blogoopera brazylijska o pracy na statku w Warszawie
RSS
poniedziałek, 23 marca 2009

kucharz- Żagiel z gaci  powiadasz? – zapytałem nalewając świeżo parzoną kawę z ekspresu.
- W rzeczy samej, żagiel z gaci. Trzy godziny debatowali i wymyślili: żagiel z gaci! – odrzekł zupełnie zrezygnowanym głosem Bosman.
- Czego oni ich uczą w tej Akademii Morskiej? Wystarczyłoby, aby zapytali mnie, zwykłego kucharza, o radę, od razu bym im odpowiedział: od dłuższego czasu bezładnie się kręcimy.
- Też to zauważyłeś? Kompas nie działa. Paranoja jakaś.

Normalnie śmielibyśmy się do rozpuku, obgadując nieudolność własnych szefów. Ale nie tym razem. Obaj myśleliśmy o ukrytych pod pokładem fajkach. Wpakowaliśmy w nie wszystkie oszczędności.

- Widzisz, Bosmanie, wydaje mi się, że to wszystko może nam wyjść na dobre – wstałem gwałtownie od stołu i sięgnąłem do mojej wszystko-mającej szafki w poszukiwaniu jednego zdjęcia.
- O nie, tylko nie to! Tylko przestań chrzanić jak Drugi!
- Nie gorączkuj się tak – czasem zastanawiam się skąd bierze się u mnie ten spokój w sytuacjach awaryjnych. Kilka razy mnie to uratowało: chłodne podejście, podczas gdy wszyscy wokół panikują. – Zastanówmy się najpierw jakie jest nasze obecne położenie. Po pierwsze primo jeśli znamy pozycję Chińczyków z „Crush the Tibet”  to tylko dlatego, że oni tego chcą. Znam tę załogę. Są wyjątkowo skuteczni. Może to oznaczać tylko jedno: są wyjątkowo pewni, że dotrą do Hard Core City przed nami. Po drugie primo (które wynika z pierwszego) musimy uświadomić sobie, że jeśli będziemy ścigali się z nimi robiąc to samo co oni, jesteśmy skazani na porażkę. Mamy to jak w szwajcarskim banku.
- Ty to potrafisz pocieszyć człowieka – odrzekł Bosman wpatrując się w swój kubek z kawą.
- No więc na zdrowy chłopski rozum, jeśli chcemy wyjść z tego wyścigu zwycięsko, musimy zrobić cos zupełnie odwrotnego niż Chińczycy.
- Co konkretnie masz na myśli? – podniósł swój wzrok Bosman.
- Spójrz na mapę. Zarówno my jak i Chinole płyniemy najbardziej optymalnym szlakiem. Optymalnym w sensie najkrótszym z możliwych.  Nie możemy przyspieszyć, bo nie starczy nam paliwa. Jeśli zatem, zgodnie z tym co mówisz, Chińczycy są 3 dni przed nami, mamy pozamiatane. Chyba, że...
- No puentuj już, bo się ściemnia... – parsknął Bosman i wziął solidny łyk kawy.
- ... chyba że damy całą naprzód i ruszymy prosto na zachód, najkrótszą droga do najbliższego portu w Fallen Town. Odłóżmy na bok cały ten kryzys i wszystkie durne oszczędności. Płyńmy tak szybko jak to tylko możliwe. Od dziś niech marynarze dostają podwójne racje żywnościowe, za to pracują z całej siły. Będą padali ze zmęczenia na pysk. Kiedy dopłyniemy do Fallen Town uzupełnimy paliwo oraz żywność i ruszymy wzdłuż brzegu na południe. Cały czas na pełnych obrotach, tyle że od tej pory będziemy mieli sprzyjający nam prąd morski, który dodatkowo zwiększy naszą prędkość. Dotrzemy do Hard Core City i sprzedamy cały nasz ładunek zanim dotrze tam „Crush the Tibet”. W tym momencie Chińczycy będą mogli cały ten swój towar sobie w buty wsadzić – może będą wyżsi. Taki mam plan.

Bosman przełknął wreszcie kawę.

- Pffff, człowieku! To najbardziej szalona rzecz, o której słyszałem. Cała naprzód? Podwójne racje żywnościowe? Ale załóżmy nawet, że przepchnę ten wariacki plan na zebraniu, najbardziej martwi mnie...
- Fallen Town – przerwałem Bosmanowi wpatrując się w trzymane przez siebie zdjęcie.
- ...nie zawijałbym tam chyba, że nie miałbym absolutnie żadnego innego wyboru – dokończył zdanie, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
- A tu właśnie jest druga część mojego planu. Jeśli pogłoski o tym kryzysie są prawdziwe, oznacza to, że szmuglowane przez nas dwóch fajki zaczynają tracić na wartości. Musimy się ich pozbyć, póki są cokolwiek warte. Podczas gdy wy w Fallen Twon zajmiecie się załadunkiem, ja odwiedzę naszego starego przyjaciela – Jabbę. On przyjmie nasze Ekstra Mocne w każdej ilości. Płaci zawsze z góry.
- Wszystko pięknie, tylko powiedz mi co zrobimy z ich bezwartościową walutą? – Bosman wyraźnie się ożywił
- Żadnej kasy. Wejdziemy z nim w barter – najlepsze zostawiłem sobie na koniec.
- Jaśniej trochę, jeśli byłbyś tak uprzejmy.
- Ara Ararauna!
- Arara co? A może Hakuna Matata, do jasnej cholery?!?! - nie wytrzymał Bosman. Uwielbiam go wy tym stanie. Od razu zaczyna mu chodzić szczęka.

Wreszcie odwróciłem trzymane przez siebie cały czas zdjęcie.

- Oto papuga Ara Araruna. Wyjątkowo wielki egzemplarz. Jabba jest w jej posiadaniu. Jeśli informacje, które mam od  Kralla z Lancelota są prawdziwe, tak dużej Ary nigdy w tej okolicy nie złapano. Kontaktowałem się już ze znajomym, który prowadzi sklep zoologiczny. Stary, na wolnym rynku ta przerośnięta kura jest warta małą fortunę! – wszystkie karty wyłożyłem na stół. Tak chyba musi czuć się gracz, który odkrywa swojego pokera. – Podsumowując, pozbywamy się fajek, zabieramy papugę. Towar, którego cena nigdy nie spadnie, odporny na wszystkie kryzysy. Zawsze znajdzie się jakiś nadziany wariat, który za nią zapłaci. Musimy ją tylko bezpiecznie dotransportować do domu. Teraz wreszcie znasz już cały mój plan.

Zapadła cisza. Bosman znów patrzył nieruchomym wzrokiem w swój kubek zimnawej już kawy.  Z tą jednak różnicą, że nie był to już wzrok bezmyślny. Kalkulował. Rozważał za i przeciw. Co ma do stracenia? Ile może zyskać?

- Masz jeszcze tej kawy trochę?

Dolałem mu bez słowa komentarza. Wpatrywałem się w niego. Czekałem na decyzję.

- Dograj spotkanie z Jabbą. Jednak nie idę do Pierwszego. Pójdę wprost do Starego. Nie ma czasu. Tylko kapitan może klepnąć tak szaleńczy plan bez gadania. Potem weźmiemy się za resztę.

PS: Autor wpisu dziękuje Magdzie i Karolinie z WWF za konsultację merytoryczną :)

 

 

 ara

Czy wiesz że „ponad połowa egzotycznych zwierząt sprzedawanych w polskich sklepach i na giełdach to zwierzęta, które nie posiadają odpowiedniego dokumentu potwierdzającego ich legalne pochodzenie?”

Żródło: http://www.wwf.pl/

22:09, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (3) »
środa, 18 marca 2009

bosman
Obudziłem się dziś wcześnie. Coś, cholera, nie mogłem spać. Śniło mi się, że statek nie może płynąć choć maszyny wyją na najwyższych obrotach. Poruszaliśmy się w jakiejś lepkiej mazi, która skutecznie nas hamowała. Tak mnie ten sen zdenerwował, że musiałem wyjść i się na kimś wyładować.
Zapaliłem szluga i poszedłem w kierunku maszynowni. Tam natknąłem się na takiego jednego, co to miał niby mieć wachtę przy kotłach. Ja go i tak nie lubię, a on sam się podkłada. Zamiast siedzieć i patrzeć w manometry, spał smacznie między puszkami oleju i czegoś tam jeszcze.
Stanąłem nad nim i ryknąłem

- Wstawać taka wasza mać! Spać możesz sobie w domciu, u mamusi! O 8:30 meldujesz się u mnie na karną wachtę. Już ja ci nie dam pospać, kochasiu! – I lu go w łeb. Tak na odlew, żeby zapamiętał.

Nie pomogło. Nadal byłem zdenerwowany. Postanowiłem, że uspokoi mnie dobra, mocna kawa i właśnie szedłem obudzić Cooka, kiedy przyleciał zdyszany majtek z wiadomością od Titi Tata.

- Bosmanie! Bosmanie! Wszędzie was szukam. Titi prosi pana pilnie do siebie, ponoć jakaś wiadomość pilna jest. – i już go nie było
- Tego tylko brakowało – pomyślałem – coś się święci. Pewnie dlatego jestem taki zdenerwowany. Szósty zmysł. Ech!
W kabinie radiowej siedział nijaki radiotelegrafista. Z braku światła jego skóra była szara.
- Co jest? – warknąłem.
- Dddo Pana. Z La-lancelota. – wyjąkał i podał mi radiogram. Ciekawe, czy jąka się też pisząc morse’em?

Na Lancelocie znam Bosmana, nazywa się Krall. Cwana sztuka, zawsze wszystko wie pierwszy. Razem służyliśmy na trałowcach w wojsku. Parszywa służba ale, można poznać dobrych ludzi. Ten Krall zawsze podsyła mi niusy i nigdy się nie myli. Tym razem było tylko kilka słów: „Idzie Sztorm ze wschodu. Stop. Szeregi rzedną. Stop. Fracht nie do zbycia. Stop. Trzymaj się mocno. Stop. Krall. Stop”. Psiakrew, cholera, psiakrew! Kryzys idzie. Niedobrze.  Szczególnie dla mnie. Cook też się wkurzy. Ceny szmuglowanych przez nas fajek spadną i w końcu okaże się, że musimy dopłacić do interesu. Trzeba będzie jak najszybciej pogadać z Cookiem, może on coś wymyśli.

Stałem tak z myślami kłębiącymi się pod czaszką i miętosiłem kartkę z radiogramem, kiedy znów przerwał mi goniec.

- Bosmanie. Ma pan się natychmiast zameldować w mesie oficerskiej. Chief pana prosi.
- Po co? – mruknąłem. Nie miałem teraz głowy do żadnych głupot, a co oni mogli tam wymyślić innego. – Cholera, zawsze nie w porę.

Gdy stanąłem w drzwiach do mesy, wszyscy obrócili głowy w moją stronę i w środku zapadła niezręczna cisza. Musiałem coś powiedzieć.

- Tego, no... – nie wiedziałem jak zacząć – Dowiedziałem się, że będą cięcia kosztów. Idzie jakiś kryzys – i popatrzyłem na pogniecioną kartkę, którą wciąż trzymałem w rękach.

Potem dowiedziałem się o „Crush the Tibet” i to jeszcze bardziej mnie wkurzyło.

Trzeba działać, a oni nic tylko debatują. Przez czterdzieści pięć minut przekonywali się, nic nie ustalając. O nie, przepraszam, postanowiliśmy myśleć nietuzinkowo i postawić żagiel z majtek! Tak! Psiakrew. Żagiel z majtek. To właśnie ustaliło nasze statkowe dowództwo! A ja mam z tym pójść do ludzi i swoim autorytetem ten  żagiel z majtek firmować! Kompletny absurd! Oni żyją w innym świecie. Myślą, że my, tu na dole, załoga, to banda głąbów, którzy nic nie wiedzą i nic nie widzą! Ciekawe czy zauważyli, że kompas wciąż nie działa i pływamy w kółko. Może to by im pomogło szybciej płynąć? Tylko gadać potrafią. Na szczęście są jeszcze inni ludzie na tym statku, co to potrafią zakasać rękawy i wziąć się do roboty.  

Jak wreszcie się stamtąd wyrwałem, gotowałem się w środku jak czajnik. Musiałem zapalić. Natychmiast pognałem do Cooka.
- Mat! – już waliłem w drzwi jego kabiny. – Mat, wstawaj wałkoniu!
- Co jest misiu? – wystawił pomiętoloną i potarganą głowę – pali się?
- Gorzej – wepchnąłem się do niego – mamy kłopoty. Przekazałem mu wszystko, czego się dowiedziałem. – I tak właśnie działają nasi przepłacani dowódcy. Nie możemy na nich liczyć. Drugi, cymbał jeden, nawet piszczał, że to dobrze robi na „konkurencyjność”. Aż mnie korciło, żeby mu przywalić.
- Spokojnie – rzucił Cook, wydmuchując kłąb dymu – nie gorączkuj się, zaraz coś wymyślimy. Na razie trzeba się napić kawy i spokojnie wszystko przegadać. Potem, pójdziemy z naszą wersją do Pierwszego i weźmiemy ludzi do galopu.
- Okay, okay. Nie zwlekajmy tylko zbyt długo, bo jak już coś tam na górze wymyślą, to ciężko będzie odkręcić.
- Nie przejmuj się – uśmiechnął się Cook i walnął mnie w plecy tak, że mało nie połknąłem filtra od papierosa – nie takie rzeczy ze szwagrem po pijanemu... Wiesz!

Godzinę później, trochę bardziej spokojni, popijaliśmy kawkę i zaciągaliśmy się naszymi ulubionymi Ekstra Mocnymi. Chyba mamy plan. Niełatwy ale możliwy. Teraz idziemy do Pierwszego, byle tylko nie  napatoczył się Drugi i znów nie wyskoczył z tą swoją „konkurencyjnością”.  Potem weźmiemy się  za załogę.

13:51, lukasz.fijalkowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 marca 2009
Od tych wszystkich tabelek z liczbami zaczęły mi łzawić oczy. Czułem lekki zamęt w głowie. Sweet Baby Jesus! Skąd on brał tyle tych danych! I po co? Podobno nie pierwszy raz się ścigamy. Główny Mechanik z wielką werwą, pochylony nad kartką razem z Pierwszym szybko spisywał „pomysły”. W myślach zacząłem nazywać go Nawiedzonym. Mnie oczywiście nikt nie słuchał!

- I na koniec, jak będzie źle stawiamy maszt z żaglem. Może być z dżinsów.

Osłupiałem. Mam oddać moje dżinsy? W życiu! Kupiłem je tydzień temu w porcie od lekko zezującego kramarza, za dobrą cenę i nie miałem zamiaru się z nimi rozstawać.
Dziwna sprawa... Jakby w tle, przebijając się przez inne myśli pojawiał mi się w głowie obraz opiętych dżinsów Intendentki...
W drzwiach stanął Bosman. Jak to stary Kaszub, chwilę się kolibał zanim powiedział:

- Tego, no... Dowiedziałem się, że będą cięcia kosztów. Idzie jakiś kryzys.

Pierwszy z Głównym spojrzeli na mnie. Czego się gapią?

- Jaki kryzys? - zapytałem Bosmana.
- W całej marynarce. Morskiej i śródlądowej. Nasz Titi Tata od rana dostaje wieści przez radio, że się zaczęło.
- Co na Boga się zaczęło! – nie wytrzymał Pierwszy – co się dzieje?
- Zwalniają. Podobno jest mniejsze zapotrzebowanie na fracht, siada ekonomia i generalnie jest bryndza.
- E tam – machnąłem ręką – gadanie. Od czasu do czasu straszą nas, abyśmy nie byli zbyt roszczeniowi.

Pierwszy pokręcił głową - Myli się Pan, bardzo. Ja już przechodziłem przez coś takiego – wyraźnie sposępniał – wielu moich kolegów straciło pracę, mi obcięli pensję. Ciężko było.

Główny Mechanik w zastanowieniu przekładał kartki.

- Słuchajcie, nie dajmy się zwariować. Będzie dobrze. Zawsze pojawia się jakaś trudność, a trudności trzeba pokonywać. Co tam kryzys, czy jakiś chiński statek. Jestem pewny...
- Jaki chiński statek? – przerwał mi Bosman – coś jeszcze nam grozi?

Ciężar wzroku Pierwszego wgniatał mnie w krzesło. Mechanik zasłonił ręką oczy.

- Coś knujecie! Załoga ma prawo wiedzieć co się dzieje!
- Bosmanie, proszę nie podnosić głosu – powiedział przez zęby Pierwszy. Nic nie knujemy. Musimy zdążyć do Hard Core przed chińskim „Crash the Tibet”, bo zostaniemy z pełną ładownią. Chcecie powtórki z Capetown?
- O, k....!
- No właśnie, ładnie Pan to ujął. Musimy działać. Trochę „odchudzić” statek i przyspieszyć ile się da.
- Ja p.....!
- Bosmanie! Niech Pan się weźmie w garść – włączył się Główny Mechanik. I proszę nie straszyć załogi. Jeszcze tego nam trzeba.
- Stary wie? – Bosman szybko przeskakiwał po nas wzrokiem.
- Nie wie i się nie dowie. Prawda? – Główny tym razem patrzył na mnie.
- Ale,...dlaczego, niby....
- Stary w takich sytuacjach robi się nerwowy. Dociera do niego, że nie wie co się dzieje i nie wie co robić. Ma odruchy wiatraczne. Robi nasiadówki, gada bez ładu i wydziera się na wszystkich. Każdy jest winny. Wówczas można stracić pracę w trybie natychmiastowym – Pierwszy patrzył na mnie smutno.
- Ja się nie wygadam! Pracuję tu najkrócej i w razie czego będę pierwszym...
- Ja jestem Pierwszym!
- Tak, ależ oczywiście! Chciałem powiedzieć, że będę pierwszym do zwolnienia.
- A tak. Jeśli tak, to w porządku.

Zapadła cisza.

- I ani słowa Intendentce. Ona pierwsza poleci do Starego – z naciskiem powiedział Pierwszy.
- Niech Pan tak nie stoi w drzwiach. Proszę wejść i zamknąć drzwi Bosmanie. Musimy się zastanowić – Główny robił miejsce przy stole przesuwając papiery.
No, tak – pomyślałem – teraz dopiero się zacznie. Woda na młyn Nawiedzonego, w dużych ilościach. I co oni mają do tej dziewczyny?  Chciałbym być tym, który wyegzekwuje od niej ściągnięcie dżinsów...
13:34, tomasz.knitter
Link Komentarze (5) »
czwartek, 05 marca 2009

mechanikDowiedziałem się o 15 06.

Zabawne. Akurat jak dodałem trochę sztrumu i mój silnik nabrał sprężystej mocy Filon – mój zastępca, pracowity chłopina – powiedział, że Kruger – kolega z dawnych lat, pierwszy na Lancelocie – pilnie mnie woła na czat.

Zakląłem, poszedłem, poczatowałem.

Zgroza.
Kruger dał mi cynk ( tylko nie mówcie nikomu ) że chiński masowiec „Crush the Tibet”  płynie do Hard Core City to jest do tego samego portu co my. Z tym samym towarem co my. Tyle, że ich towar jest połowę tańszy. I że według jego danych będą w porcie trzy dni przed nami.

Cisnęły mi się na usta pewne słowa na Starego, bo przestrzegałem go przed tym, mówiłem, że bez precyzyjnego kursu i strategii zrozumiałej nawet dla majtków co równika nigdy nie minęli, bez analizy działań konkurencji pływamy tam i siam narażając się na kosztowne niespodzianki. Ale szkoda czasu na gdybanie – trzeba działać.

Zwołałem zebranie. Zaprosiłem Pierwszego, Drugiego i Bosmana. Z tego ostatniego żaden co prawda oficer, ale przynajmniej można na niego liczyć…No, przynajmniej jak mieliśmy awanturę z tymi Australijczykami w Wellington można było na nim polegać.
Pierwszy przyszedł drugi. To Drugi był pierwszy. Bosman nie przyszedł.

Nie spytali dlaczego nie zaprosiłem Starego. Po pierwsze wiedzą, że nie lubię polityki, po drugie powszechnie wiadomo, że Stary się za bardzo nie wtrąca w sprawy statku, bo jest zajęty zdobywaniem posady w Radzie Morskiej. Na spotkaniu zadecydujemy wspólnie kiedy poinformujemy go o zaistniałej sytuacji.

Naświetliłem im sytuację. Nawet przez chwilę nie zwątpili. Wiedzą, że informacje mam zawsze pewne. Nawet Drugi już zdążył się o tym dowiedzieć mimo tego, że jest z nami od niedawna. I to on pierwszy zabrał głos:

- To świetna wiadomość.
- Co? – Pierwszy spojrzał na niego jak kucharz w ekskluzywnej restauracji na chudego szczura ugotowanego w zupie krabowo-bambusowej.
- To świetnie – Drugi wyraźnie korespondował z zasobami motywacyjnymi świeżego pracownika – Przecież to doskonały moment żebyśmy wszyscy się zmobilizowali, usprawnili pracę...
- Człowieku – przerwał mu Pierwszy – Jakie „usprawnili”? Chinole są trzy dni przed nami. Przy naszych wyduszonych 18-u węzłach możemy co najwyżej skrócić dystans do dwóch dni.
- No to będziemy raptem dwa dni za nimi…

Pierwszy nabrał powietrza żeby coś powiedzieć, ale Drugi uciszył go gestem i lekkim podniesieniem głosu kogoś, kto koniecznie musi skończyć mówić nawet, jeśli rozmówca i tak już nie słucha tylko czeka, żeby powiedzieć co ma na końcu języka.

- …tak wiem – chodzi o to, że mają tańszy towar i dwa dni więcej na zbycie go. Na Boga – nie jestem głupi. Ale panowie, przecież rynek jest chłonny to raz, a dwa to właśnie konkurencja wzmaga innowacyjność i szukania nowych rozwiązań i nie mydlcie mi oczu waszym, za przeproszeniem, zblazowaniem, które nazywacie „my to już 10 lat pływamy chłopcze”.
- Mości Drugi… – Pierwszy zaczął lekko służbowym tonem co nie wróżyło nic dobrego.
Przerwałem im. Takie gadki dobre są dla filozofów. Filozofowie rzadko bywają bogaci.
- Dobra, dziewczyny – uderzyłem w ten ton – O szminkach pogadacie później, a teraz bierzemy się do roboty. Przygotowałem konkretne wyliczenia – rzuciłem notes na stół, Pierwszy westchnął ciężko – Dotyczące naszych możliwości.

I sprawnie, w niecałe trzy godziny, naświetliłem im naszą sytuację. Wszystko było czarno na białym. Nie na darmo nasiedziałem się nad tymi symulacjami i wyliczeniami. Na pewno zatrybili o co chodzi. Choć myślę, że Pierwszy bardziej docenił powagę sytuacji.

-…zatem podsumowując – pacnąłem palcem w wierzchołek krzywej Gaussa na wykresie – Musimy zrobić wszystko żeby dopłynąć jak najszybciej do Hard Core City. Między innymi ograniczymy załadunek i wprowadzimy cztery zmiany zamiast trzech.
- Dlaczego nie poszukamy mniej oczywistych, mniej oklepanych rozwiązań? – Drugi się nie poddawał – Jak choćby uruchomienie jakiegoś przedstawiciela w Hard Core City?

Postarałem się żeby moja wypowiedź zabrzmiała ostatecznie jak odgłos zasuwanej płyty nagrobnej:
- CZAS. MAMY GO ZA MAŁO NA SZUKANIE GODNYCH NAPOLEONA ROZWIĄZAŃ.
- No, Napoleona to ja się w tym gronie nie spodziewałem.
- Panowie po co te nerwy? – Pierwszy machnął ręką – Lepiej zastanówmy się jakie zmiany wprowadzamy.

Zaczęła się burza mózgów.
Oto jej wynik:
1)    Zakupimy droższą, ale znacznie bardziej wydajną  ropę w najbliższym porcie.
2)    Wprowadzimy czterozmianowy system pracy.
3)    Zatankujemy „na styk” żeby odciążyć statek.
4)    Pobyt w porcie ograniczymy do kilku godzin – Akcja 3x0 - 0 panienek, 0 imprez, 0 aresztów za bijatyki.
(To się Bosmanowi i Cookowi nie spodoba )
5)    Ograniczymy zapas owoców i słodyczy.
6)    Pozbędziemy się zbędnych par butów i pamiątek.
7)    W razie potrzeby z dżinsów sklecimy żagiel i postawimy w wietrzne dni.

Drugi trzymał się za głowę jak żołnierz z filmu „Alien 2”, który dostrzegł na ekranie insolatora zbliżającego się Obcego.

- Chcecie zrobić żagiel z dżinsów?!
- To nie koniec naszych pomysłów.
- Muszę z tym iść do Starego – Drugi kręcił głową.

Już chciałem mu dać do słuchu gdy nagle bez pukania otworzyły się drzwi i wszedł Bosman.
Popatrzyliśmy na niego tępo wyrwani z rozkosznego procesu kreacji.

- Tego, no…- zaczął z charakterystyczną dla siebie retoryką – Dowiedziałem się, że będą cięcia kosztów.
O czym on bredzi? Przecież nic takiego nie ustalaliśmy.
- Idzie jakiś kryzys.

Sam nie wiem dlaczego wszyscy spojrzeliśmy na Drugiego.


15:55, michal_nieweglowski
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 lutego 2009

Cook Mat
„Idź do Pierwszego i umieraj jak mężczyzna” – doradził mi Bosman. Racja. Po co mam gadać z Drugim. Za ‘krótki’ jest. Sprawę załatwię bezpośrednio z szefem. I jeszcze jedno: żadnego umierania nie będzie. Najlepszą obroną jest atak!

Wyrzuciłem za burtę fajka. Tak się zamyśliłem, że nawet nie zauważyłem, że zaczął się już palić filtr od papierosa. Straszny smak. Obrzydlistwo. Ale na szczęście mam już wszystko dokładnie przemyślane. Nie dam się tym razem. Będę jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. O tak, będę!

- Wejdź Mat – Pierwszy zgodnie z obietnicą czekał na mnie w swojej kajucie. – Choć może zgodnie z plotkami krążącymi po pokładzie powinienem raczej zacząć „Wejdź Popeye”?

Widzę jak mu drgają kąciki ust. Nabrał powietrza w usta i robi się czerwony. Jeśli nie zmienię tematu zaraz, wybuchnie śmiechem, a w ten cały cholerny plan...

- Szefie, darujmy sobie te złośliwości, dobrze? Czy wie Szef ile my już razem lat pracujemy?

Kontratak rozpoczęty.

- Niech policzę... W marcu będzie siedem. Tak, to już siedem cholernych lat, Mat. Trochę razem przeszliśmy, to fakt.

Lepiej bym sam tego nie ujął. Skoro ‘przystawka’ się przyjęła, przejdźmy do ‘dania głównego’.

- No właśnie! Pływamy już razem blisko siedem lat. Nigdy o nic nie prosiłem, nie uskarżałem się. Co najważniejsze na nikogo nie kablowałem, nie donosiłem. Swoją drogą Drugi zaczął w tej dziedzinie wprowadzać nam jakieś nowe standardy. Ale zostawmy te pierdoły, zostawmy szpinak i żołądek Drugiego. Nie wracajmy do tego OK?

- Pomyślimy. Z czym do mnie przychodzisz, Pop... to znaczy Mat?

- Dzisiaj jest taki moment, kiedy przyszedłem o coś poprosić. Szefie, stara mi głowę suszy no i ma trochę rację. Siedem długich lat tu pracuję i przez ten czas żadnej podwyżki. No kompletnie nic. No szef chyba rozumie. Życie nie tanieje. Do tego jeszcze dzieciaki do szkoły posłałem: książki, zeszyty, kredki. To wszystko w cholerę kosztuję. Biorąc pod uwagę moje zasługi dla naszej łajby, chyba mogę liczyć na jakąś podwyżkę, nie?

Chwila ciszy. Dziesięć sekund. Dziesięć długich sekund, które ciągną się niemiłosiernie. Pierwszy błądzi oczami po całej kajucie, jakby czegoś szukał. Zaczyna chrząkać. Zawsze chrząka jak się wkurzy i nie wie jeszcze co powiedzieć. W końcu spojrzał mi prosto w oczy. A zatem decyzja zapadła.

- A więc? – ale bym zajarał. Tak mnie zsie, że dałbym wszystko za chwilę przerwy na szybkiego dymka.

- Masz rację chłopie, tyle lat! Kompletnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. W sumie chyba tylko Ty i Bosman tyle czasu tutaj pracujecie.

Wstęp był nadspodziewanie dobry. Błyskawicznie palić mi się odechciało.

- Rzadko mamy czas szczerze porozmawiać, a szkoda. Korzystając z okazji, chciałbym Ci powiedzieć, że Twoje zaangażowanie w pracę i w życie naszego statku wiele dla mnie znaczy. Wśród wszystkich cech lojalność cenię sobie najbardziej. Widzisz, ludzie przychodzą i odchodzą. Był sobie drugi oficer, odszedł, przyszedł następny... Ale to właśnie ludzie tacy jak Ty powodują, że nasz statek jest jedyny w swoim rodzaju. Bez marynarzy takich jak Ty, czy nasz Bosman, nawet najlepszy Drugi na niewiele się zda. Rozumiesz o czym mówię?

- Jasne szefie!

- Muszę jednak tutaj na kilka rzeczy zwrócić uwagę. Ile razy mówiłem o jaraniu w kuchni? Nie potrafię tego zliczyć. I ciągle to samo. Musisz zrozumieć, że czasy się zmieniły. To co było dozwolone 5 lat temu, teraz jest niedopuszczalne. Nowe procedury BHP, które wprowadziła Intendentka, obowiązują tak samo ciebie jak i mnie. Nie ma wyjątków, kapujesz?

- ....

- No i jeszcze teraz ta afera ze szpinakiem. Sam widzisz, trzeba przestrzegać procedur BHP. Tym razem skończyło się lekkim zatruciem Drugiego. Ale jeśli rozłoży się cała załoga, to co ja wtedy zrobię? Bez załogi statek nie popłynie. Rozumiesz teraz? Takie niedopatrzenie może nas bardzo dużo kosztować. A więc proszę cię raz jeszcze: przestrzegaj procedur BHP, to nie są żarty!

- Sie rozumie.

- A teraz wróćmy do podwyżki. Jak już mówiłem, jesteś jednym z lepszych marynarzy na tym statku. I jeśli tylko podciągniesz sprawę, o której przed chwilą wspomniałem, to czemu nie. Jestem święcie przekonany co do tego, że dobrzy pracownicy powinni być odpowiednio wynagradzani. Zróbmy tak. Wróćmy do sprawy przed następnym rejsem, ok?

- Nie ma sprawy, to nie problem. Nie będę jarał w kuchni, będę mył ręce zgodnie z tymi cholernymi... to znaczy procedurami BHP. I trzymam szefa za słowo!

Chwilę później stałem na korytarzu. Drzwi do kajuty Pierwszego były zamknięte. W sumie nie poszło tak źle. Już wkrótce otrzymam zasłużoną podwyżkę. Tylko najpierw muszę zapoznać się z procedurami tej wypindrzonej miss piękności. Tego chyba nie obejdę. No ale nic to. Jak tylko złapię zasięg na komórce, zadzwonię do starej. Ale się ucieszy!

- O, Popeye, dobrze cię widzieć – ściągnął mnie na ziemię Kapitan. – Jak zapewne wiesz, jutro mam urodziny. Weź proszę Cię przygotuj do jedzenia coś ekstra. Planuję małą imprezkę dla kilku wybranych osób na naszym statku. Spisz się dzielnie, a nagroda Cię nie ominie!

- OK, coś się wymyśli. Nie zawiodę. Nigdy nie zawodzę! I nie kabluję, jak.... już nie będę wskazywał palcem.

I tak dość stresujący dla Mata dzień powoli dobiegał do końca. Pytacie pewnie, gdzie tytułowa kanapka dla Cooka? No cóż, Cook też jej nie widział. Ale już wkrótce ją zobaczy - jak tylko załapie zasięg i dodzwoni się do ‘starej’. Oj, zobaczy!

13:49, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 lutego 2009
IntendentkaWieczne utrapienie. Wszystkim się wydaje, że ja tu nie mam nic do roboty.
Się zatrudnia, się daje zadania i fru… samo działa. Jakby to było kupienie pralki automatycznej i ustawienie odpowiedniego programu. Gdzie tam, jakby tak myśleli to i tak byłoby dobrze. Większość chyba jednak rozpatruje tę kwestię porównując do zamówienia tony śrubek i nakrętek.
Weźmy na przykład takiego Cooka. Jaką miał motywację, żeby struć Drugiego? Przychodzi nowy człowiek – otwarta głowa, dobre chęci, nowoczesne wykształcenie – a oni mu fundują niestrawność i do tego jeszcze mają z tego radochę. Może Cook boi się, że Drugi złoży konstruktywną krytykę dotyczącą jakości jego pracy i chce go zastraszyć? Może Cook chce się popisać przed kolegami, jaki to z niego luzak?... A może ta intryga ma dosięgnąć mnie, że zamawiamy dla ludzi jakieś niejadalne przecenione resztki??? Muszę się nad tym poważnie zastanowić. Może miałoby sens zbadanie opinii na temat tego przypadku? A może powinnam się zastanowić, czy nie byłoby słuszne wprowadzenie kilku zmian organizacyjnych? To rozbiłoby wieloletnie układy. Tak, może wreszcie ktoś by się zastanowił nad faktyczną oceną jakości pracy i optymalizacją procesów, a nie opierał współpracę na kolesi ostwie. Muszę koniecznie porozmawiać o tym ze Starym. Koniecznie muszę zwrócić jego uwagę na potencjał Drugiego, taki zastrzyk świeżej krwi może zapoczątkować lawinę zmian. Można by na przykład stworzyć grupę proje…
- Całuję rączki madame! - huknął Bosman, spadając nie wiadomo skąd - Jak tam słoneczko, dopieszcza? Szykujemy się na wybory miss piękności żeglugi dalekomorskiej?
- Analizuję aktualną sytuację i zastanawiam się jak zatrzymać lawinę niestrawności organizacyjnej – odcięłam się ostro, choć wątpię, żeby coś do niego dotarło. Trzeba przyznać, że mało jest tu osób na poziomie, z którymi można rozsądnie porozmawiać – ale do tego trzeba mieć trochę wyczucia i intelektu – syknęłam - Właśnie się przygotowuję na spotkanie z Kapitanem. Musimy przedyskutować aktualną sytuację i podjąć natychmiastowe działania zmierzające do jak najszybszej asymilacji Drugiego.
- Matko kochana! Kobieto, po jakiemu Ty mówisz? Chyba przedawkowałaś  transmisje obrad sejmowych! Byś się wzięła za jakąś konkretną robotę, albo chociaż zaczęła gadać po ludzku!  - poszedł mrucząc pod nosem i machając rękami.
Tak. Nie ma za bardzo z kim tutaj rozsądnie pogadać. Może z tego Drugiego coś się da wykrzesać. Swoją drogą, dobry pomysł, idę do Starego. 
10:21, kinga_wiszowaty
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Wpatrywałem się w zegary, w moje działające po ostatnich naprawach z precyzją szwajcarskich narzędzi chirurgicznych wspaniałe zegary, gdy z góry usłyszałem ciężkie, charakterystycznie zdenerwowane kroki Cooka.
Pewnie znów osobiście odebrał czyjąś nie mającą znaczenia uwagę. Albo jest prawie zdecydowany zamustrować się gdzie indziej. Lubię go, ale mógłby do cholery, zauważyć, że od paru lat gada to samo.

- Siemasz – machnął przyjaźnie dłonią przyozdobioną na palcach paskudną żółcią od papierosów – To ja.
- Wiem – nie oderwałem oczu od ciśnieniomierza – Wyprzedza cię smród petów.
- Ty Mechanik – ton mu się przestroił na lekko zawadiacki – Powąchaj lepiej swoją kanciapę – machnął ręką na moją pracownię, na serce statku.
Hehe - lubię czasem go wkurzać.
- Człowieku gdyby nie ta kanciapa nic byście nie zdziałali – zerknąłem na niego z wyższością – ani Pierwszy by sobie nie pościemniał, że pracuje tak naprawdę zastanawiając się jak zająć miejsce Starego, Bosman by sobie nie pokrzyczał na ludzi tuszując nieumiejętność sprawnego organizowania pracy – uśmiechnąłem się szczerze, bo Bosman trzyma z Cookiem, ale mam to w dupie – Nasz piękniunia Intendentka nie miały by dla kogo wymyślać tych…no…algorytmów zachowań, a ty nie miałbyś komu gotować swojego co najwyżej przystępnego jedzenia.

Byłem z siebie zadowolony. Trzeba mówić wprost co się myśli. Ja wiem, że nie osiągam w ten sposób połowy tego co mógłbym osiągnąć bardziej dyplomatycznymi metodami, ale nie w smak mi kiszenie w sobie odczuć.
Hipokryzja? Nie popieram.

Czekałem na ripostę Cooka. Rozgrzałem się już nieco i byłem gotów na krótką wymianę zdań, która pozwoliłaby mi nastawić Cooka jak przedwojenny zegarek. Ale Cook tylko patrzył na mnie. Wziął macha, potem drugiego. Kurna. Wie jak mnie zmiękczyć. Skoro nie wszczyna sprzeczki przychodzi z czymś poważniejszym.
- Dobra – kiwam głową – Co jest? Melduj…
- Dasz wiarę…? – zaczyna i milknie.
Bierze macha.
- Pewnie nie dam, ale mów szybciej skoro mamy się o tym przekonać.
- Drugi nagadał Staremu, że dostał srania od mojego jedzenia.
O matko! Żeby mi się tylko nie rozpłakał.
- No i ? – zagajam.
- Mam wrażenie, że będzie chciał mnie oszkalować. Wiesz – pierwszego dnia trochę na niego naskoczyłem pytając o jedzenie dla załogi. Jeżeli chce skarżeniem u Starego narobić mi tyłów…to znasz mnie. Dawno nie ćwiczyłem, ale nocha mu przetrącę jednym strzałem. Boję się o siebie, że nie wytrzymam, dowalę mu i stracę robotę
- Przecież chciałeś za Waldkiem na „York Town” się przenieść…
- Niby ta, ale…
- Jakie „ale”? – przerywam mu, miałem dobre chęci, ale nie będę enty raz słuchał o zmianie statku – Po pierwsze myślałeś o przeniesieniu, na Boga - w zasadzie gadasz o tym od pół roku. Że inne zarobki, inne warunki. Kurna raz jak popiliśmy w twoje imieniny to wyznałeś nawet, że całe życie tak naprawdę to chciałeś malować akty latynoskich piękności…
Prawie oblał się rumieńcem.
- …a teraz mi tu sadzisz kocopoły, że się boisz.
- Hola, hola – Cook próbował odzyskać rezon – Jakie tam „boisz”?
- Po drugie – zignorowałem jego próbę mistyfikacji braku zdecydowania – Cóż innego ty teraz robisz od Drugiego? Przyszedłeś mi się naskarżyć.
- Przyszedłem pogadać – zapalił kolejnego papierosa.
- Posłuchaj. Szkoda czasu. Bądź mężczyzną. Masz problem z Drugim, podejrzewasz go, że ci dupę obrabia, pomijając fakt, że tak naprawdę nie wiesz jak było, to idź i z nim pogadaj. Czy ja mam napisane na czole „Pośrednik w sprawach emocjonalnych godnych amerykańskiej nastolatki”?
Cook popatrzył dziwnie. Trochę smutno, trochę zimno.
Ja wiem, że on chciał pogadać, bo po prostu mnie lubi. I ja go lubię jako się rzekło. Ale w życiu nie ma co owijać gówna w papier. Jest jak jest i nie ma co gdybać.

Zegary trzeba nastawiać na bieżąco, naprawy maszyn nie odkłada się do jutra. Ani nie udaje się, że zepsuło się co innego niż się rzeczywiście zepsuło. Statek powinien mieć jasno określony rejs, jego zadaniem jest dopłynąć do konkretnego celu w danym czasie i nakładem przewidzianych kosztów – do tego trzeba sprawnego funkcjonowania maszynowni. I kropka. Zasady są proste.
Kucharz wstał i rzucił papierosa na podłogę:
- Powinieneś więcej czasu spędzać z ludźmi, a nie tylko w maszynowni.
I wyszedł.
Hmmm…czyta w myślach?
13:44, michal_nieweglowski
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lutego 2009
bosmanSiedziałem właśnie u Pierwszego i ustalaliśmy plan gry, gdy zadzwonił telefon. Pierwszy podskoczył jak oparzony, przycisnął słuchawkę do ucha i warknął „Tak?”, a potem tylko gapił się na mnie, słuchał i robił się coraz bardziej czerwony. Wreszcie odłożył telefon i parsknął głośnym śmiechem, siadając na zydlu.
-    Co się dzieje? – zapytałem.
Przez chwilę nie mógł mówić, tylko wybałuszał oczy i starał się złapać oddech.
-    Ha ha, Drugi... ha ha... Drugi się.... posrał, ha ha!
-    Jak to się posrał?
-    Ano twój przyjaciel, ha ha, Cook, ugotował znów jakieś świństwo. Jak Drugi był u Kapitana, to tak go wzięło, że się posrał, ha ha. Swoją drogą trzeba wreszcie coś z tym zrobić. Cook strasznie sobie odpuścił. To, co nam ostatnio serwuje jest niejadalne. Ktoś się w końcu musiał rozchorować. Myślę, że będzie z tego niezła chryja.
-    Ale przecież zna go Pan od dawna, nigdy nie było problemów po jego posiłkach– próbowałem bronić Cooka
-    No to co? Teraz są! – odparował Pierwszy ucinając dyskusję – dawaj mi go tu zaraz na dywanik. Już ja mu dam gotowanie. Stary kazał mi zabronić mu pichcenia tych jego eksperymentów! Wołać mi go tu zaraz. No już!
-    Tak jest szanowny panie oficerze – odparłem sarkastycznie i chcąc nie chcąc poszedłem szukać Cooka.
Po drodze, jak tylko wszedłem na taras widokowy, natknąłem się na Intendentkę. Siedziała w słońcu wyciągając szyję jak żyrafa.
-    Witam Bosmanie. Jaki piękny dziś mamy dzień. Właśnie chciałam zaprosić pana i załogę na wieczór, na prelekcję na temat zdrowia na morzu. Bardzo ciekawa rzecz i na pewno pozwoli nam lepiej znosić długie rejsy. Naszym prelegentem będzie krajowy konsultant do spraw zdrowia marynarzy. Szalenie ciekawa osobowość. Ma mnóstwo certyfikatów i napisał książkę. Będzie dzisiaj również mógł dać nam autografy. Dobrze byłoby gdybyście włożyli odświętne...
-    Pani szanowna! – musiałem jej przerwać, bo chyba nigdy sama by nie skończyła – ja nie mam teraz czasu rozmawiać o takich sprawach, bo mam pilne polecenie od Pierwszego.
-    Tak? A co takiego się stało?
-    Drugi się pos...., znaczy rozwolnienie ma i trzeba działać szybko, bo nam biedactwo zmarnieje, he he.
-    O Boże! Co się stało? – Intendentka zakryła usta dłonią
-    Nic, tylko ma niestrawności i pierwszy kazał mi zawołać Cooka. Do zobaczenia! – wykorzystałem jej zaskoczenie i dałem nura pod pokład. Ona tam raczej nie wchodzi. Trzyma się powierzchni, bliżej szczytu. Tam jest więcej świeżego powietrza, bliżej szefa i ogólnie większy luksus.
Najpierw poszedłem do swojej kanciapy, żeby sprawę przemyśleć. Co teraz zrobić? Z takiego doprawdy gówna, dosłownie i w przenośni, zaczyna robić się problem. A głównym poszkodowanym ma być mój przyjaciel Cook. Zadzwoniłem do niego i przez interkom zaprosiłem do siebie. Przyszedł w podskokach, bo myślał, że pociągniemy sobie rumu, jak to mamy w zwyczaju o tej porze dnia. Gęba mu się śmiała od samego progu. Nie powiem, trochę mnie to zdeprymowało.
- Cześć Bosmanie, wielki człowieku – ryknął i walnął mnie po plecach.
- Witaj brachu – powiedziałem spokojnie i wyciągnąłem do niego paczkę z fajkami – zapalisz?
- Co jest? – momentalnie mu zrzedła mina. Już się zorientował, że coś się dzieje.

Kiedyś, to u nas było inaczej. Jak jeszcze służyliśmy na tym małym kutrze. Cook, Stary i ja. Wtedy to byliśmy wszyscy kuplami. Każdy robił swoje i pomagał innym. Potem Stary zrobił ten kurs i zaproponowali mu większą łajbę. On zaproponował z kolei nam, żebyśmy z nim poszli. Że będzie lepiej, bezpieczniej, mniej będzie bujać, więcej ludzi, więcej kasy. I tak dalej. Coraz większa łajba, a potem jeszcze większa, aż w końcu jesteśmy na tym naszym statku. Stary w ogóle się odsunął, z nami nie gada. Zapomniał o tym, że kiedyś i on był ciągle ubabrany, a my z nim. Nie pamięta, że to dzięki takim jak my ten statek w ogóle pływa. Teraz jego jest chwała. Jego i innych oficerów. Żarcie mają fest, na ogół, czyste kabiny, wiecznie wpatrzeni w dal. Wytyczają trasy, psiakrew! A my na kolanach brudną robotę odwalamy, ech! Na dodatek trzeba uważać co się mówi, bo ostatnio to się jakieś politykierstwo zrobiło. Jeden podchrzania drugiego, a każdy próbuje ugrać jakąś swoją grę.

- Masz się zgłosić do Pierwszego – oznajmiłem wprost Cookowi. Musiałem się jakoś odczepić od tych podłych myśli. – Podobno, nieźle załatwiłeś Drugiego. Ale się biedak zfajdał. Gratulacje stary! – spróbowałem wejść na zawadiacki ton.
- No co ty? Zalewasz. – Cook nie mógł uwierzyć – przecież ja nic nowego nie gotowałem.
- Nie przejmuj się brachu. – zrobiło mi się go żal, bo sam wyglądał jak struty – niezły z tego ubaw. Mówią, że nie wytrzymał i popuścił jak Stary wygłaszał jakąś mowę. Żałuję, że mnie tam nie było. Idź do Pierwszego, dostaniesz po łbie, ale potem będziesz bohaterem!
- A to wredne bydlę – wykrzyknął Cook, waląc przy tym dłonią na płask w stół – przecież to kłamstwo. Nic takiego nie mogło się stać. Jadł tylko szpinak. To co my! A to hrabski pyszczek. Intrygant jeden. Ja mu k..... dam niestrawności! Jeszcze zobaczy co to ból brzucha...! Srajda!
-Uspokój się! – musiałem wziąć go mocno za ramiona i potrząsnąć. Biedak strasznie ambicjonalnie traktuje swoje gotowanie. –Uspokój się i przestań histeryzować jak baba! – uśmiechnąłem się do niego.
- Idź już do Pierwszego i umieraj jak mężczyzna! – wypchnąłem go za drzwi. Uff.

Wyjąłem jeszcze jednego papierosa i zapaliłem stojąc oparty o gródź. Swoją drogą ciekawe do czego zmierza Drugi. Cwaniak jeden. Po co intryguje? Pewnie chce Starego przeciągnąć na swoją stronę naszym kosztem. A nie wyglądał na takiego. Trzeba będzie coś zrobić, żeby nie dać mu wleźć sobie na głowę. Jak wróci Cook to coś wymyślimy. Pewnie pomoże nam Chief. On też nie lubi tej kliki na górze.

Jak tak myślałem co robić, ktoś zastukał do drzwi. – „Wejść” – burknąłem. Do kabiny wsadził głowę starszy marynarz.
- Bosmanie, słyszałeś? – zapytał szczerząc zęby.
- Co słyszałem?
- Drugi się posrał......
09:47, lukasz.fijalkowski
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 stycznia 2009
Siedziałem naprzeciwko Starego z wytrzeszczonymi oczami. Jego przygody na morzu, szaleńcze i romantyczne, a za moment znów przerażające były tak nierealne, że czułem nadciągającą panikę. Stary z czerwoną twarzą i poluźnionym kołnierzykiem opowiadał mi właśnie jak to zeszłej wiosny Francuzi chcieli przejąć nasz statek abordażem z pokładu „Anne Marie”. Chryste! Znałem ten statek. Była to mała przetwórnia ryb, dwadzieścia chłopa wszystkiego i stojąc burta w burtę z nami wyglądaliby jak rybka Nemo przy tuńczyku.
Mitoman, jak nic – pomyślałem. Zaschło mi z wrażenia w gardle. Stary mówił od dobrych czterdziestu minut i jeszcze się rozkręcał. Żywo gestykulując strzelał dookoła śliną.
Muszę mu przerwać, muszę – wytarłem trafione właśnie oko. Tylko jak. Miesiąc na statku i już popaść w niełaskę? Umysł rozpaczliwie szukał jakieś frazy, obrazu czegokolwiek aby przerwać rzęsisty słowotok.
Boli mnie...wyszeptałem...boli...Stary nie reagował. Wykrzywiając twarz i wyszczerzając żółte zęby pokazywał jak wyglądała ta stara chinka, która...
Boli mnie!! Wrzasnąłem. Stary zamarł, a ja osłupiałem. Oddech miałem szybki jak po biegu. Boli mnie, powtórzyłem ciszej.
- Co Pan..Co Pana – jąkał się Stary.
- Brzuch, tak boli mnie brzuch! Chyba dostałem biegunki – poczułem ulgę i prawie się uśmiechnąłem.
- Aaa, biegunka.Tak przy naszym cooku wszystko jest możliwe. Właściwie ten dzisiejszy obiad dziwny był jakiś taki. Kto to widział, żeby dorosłym szpinak dawać – kolistymi ruchami masował swój wydatny brzuch. Ze sraczką nie ma żartów – kontynuował – zna Pan paradoks biegunki? I często i rzadko, ot co. Pamiętam jak kiedyś mijając Horn...
- Właśnie! Bo ja już muszę...teraz – poderwałem się z fotela. Bardzo dziękuję za ciekawe opowieści..a te dokumenty do podpisania co przyniosłem, to właściwie chyba Pierwszy może podpisać. Takie tam decyzyjki właściwie, ...a nie jakieś poważne decyzje.
- Dobra, to niech Pan biegnie. Tylko niech Pan czasem nie kichnie! Stary rżał ze śmiechu.
Szedłem markotny przed siebie robiąc sobie wyrzuty. Ale z siebie pajaca zrobiłem! Jedynym moim usprawiedliwieniem mogło być to, że Stary już trzeci raz chciał mi zafundować te same hity. Kity, kurna z satelity! A uprzedzał mnie Pierwszy...
No i te dokumenty, cholera. Pierwszy łeb mi zmyje, bo tylko Stary mógł je podpisać. Tylko, że ten znowu, za wszelką cenę unikał odpowiedzialności i wszystko zwalał na nas. Taki z niego Kapitan jak z koziej...
- Och, ale Pan blady! Rzeczywiście musiało Pana dopaść - stała przede mną w swym opiętym na okrągłościach mundurku.
- A skąd..jak.. – zatkało mnie. Dotarło do mnie, że Stary nie omieszkał podzielić się radosną nowiną. Ale z Intendentką?
- Och, Bosman mi powiedział. A jaki był uradowany! Mówię Panu, średni szczebel kierowniczy cieszy się z każdego naszego potknięcia.
Byłem zdruzgotany. „Średni szczebel” będzie nabijał się ze mnie z marynarzami do rozpuku. I gdyby rzeczywiście było z czego! Ale pasztet.
- A skąd Bosman wiedział – zapytałem słabym głosem.
- Pierwszy odebrał przy nim telefon od Kapitana, który prosił go aby dać Panu dzisiaj wolne, bo...No, bo źle się Pan czuje. I żeby poprosił cooka o nie serwowanie zielonych papek. Ignorant, ja uwielbiam szpinak bo jest zdrowy. Och, widzę, że się Pan chwieje. Mogę jakoś pomóc?
Muszę się opanować, wziąć w garść. Kłamstwo na krzywych nóżkach zataczało dookoła mnie coraz szersze kręgi. Trzeba to przerwać!
- Widzi Pani, mi tak naprawdę nic nie jest. Wszystko w porządku. Chciałem tylko wyrwać się czym prędzej od szefa...
- Proszę się nie wstydzić, przecież to ludzkie..taka niemoc - wlepiała we mnie niebieskie gały. - Przy mnie nie musi Pan udawać. Nic co ludzkie nie jest mi obce...
Próbowałem jej przerwać:
 - Ale ja naprawdę, jak rydz...
 – No już dobrze, dobrze – nie wiadomo dlaczego zaczęła się uśmiechać. - Wiem, że zrobi Pan wszystko, aby mnie przekonać jaki z Pana twardziel.
Mówiąc to poprawiła włosy.
- Ma Pan środki?
- Jakie środki ?! - zbaraniałem.
- Rozumiem. Proszę iść do siebie. Przyniosę Panu coś, co mi zawsze pomaga. Odwróciła się na pięcie i dziarsko pomaszerowała w kierunku ambulatorium.
 Było wczesne popołudnie, a ja z chęcią już bym się położył. Noga za nogą powlokłem się korytarzem w kierunku mojej kajuty. Nagle poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Oderwałem wzrok od wykładziny i spojrzałem przed siebie. Na końcu korytarza stał cook. Nieporuszony wpatrywał się we mnie czarnymi oczkami, z których płynęła skondensowana nienawiść. Nerwowo przełknąłem ślinę. Nie pomogło. Przełknąłem jeszcze raz.
- Pan do mnie? - ku mojemu zdziwieniu nawet nie piszczałem, ...tak bardzo.
Upłynęły długie sekundy zanim odpowiedział. Mówił powoli, ale głos był równie skondensowany jak jego spojrzenie.
- Chciałem tylko zapytać Pana Oficera, czy aby rosołku nie trzeba. Albo może kaszki? Z mleczkiem. I dużo węgla co by się perystaltyka wyregulowała.
Jego słowa rzeczywiście wywołały na mnie wrażenie, że coś w środku mi się poluzowało i gwałtownie obsunęło.
- Nnnie. W sumie. Dziękuję. Jakoś się trzymam. Pewnie kawa mi zaszkodziła – rzuciłem pojednawczo.
- Kawa nie smakuje? Może cukier też nie?
- Nie no co Pan, ja tylko...  – teraz sobie przypomniałem, że tę kawę to ja sam kupiłem. -Tak, tak właśnie: sam! Jeszcze w porcie, w jakimś marnym sklepie. Pewnie zwietrzała była.
Cook wpatrywał się we mnie badawczo przez moment i w końcu powiedział:
- Niech Pan nie kupuje żarcia byle gdzie. Zatruć się można i nieszczęście gotowe.
Odchodząc, zatrzymał się jeszcze na chwilę – a szpinak jest dobry dla marynarzy!
Papaj tak mówi i jak ta mówię!
Wróciłem do siebie, usiadłem na sedesie i zacząłem podliczać straty moralne.
21:59, tomasz.knitter
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 stycznia 2009

- Ja nie wytrzymam! Po prostu tu nie wyrobię! Tyle razy obiecywałem sobie, że rzucę w cholerę cały ten bałagan, a ciągle tkwię w tym bagnie. Frajer ze mnie i tyle. Za takie marne pieniądze tu pracuję. Waldek poszedł pływać na liniowcu i proszę jak na tym wyszedł! Dwa razy większa kasa!
- Coś dzisiaj nie w humorku? – zapytał cynicznie Bosman
- Odejdź ode mnie, stary, bo dziś w pysk mogę dać!
- Wielkie mi to. Ja też w pysk mogę dać! Mów co się dzieje?
- Nie ma żarcia!
- Zaraz, zaraz kto nie ma żarcia? Jakiego żarcia?
- Ja nie mam żarcia, ty nie masz żarcia, nikt nie ma żarcia. Ciekawe co będziemy jeść przez najbliższe tygodnie. Rośliny żyją tylko dzięki wodzie i słońcu, może i my się jakoś przestawimy?
- Ale akcja! – złapał się za głowę Bosman. – Przecież nie zawrócimy!
- No co ty? Cóż za trafne spostrzeżenie! Powiedz mi lepiej, co teraz robimy?
- Co robimy? – odparł wyraźnie poirytowany Bosman.- Jakie my? Raczej co ty robisz?! Myślisz, że ja mam się tutaj wszystkim zajmować? Jeszcze toalety będę tu niedługo czyścił. Nie wiem, stary, idź może do Intendentki. Może zajęłaby się wreszcie czymś konkretnym, zamiast wymyślać te swoje ankiety…
- Masz rację. Idę. Łeb jej urwę!

No i ruszyłem do tej intendentki klnąc pod nosem na czym świat stoi. A intendentka właśnie usilnie pracowała nad kolejnym badaniem satysfakcji personelu statku. Z wyjątkową pasją oddawała się swemu zajęciu: pisała, skreślała, rysowała… Postanowiłem bez zbędnych ceregieli wyrwać ją z tej idiotycznej pracy:
- Gdzie jest nasze wyżywienie? Bo na pewno nie ma go w ładowni!
- Sprawami załadunku, także wyżywienia, zajmuje się teraz Drugi – odrzekła tak grzecznie, jak tylko umiała Intendentka.
- Że co? Staszek załadunkiem się zajmuje?
- Jaki tam Staszek. Staszek już tu nie pracuje. Mamy nowego Drugiego. To bardzo miły i kulturalny człowiek. Proszę iść do niego…
- Jaki?? Kulturalny?? Ja oszaleję! – zapaliłem papierosa i ruszyłem wprost do ‘nowego’. Intendentka mogła spokojnie wrócić do swojej ‘pracy’.

 Drugi siedział spokojnie, jakby na mnie czekał. No to czas na pierwszą próbę sił:
- Czy może pan mi wytłumaczyć, gdzie jest jedzenie dla załogi? – rzuciłem wyrzucając przez okno papierosa.
- Punkt pierwszy: grzeczniej trochę. Punkt drugi: w pomieszczeniu nie palimy. Punkt trzeci w ładowni, z tyłu pod ścianą.
3:0 dla niego. Jeszcze jeden cios i leżę na deskach.
- Przepraszam, sir. Proszę mi tylko podpowiedzieć, jak mam to teraz wyciągnąć?
- Proszę wziąć kilku marynarzy i po sprawie. Przecież ja tego tachał nie będę. A teraz, jeśli pan pozwoli, mam inne sprawy na głowie - zakończył Drugi.

Zebranie kilku marynarzy, którzy zgodzili się pomóc zabrało kucharzowi sporo czasu. Jak mówi popularne powiedzenie: „Ochotnicy wyginęli w Wietnamie”. Coś w tym jest. W końcu jednak wzięli się do pracy. Przekładanie załadunku było wyjątkowo trudnym i męczącym zajęciem. W końcu jednak udało im się dokopać do czegoś, co wedlug mojej oceny wyglądało jak skrzynia z pomarańczami.
- Weźmy to na próbę otwórzmy i upewnijmy się, że przekładamy właściwe skrzynie – zaproponował najstarszy z marynarzy.
Jak pomyśleli – tak zrobili. Skrzynia została podczepiona do dźwigu. Następnie kierujący dźwigiem marynarz skierował ją do zewnętrznej części ładowni. Pech chciał, że na sam koniec operacji skrzynia wysunęła się z mocowania i chwilę później runęła na ziemię. Zgniecione pomarańcze leżały porozrzucane po całej podłodze. W jednym momencie zrobił się niezły bałagan.
- Coś zrobił, baranie? – jak z podziemi wyrósł Bosman.
- Ale Bosmanie… ja… - zaczął tłumaczyć się marynarz.
- Żadne ale! Przez ciebie mamy tu teraz wszyscy kupę dodatkowej roboty! Chochoł jeden! Zasuwaj na czworaka i zbierać mi te pomarańcze. Z powrotem do skrzynek!
Reszta załogi przysłuchiwała się w milczeniu.
- A wy co się gapicie? Do roboty! Za pół godziny ma tu być czyściutko!

Miałem rację. W środku były pomarańcze! Idę zapalić, bo jeszcze mnie do tego sprzątania wciągną...
12:26, bartosz.kozlowski
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
postaci