie nie oczekiwać, że dam sobie zamydlić oczy.

Robi wrażenie myślącego. Trochę narwany jest, chyba potrzebuje spektakularnego sukcesu. W sumie fajny facet. Energiczny jest, to dobrze wróży.

-  Panie Oficerze, nie namawiam pana, aby przymykał oczy na niejasne interesy. Jeśli faktycznie to jest przemyt, będziemy zmuszeni wyciągnąć konsekwencje. Musi pan jednak pamiętać, że bez dowodów lub przyznania się Bosmana w tej sprawie nic nie zdziałamy. Proszę pana o rozwagę, bo w takich sytuacjach można też siebie narazić na śmieszność  – zaszalałam z oficjalnym podsumowaniem.
- Tak, oczywiście, rozumiem. Śmieszność jest ostatnią rzeczą jakiej mi tutaj potrzeba. A tak zupełnie z innej beczki, bardzo przyjemnie się z panią rozmawia. Kilka nowych pomysłów wpadło mi do głowy, jakoś wcześniej nie pomyślałem …  -  zawiesił głos, dziwnie przyjemnie „niezawodowo” się zrobiło  –  Pozwolę sobie do pani przybiec jutro jak tylko skończę pogawędkę z Bosmanem.

Pożegnał się z oficerską manierą i … pocałował mnie w rękę! No, naprawdę fajny facet.

11:03, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 maja 2009

Fallen Town. Co za obrzydliwe miejsce. Już dopływając do portu czułem się nieswojo. Było zimno i mgliście. Nie wiem, jak to możliwe, ale tutaj nawet w samo południe jest szaro. Promienie słońca nie docierają tu nigdy. No, Copacabana to z pewnością nie jest.

Stawiam nogę na lądzie. Co za syf. Betonowe nabrzeże lepi się jakby wysmarowane było jakąś mazią. Od razu wypatrzyła mnie portowa ulicznica. Łypie na mnie i eksponuje swe wdzięki. Pocałujesz taką to tak, jakbyś pocałował wszystkich marynarzy w porcie. Zbytnio obrzydliwy nie jestem, ale ten przypadek zaliczyłbym raczej do sportów ekstremalnych.

Kawałek dalej stał zaparkowany czarny pickup. Na bocznych drzwiach widniał napis: „Biuro pogrzebowe Happy End”. To jest bez wątpienia samochód Jabby. Starego drania poczucie humoru nie opuszcza.  Zresztą, nawet nie chcę wiedzieć do czego ten samochód służy na codzień.

Podchodzę do pickupa. Otwierają się boczne drzwi.

- Pan Jabba przeprasza, że nie może Pana ugościć osobiście. Dzisiejszej nocy jest wyjątkowo zarobiony. Myślę, że całą transakcję spokojnie możemy zawrzeć tutaj – w porcie.
- A nie ma najmniejszego problemu. Oddaliłem się od linii brzegowej o 20 metrów; to o jakieś 10 dalej niż powinienem – rzuciłem. Chwilę później już tego żałowałem.

Wysłannik Jabby na szczęście nie zwrócił uwagi na moją zaczepkę. Wyrzucił fajka przez okno.

- Towar jest z tyłu na pace.

Nie czekając na dalsze instrukcje udałem się na tył samochodu. Jednym ruchem odsłoniłem klatkę.

- Jasny gwint! Ona jest naprawdę duża! – nie mogłem opanować ekscytacji. Papuga, którą zobaczyłem, znacznie odbiegała wymiarami od tych, które widywałem w sklepach zoologicznych.
- A co, kolibra się spodziewałeś? – odpowiedział wysłannik.

Wiem, że czekał z tym tekstem cały dzień. A myślał nad nim przynajmniej od trzech.

- Dobra, zaraz przynoszę nasz ładunek.

Ruszyłem w stronę statku. Byłem tak podniecony, że najchętniej bym biegł. Umówiony znak do Bosmana „Wszystko OK”. Od razu zaczęły zjeżdżać paczki. Jedna, druga, trzecia, czwarta... ‘łup’. Kolejna spadła mi prosto na łeb.

- Uważaj, debilu – krzyknąłem. Potrząsnąłem głową, aby odzyskać ostrość widzenia. Spojrzałem do góry. – A ten skąd się tutaj do jasnej cholery wziął? –na pokładzie zamiast Bosmana stał teraz drugi. Odruchowo pobiegłem z powrotem do pickupa. Otworzyłem drzwi i usiadłem koło wysłannika Jabby.

- Co jest?
- Mamy lekkie problemy.
- Słuchaj, polski cwaniaczku. Nie ma fajek - nie ma Ary. Za to jest łomot. Rozumiesz?
- Nie, nie! Towar jest! Leży już rozładowany. Ale przyuważył nas Drugi Oficer. Służbista jeden. Ciągle wkłada nos w nieswoje sprawy. Mamy problem. Możesz jakoś pomóc?
- A czy ja mam na czole napisane „Matka Teresa”?
- Nooooo nie.
- A wiesz dlaczego nie?
- Bo nie jesteś Matką Teresą?
- Otóż to, nie jestem Matką Teresą.
- No ale co ja teraz zrobię z papugą? Nawet jeśli przemycę ją na pokład, to nie zdołam jej ukryć. Jak ją umieszczę w ładowni, wścibski Drugi od razu ją znajdzie.

Wysłannik Jabby z niedowierzaniem zakrył twarz rękami.

- Dobry Boże, co za gość! Słuchaj, jesteś tak tępy, że aż ci współczuję. I z tego współczucia ci pomogę. Czy ty wiesz, co dzieje się z papugą zamkniętą w ciemnym pomieszczeniu? Zaczyna się bać. A przestraszona papuga wydziera się w niebogłosy i wyskubuje sobie pióra. Nawet jeśli nikt jej nie znajdzie (co jest mało prawdopodobne) dopływając do waszego kraju znajdziecie w klatce kompletnie oskubanego ptaka. Będzie się nadawał na rosół, który zresztą polecam. Na razie nadążasz?
- ....
- Nie odpowiadaj. To było pytanie retoryczne. Co zatem zrobić z papugą, skoro nie możecie jej nigdzie ukryć? Moja propozycja jest następująca: wstaw ją do kajuty tego waszego Drugiego. Niech się nią cieszy, dogląda i karmi. Będzie się nią opiekował, a jednocześnie przeszmugluje wam papugę. Najciemniej pod latarnią. Proste. A, i jeszcze jedno. Papugi mają jeszcze taką jedną ciekawą cechę – powtarzają to, co usłyszą. Innymi słowy kablują. Od tej pory będziesz na bieżąco, jeśli chodzi o wszystkie tajemnice tego waszego Drugiego.
- Niesamowite! Nie wpadłbym na to!
- Bo jesteś tępakiem i tyle. Jeśli awansujesz na waszym statku, to tylko w poziomie.  A teraz zjeżdżaj zanim dla sporu przestrzelę ci kolano. Mam dziś na głowie kilka ważniejszych spraw niż transport drobiu.

Wracając na statek znów spotkałem tę ulicznicę. Ale tym razem nie uśmiechała się już do mnie. W międzyczasie znalazła innego towarzysza. Cóż, podobno każda potwora znajdzie swojego amatora.

Późnym wieczorem zreferowałem całą historię Bosmanowi. Cała kabina pełna była dymu papierosowego. Paliliśmy jednego za drugim.

- Jutro na ósmą masz zameldować się u Drugiego. To idealny moment, aby zainstalować mu papugę w kajucie.
- Wszystko pięknie  - odpowiedział Bosman. – Ale czy ten mądrala powiedział ci co ja mam Drugiemu powiedzieć obdarowując go 20 – kilogramowym ptakiem?
- Noooo .... No nie.

Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym. Ale teraz w głowie cały czas miałem ten tekst o „poziomym awansie”.

KONKURS:
Chcesz się poczuć, jak jeden z autorów tego bloga? Nie ma sprawy!
Jak zapewne zauważyłeś, piszemy tego bloga w 5 osób. Każdy z nas czyta wpisy swoich poprzedników i na tej podstawie dodaje własny. Czasem wzajemnie się zaskakujemy. Myśląc o transakcji w Fallen Town wyobrażałem sobie wizytę w jakimś podejrzanym klubie. Jednak czytając wpis Drugiego zorientowałem się, że klatka z papugą stoi już w porcie. To pokrzyżowało mi nieco plany i wpłynęło na kształt samego odcinka.
 Teraz z kolei piłka jest po stronie Bosmana. Zanim opublikuje swój wpis musi wymyślić, w jaki sposób przekonać Drugiego, żeby trzymał papugę w swojej kajucie. Chcecie mu pomóc? Dodawajcie swoje wpisy z pomysłami. Zaręczam, że Bosman będzie je przeglądał. Może któryś z nich wykorzysta?

Ahoj,
Bartosz Kozłowski aka Cook

10:12, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
„Gdzie ja trafiłem! Co to za łajba! Dookoła mnie same intrygi i intryganci!” – kontynuowałem wewnętrzny monolog wchodząc do kajuty. Cisnąłem się w fotel i łapczywie zacząłem pić piwo, cholera ciepłe! – „A to dzisiejsze spotkanie! Przecież to jakaś paranoja! Intendentka zwołuje naradę, przychodzę tylko ja. Stary zajrzał przez drzwi i sobie poszedł. Pewnie pomyślał, że ja coś nią knuję.” – długi łyk pieniącej się zupy chmielowej – „Bosman rządzi i się puszy, Cook zadziera nosa, Pierwszy ma wszystko w...” – kolejny łyk. Kurczę polało się po policzku, na szyję i za kołnierz! „Biednemu zawsze wiatr w oczy! Kurza twarz! Zanim zdobyłem jakikolwiek autorytet wśród załogi, Bosman udowodnił, że jego prywatne konszachty ze Starym są ważniejsze. Wszędzie tylko prywata. Marność, wszystko to marność i robaki!” Otworzyłem gwałtownie drugą puszkę, piana buchnęła z otworu wprost na moje oficerskie spodnie. „No i będzie plama. Marność! Wszystko!”

Piłem piwo i wpatrywałem się w bulaj. Od wczoraj wieczorem staliśmy w porcie Fallen Town. Za oknem przesuwały się dźwigi i suwnice na tle dziwnego, stalowego nieba. Dziura jakich mało. Podobno mieliśmy zatankować tutaj lepsze paliwo. „Może rzeczywiście uda się wyprzedzić te małe żółte rączki. Chłopcy zasuwają za trzech i nawet nie muszę ich motywować”. Wtem przez szkło bulaja zobaczyłem jakiś duży karton, który szybko zsuwał się w dół na linie. Po chwili na górę wróciła pusta pętla. A za moment znów karton zjeżdża w dół! „Co tu się dzieje?” Podszedłem do bulaja i dosłownie przykleiłem twarz do szyby. Żeby zobaczyć coś w dole, bez otwierania okna musiałem zastosować  połączenie glonojada z pekińczykiem. Na nabrzeżu stał nasz Cook i wspólnie z jakimiś smagłolicymi obdartusami ładował kartony do pickup’a! Ale numer, przemyt. Mordziasty Cook, czerwony i spocony uwijał się jak fryga. Obok stała, chyba jakaś klatka przykryta do połowy płótnem. „Ciekawe kto ten cały towar z góry nadaje? Też nieźle kręci, kołowrotek jeden! Kartony śmigają jak messerschmitty!”

    Porwałem czapkę i pobiegłem na górny pokład. Ostatnie cztery schody pokonałem wielkim susem. Z ukrycia obserwowałem pokład. A tam, nasz kochany przez wszystkich Bosman wywala karton za kartonem za burtę, szybko przebierając wytatuowanymi łapami. Pięknie! Tego mi było trzeba. Napisy na pudłach „Ekstra Mocne” nie pozostawiał cienia wątpliwości, co do charakteru tego procederu. „Ekstra Mocne” były bardzo cenione przez czarny lud za niewątpliwe wartości odurzająco-otumaniające. Nazwali je podobno „polish marihuana”, czy coś.

- Dzień dobry Bosmanie! Jaka piękna pogoda! – szeroko uśmiechnięty wyszedłem zza ściany. Efekt był po prostu wspaniały! Bosman oniemiał i popadł w stupor. Mrugając małymi oczkami łapał powietrze jak, kurcze blade złota rybka! Ze skamieniałych łapek wysunął się sznur i karton z impetem uderzył w coś, co musiało być polskim, brzydko wyrażającym się kucharzem.
- Widzę, że jest Pan straaasznieee zapracowany. Kto by pomyślał. Takie nadgodziny sobie Pan zrobił, tak? Jak słyszę, bodajże z naszym kucharzem?

Podszedłem do relingu, lekko się wychyliłem i pomachałem do Cook’a. Ten zadzierając głowę, z rozdziawioną gębą przez chwilę uważnie się wpatrywał, najwidoczniej starając się dociec kim jest ta nadprogramowa osoba obok jego druha. Gdy już mnie rozpoznał, to z zaskoczenia podskoczył, potruchtał za samochód i się tam schował!

- Jutro o 8.00 proszę, aby Pan Bosmanie zameldował się u mnie, dobrze? Wydaje mi się, że musimy poważnie  porozmawiać. Do widzenia.

Odwróciłem się na pięcie i zszedłem pod pokład. A serce rozpierało mi uczucie tryumfu. W korytarzu minąłem dwóch marynarzy, którzy jakoś dziwnie mi się przyglądali. Za rogiem przystanąłem, aby podsłuchać co mówią.

- Widziałeś Zenek, tę plamę na spodniach? On rzeczywiście ma coś z hydrauliką.
- Ta, Bosman mi mówił, że Młody to słaby organizm. Widać z emocji popuszcza.
Reszty nie usłyszałem, bo poszli w drugim kierunku.
„Łeb urwę temu Bosmanowi! Tak go skołczuję, że się nie pozbiera kurza twarz!”
Wszedłem do kajuty i trzasnąłem drzwiami.
12:31, tomasz.knitter
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 kwietnia 2009

Jakaś jest taka dziwna atmosfera… Chłopaki mają dziwne miny, jakieś tajemnicze spotkanie u Mechanika. Cook z pewnością coś kombinuje, jakiś taki nerwowy. Teraz znowu Bosman, aż się świeci taki podekscytowany. Pierwszy z nikim nie gada i zgrywa ważniaka. O Drugim już zupełnie nie wiem co myśleć, chyba daje się wciągnąć w rozgrywki.

- Witam Kapitanie, mogę zająć chwilę? – weszłam na mostek. Niby się umówiliśmy na spotkanie, ale z nim nigdy nic nie wiadomo…
- Ależ oczywiście! Droga Pani, jakże mógłbym nie mieć czasu dla spraw dla nas najważniejszych, tym bardziej w towarzystwie kobiety… całuję rączki… - Matko kochana!! Jak ja nie cierpię tego obrzydlistwa. Czy on naprawdę myśli, że ja jestem taka durna i wierzę w szczerość tych obleśnych bredni.
- Och, drogi Kapitanie, jakiż pan szarmancki …– idę oczywiście na ślepo w te grę - zapewne Pan zajęty, ale ja tylko na kwadransik – blee, co ja gadam, do tego jeszcze „kwadransik”- Takie mnie naszły przemyślenia: wydaje mi się, że gdybyśmy zmyślnie wciągnęli całą załogę w tematy dotyczące najważniejszych spraw statku, pozyskalibyśmy ich zaangażowanie, zwiększylibyśmy wydajność pracy. To byłby znakomity case do omówienia przez Pana Kapitana w Radzie Morskiej …– zwariuję, nie wierzę, że to robię – … zdaję sobie sprawę – mówię ciszej, niski ton głosu  -  że tylko chwile dzielą Pana, Kapitanie, od prawdziwie istotnych, wartych Pana zadań… -  i rzęsy w akcji na koniec.

Kapitan wyprężył się, urósł kilka centymetrów, po czym niedbale machnął ręką.

- Droga Pani! Tak! Czyta Pani w moich myślach. Jakieś nowatorskie rozwiązanie, przybliżyłoby NAS do sukcesu. Kto jak kto, ale  Pani sobie znakomicie sprawę, że kwestie dotyczące motywacji załogi i tych wszystkich aspektów psychologicznych zarządzania, są dla mnie wyjątkowo ważne…

Taaak, terefere kuku. Ważne… Akurat.

- Tak właśnie Kapitanie. Pan docenia  siłę osobistej motywacji pracownika. A jak najlepiej dotrzeć do jego motywacji? Oczywiście poprzez dialog i otwartą komunikację – no wreszcie doszłam do tematu i mogę zredukować wdzięczenie się – Wydaje mi się, że atmosfera na statku jest trochę napięta, jakby nie wszyscy mieli świadomość co jest dla nas najważniejsze  - nie wszyscy! Nikt nie wie, ja zresztą też nie wiem – jakby nie wiedzieli w jakim kierunku płyniemy. Mam taką propozycję: może wprowadzilibyśmy cykliczne spotkania z załogą. Moglibyśmy omówić najważniejsze sprawy, posłuchać  ich pomysłów. Wie Pan, my im trochę powiemy, oni trochę pogadają, rozluźnią się, wszystkim  będzie się lepiej pracowało. Gdybyśmy rozpoczęli taki eksperyment: raz na miesiąc ,czy raz na dwa tygodnie spotkać się z całą załogą, a codziennie na 5 minut z kluczowymi osobami. Taka szybka odprawa: sukcesy dnia poprzedniego, blokady odkryte wczoraj, cele na dziś, nastroje załogi. Co Pan o tym myśli Kapitanie? Po miesiącu, mielibyśmy już materiał na jakąś małą publikację dotyczącą Pańskich nowatorskich rozwiązań w kwestiach zarządzania…
- Tak! Znakomity pomysł! Prasa! Niech mi tu Pani koniecznie ściągnie jakiegoś fotografa, albo chociaż aparat fotograficzny – aż podskoczył podekscytowany mrużąc oczy, chyba już zobaczył flesze reporterów.
- Tak, oczywiście Panie Kapitanie. A spotkania? Mogę zaprosić Pierwszego, Drugiego, Mechanika  i Bosmana  na jutro na 8.30?
- A niech Pani zaprasza… - i zapadł w głęboką zadumę. Zapewne zaczął urządzać nowy gabinet w Radzie Morskiej.  No, dobrze, załatwiłam co chciałam. A że kiedyś wyląduję w psychiatryku, to już inna bajka.


22:02, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (11) »
środa, 01 kwietnia 2009

Cook naprawdę zrobił na mnie wrażenie! Ten facet ma dobry procesor pod tą rozczochraną i wyjątkowo mało reprezentacyjną kopułą. Tylko on mógł wpaść na coś takiego. To pokrętny umysł. Nikt normalny nie główkowałby w tym kierunku. Tak czy tak dowalimy cholernym Chińczykom! Hej! Nasi górą! I jeszcze fajeczki spylimy i zabawimy się w jakiejś tawernie jak będą ładować prowiant i tankować paliwo. Ciekawe tylko skąd kasę na to szef weźmie? W zasadzie to nie moja sprawa. Poszedłem do Kapitana, lekko stremowany ale zdeterminowany.

- Ahoj Kapitanie! – krzyknąłem wchodząc na mostek. Kapitan podskoczył w fotelu, gdzie drzemał, gubiąc czapkę i okulary.
- Kochanie, to nie tak jak myślisz! – krzyknął nie do końca obudzony. Po chwili zdał sobie sprawę gdzie jest i do kogo mówi, obciągnął mundur, zmarszczył brwi i ze srogą miną huknął – A co wy sobie ze mnie żarty stroicie Bosmanie!? Kapitanowi należy się szacunek! I drzemka od czasu do czasu...

Zaatakowałem go tak specjalnie, żeby nie sprawiać wrażenia zbyt dużej powagi chwili. Jak jest pod presją to ni diabła nie można z niego wydusić decyzji. Teraz sprawę Fallen Town będzie traktował jako mniej ważną niż urażoną godność osobistą i może to wszystko autoryzuje zanim tamci przestaną debatować.
- Sorry Kapitanie, to moje przyzwyczajenie z Langusty. Pamięta Pan jak pływaliśmy razem? Kiedy to było? Jakieś dwadzieścia pięć lat temu? Piękne to były czasy, ech, piękne. Pan od tamtej pory zaszedł daleko, a ja... ciągle zwykły bosman jestem. – pod włos go, pod włos. Może da się wkręcić?
- Dajcie spokój Bosmanie – żachnął się Stary – nie jest z wami tak źle. Po prostu tylko najwybitniejsze jednostki mogą być kapitanami – wytłumaczył mi szczerze.
- Mhm...
- Prosty Bosman to skarb! – ryknął i śmiejąc się walnął mnie w plecy tak mocno, że przekrzywiła mu się na głowie czapka, a mnie cofnęło się śniadanie – O co chodzi? Walcie śmiało, w końcu nie znamy się od dzisiaj, nie? – mrugnął do mnie. Dobry znak.
- No więc, słuchaj Stefan... Op, przepraszam – Kapitanie...
- Nie szkodzi, nie szkodzi Bosmanie. Wiem, kiedyś mówiliśmy do siebie po imieniu ale wtedy jeszcze nie byłem kapitanem. Proszę więc nie robić tego więcej. – tu dostałem naganę wzrokową
- Błagam o wybaczenie – zgiąłem się z pokorą - tak więc jest pewna sprawa. Jeden Chińczyk....

Wstawiłem mu całą historię lekko koloryzując i pomijając kilka drobnych faktów, wyłącznie po to, żeby nie utrudniać mu decyzji.

– Nasi oficerowie już czwartą godzinę debatują i wymyślili tylko, pożal się Boże, żagiel z majtek, a my nie mamy czasu! Od tego rejsu zależeć może Pańska pozycja w Radzie Morskiej! Jak będzie wyglądało jak pan się zacznie plasować za Chińczykami?

Tutaj kapitan się ożywił.
- Jak to za Chińczykami? Trzeba coś zrobić! Zróbcie coś!
- Ay ay kapitanie, jest plan. Nie chciałem go mówić Pierwszemu, bo zajęłoby to znów cały dzień, a pańska nominacja na włosku wisi!

W szczegółach przedstawiłem mu pomysł Cooka. Słuchał bardzo uważnie.

- Popchnąć sprawę może tylko szybka decyzja. Jest pan tak doświadczonym kapitanem, że to dla pana bułka z masłem. Co pan na...
- Jasne! – wrzasnął zanim zdążyłem skończyć. Czasem mnie zaskakuje swoją decyzyjnością. – Już! Już mi gonić ludzi do roboty. Ja sam przejmę dowodzenie na ten czas i poinformuję kadrę oficerską! – złapał za słuchawkę telefonu pokładowego.

Zasalutowałem i wykonałem przepisowe w tył zwrot. Dochodząc do drzwi obróciłem się i zapytałem:
- Kompas naprawiamy, czy nadal ma się kręcić?

Wyszedłem nie czekając na reakcję.
Po drodze spotkałem Intendentkę, szła do kapitana. Nawet ładnie dzisiaj wyglądała w tych dżinsach. Puściłem do niej oko.

16:50, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
postaci