|
piątek, 20 sierpnia 2010
Przyjechał do mnie kumpel – Albert. Kiedyś siedzieliśmy w tej samej szkolnej ławce, ale później nasze drogi się rozeszły. Finał tej historii jest taki, że ja gotuję w kuchni znajdującej się pod pokładem, a on jest członkiem Rady Morskiej. No cóż, takie życie. I tak siedzieliśmy sobie wieczorkiem na ganku przy świetle lampy naftowej i popijaliśmy cytrynówkę. Jeden kieliszeczek, drugi, trzeci .... ...no i na szczerość mi się zebrało. - Kurde, zazdroszczę ci stary – walnąłem prosto z mostu. Czwarty i od razu dla równowagi piąty. - Powiem ci tak: chrzanisz człowieku i to nawet nie wiesz jak bardzo! – odparł wzburzony nieco Albert. - Źle ci jest? Pensja jest? Jest! Stresujesz się w tej pracy? Nie! Masz dobre relacje z innymi? Masz! Czego chcieć więcej? Polej lepiej! Nalałem starannie do obydwu kieliszków, idealnie po sam brzeg. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze im więcej wypiję, tym pewniejszą mam rękę. - No tak, ale przyznasz, że kaskę dobrą trzepiesz, co? Szósty. - Mówię ci, mieszaj w tych garach i się niczym nie przejmuj. Życie masz tylko jedno – spuentował swoją myśl Albert. Siódmy. Sięgnął do torby i wyjął komputer. - Zobaczmy, co my tu mamy...
- Tysiąc siedemset. Spoko cena. Zamawiać? – Albert przesunął kursor myszki nad przycisk „Kupuj”. Polałem. Rękę już miałem tak pewną, że spokojnie mógłbym operować. Podniosłem lekko zroszony kieliszek z cytrynówką. Spojrzałem na niego pod światło płynące z lampy naftowej. „Nie stać mnie na tanie rzeczy” – ładnie powiedziane. Ale chyba się nie rozumiemy. Naprawdę wiele się zmieniło od czasów szkolnej ławki. Ósmy. Wypiłem co prawda sam, ale też liczę. - No to co, zamawiać? – niecierpliwił się Albert. „Nie stać mnie na tanie rzeczy”. Chyba wytatuuję sobie to na plecach. Moje motto życiowe. W mordę, syty głodnego nie zrozumie... Szybki kurs do zamrażarki i wracam z nową butelką zimnej jak serce szatana cytrynówki. Krok miałem już pewny jak linoskoczek. - Wiesz, ostatnio jak byłem na wakacjach, poszedłem raz do wypożyczalni desek windsurfingowych – Albert niby zmienił temat, ale jakby cały czas mówił o tym samym. – No i tak sobie patrzę na tego gościa wypożyczającego deski. Siedzi sobie na plaży, patrzy na morze i na te pływające deski. No i czego chcieć więcej? To jest życie, stary! Ja się ciebie pytam, czego chcieć więcej? A nie to wieczne użeranie się z kretynami w Radzie Morskiej. O, cytrynówka! Polej. Ledwo nalałem, od razu wypił nie czekając na mnie. Więc cały czas liczę jako ósmy. I tak sobie siedzieliśmy. Dziewiąty, dziesiąty i jedenasty. - Ej, ty no staryyyy – Albertowi już wyraźnie rzuciło się na mowę. - A wiesz, że no... bo eee, ci koło mnie, no wiesz, co mieszkali... no sąsiedzi! To że oni się wyprowadzili? A nie chciałbyś mieszkać koło mnie? Naprawdę fajny dom. Mieszkalibyśmy koło siebie, częściej byśmy tej pyssszzzzniutkiej cytrynówki próbowali. Teraz ceny nieruchomości lecą, jak to się mawia, na łeb na szyję. No i?
No i na tym mój zapis się skończył. Ale mógł być i dwunasty. Nawet na pewno był. Następnego dnia Albert wyjechał. Wyjechał swoim samo-tankującym się samochodem, ze swoim komputerem, wakacjami, nartami i naukami... Tak się poprzedniego dnia tą cytrynówką urządziliśmy, że na śmierć zapomniałem o przygotowanej na grilla karkówce. A o karkówce więcej tu:
czwartek, 15 lipca 2010
- Cholera, co ja za formułę tutaj... Ktoś zastukał do drzwi kajuty. - Wlazł! – wrzasnąłem. W progu stanął Cook trzymając Małą za rękę, a ta trzymała papugę za skrzydło, która rozpaczliwie próbowała dziobnąć ją w chudą piąstkę. Brakowało jeszcze tylko psa z piłeczką na nosie. W drugim kącie pokoju Mała próbowała upchnąć dwie ściągnięte z mojej szafki książki pod bluzkę. - Jejku, przecież Panu nie zjem! Potrzebuję tych z twardymi okładkami. Ma Pan więcej? Mała z westchnieniem odłożyła afrykańską maskę i wyszli. Jednak jednej książki brakowało. - Cholera, co ja za formułę tutaj... Znów ktoś zastukał do drzwi. Na palcach podszedłem do drzwi, raptownie je otworzyłem i wykrzyczałem jej w twarz: oddawaj książkę złodziejko! No to się Monika zdziwiła... - Odbiło Ci! Jaką książkę? Burcząc przeprosiny zaprosiłem ją do środka. W dłoniach trzymała gazetę. - Widziałeś? Artykuł? Cisnąłem się w fotel ze zbolałą miną. Monika usiadła naprzeciwko w krześle. - No, już już. Nie wkurzaj się. Pierwszy robi to, co robił, a Ty poznajesz tajniki prawdziwego zarządzania. Bez dobrej analizy nie będzie trafnych wniosków. Decyzje bazujące na faktach dają lepsze rezultaty, nie sądzisz? Ktoś zastukał do drzwi. Na moje gromkie „Wlazł” pojawił się Główny Mechanik. Z wazonem. Ale bez kwiatka. - Nie przeszkadzam Państwu aby? Rzuciła mi od progu kwaśne spojrzenie i wyszła. - No, to włączaj telewizornie. Meczyk się właśnie zaczyna! – Chief przesiadł się do fotela.
wtorek, 29 czerwca 2010
środa, 09 czerwca 2010
- Powiedz coś! Ja mam już dosyć twojego towarzystwa! Nic nie mówisz od dwóch minut i nie wiem, czy jak cały czas będziesz taka zamknięta w sobie, to czy nie będę musiała wysłać cię na jakąś terapię! Wiem, że miałam się tobą opiekować, ale ani nie chcesz zjeść mojej fasoli z obiadu, ani nie pozwalasz wsadzić się do prototypu kolejki górskiej z rolek od papieru toaletowego, ani w ogóle nic mi nie pomagasz. No bo kto ma zjeść moją fasolę? Przecież to oczywiste, że ani ja, ani nikt inny, więc dla dobra społeczeństwa powinnaś to zjeść ty! – pomimo długiego wykładu papuga cały czas wpatrywała się mętnymi oczami w przestrzeń. Postanowiłam wyjść. Mocno trzasnęłam drzwiami, oczekując że po chwili usłyszę ”Przepraszam”. A ona nic. Jak zwierzę, zero ogłady. Pomaszerowałam więc do czegoś, co nazywali salą konferencyjną, a co w rzeczywistości było starą kajutą. Przez drzwi usłyszałam Mata, który coś tam gadał o tych zojeniach, co się nimi papuga dołowała. Ale właśnie z papugą miałam problem, co trzeba było natychmiast komuś opowiedzieć. Gdy już dotarliśmy do mojej kajuty, nad papugą zgromadziła się komisja pseudolekarzy. A gdy oni radzili, co począć, ja poszłam do mesy po ciastko. Może i sytuacja jest dramatyczna, ale to nie zwalnia mnie z jedzenia. Jak wróciłam, cała załoga patrzyła na mnie z wyrzutem. - Wiesz, czemu ona się nie rusza? – spytał mnie gniewnie Bosman. - Co ona sobie wyobraża! Od początku z tymi zwierzętami są problemy! Rekiny, papugi, ona! – Kapitan wydzierał się jak opętany. - Musimy się jakoś zorganizować! Jutro na meetingu piszemy regulamin! ŻADNYCH zwierząt na moim statku nie będzie!
środa, 26 maja 2010
Chwilę później byliśmy w kajucie Drugiego. Ten był gdzieś na pokładzie, więc nie musiałem się tłumaczyć po co przyszliśmy. A Mała zaniemówiła. Moje przeczucia okazały się słuszne. Papuga zrobiła na niej olbrzymie wrażenie. Wpatrywała się w nią z ogromną ciekawością. Wreszcie skupiła się na czymś dłużej niż trzydzieści sekund. - Z takiego ptaka to byłby niezły rosół, nie? – zapytała. - Zojenia! – zaskrzeczała nagle ara. Odpowiedzi nie uzyskałem. Mała była już za drzwiami. Ale to było teraz zupełnie nieistotne.
Odwróciłem się w stronę drzwi. A w nich właśnie stanęła Mała z wiatrówką w rękach. - Broń już niepotrzebna – rzuciłem. – Świadek złożył zeznania po dobroci, bez straszenia odstrzeleniem mu łba. A teraz bądź tak miła i zajmij się sobą. Może się jednak przełamiesz i skończysz ten nasz rosół, OK? – wyminąłem Małą w pośpiechu. Wybiegłem na pokład. Musiałem odetchnąć świeżym powietrzem, czy raczej Ekstra Mocnymi. A na pokładzie czekała mnie kolejna niespodzianka. Pracowała tam ekipa malarzy. Na mostku kapitańskim malowali jakiś wzór. O co to chodzi? Przecież niedawno nasz statek został odmalowany. Co oni robią? - Masz może te swoje sławne Ekstra Mocne? Mogę jednego? – niespodziewanie pojawiła się Intendentka. I tak paliliśmy sobie w ciszy patrząc na pracę ekipy malarzy. Każdemu z nas coś chodziło po głowie, choć tym razem miałem wrażenie, że myślimy o tym samym. - Idą spore zmiany, co? – przerwałem tę chwilę milczenia. Trzeba przyznać, że mówiła sensownie. Miałem wrażenie, że oboje czujemy pewną nostalgię za tym, co było. No ale cóż, „jesteśmy w pracy”. Pewien rozdział historii naszego statku nieuchronnie się zamyka. Nie wiadomo co przyniesie następny. Będzie lepiej lub gorzej. Ale poczciwy Stary nie wróci. To jedyne, co pewne. - Będą zwolnienia? – walnąłem prosto z mostu. Musiałem zadać to pytanie. Intendentka uśmiechnęła się do mnie życzliwie. - Te Ekstra Mocne są na mój gust przereklamowane. Capią jak koza - wyrzuciła papierosa za burtę. I znów spojrzała mi się prosto w oczy. Ten jej uśmiech mówił wszystko. A więc odpowiedź już znałem. W takim razie przyszedł czas na kluczowe pytanie. - Czy Nowy wywali mnie z roboty? Co więcej dodać. Laska „trafiła w punkt”. I fakt, że jestem NIE-DO-RUSZENIA jakoś mnie nie pociesza. - Chyba masz rację. Może to wszystko zaszło za daleko? Ale co teraz zrobić? Od czego zacząć? Dobrze jest czasem z kimś tak szczerze pogadać. Czułem się jakbym schudł ze dwadzieścia kilogramów. Wygląda na to, że jeszcze wszystko mogę naprawić. Tylko muszę się wykazać. Ale... - O jasna cholera!!! – nagle przypomniałem sobie o Małej. Chwilę później wpadłem do kuchni. To, co zobaczyłem, było dopełnieniem dzisiejszego wariackiego dnia. Mała siedziała na środku kuchni. Obok niej dreptała po jakiejś macie ara. Chodziła w tą i z powrotem, od brzegu do brzegu. - Co ona tu robi? - zapytałem wytrzeszczając oczy. Genialne. Może do czegoś przydadzą się te nasze Związki Zawodowe? "Niechcący" zrobimy coś dobrego. - No dobrze. Ty będziesz dbała o zdrowie psychiczne papugi, a ja zadbam o to, by nikogo nie zwolnili. Umowa stoi? I poszliśmy długim korytarzem w stronę kajuty Bosmana. Mała oczywiście nie przestała mówić ani na moment... - Super, to Intendentka z nami zostanie?
czwartek, 13 maja 2010
Chyba skretyniałem do reszty. Wyginam się w różne strony, przyjmując „trójkąt”,”wojownika”, zwracając uwagę na oddech. „Podstawy dynamicznej jogi”, które dostałem od Kapitana, wkręciły mnie. Ćwiczę co drugi dzień. Ale mam wyrzuty. Może to jakiś niepoważny aerobik, kolejne wyciskanie kasy z życiowych nieudaczników. Niechętnie muszę przyznać, że jednak czuję się jakoś inaczej, jakoś lepiej. Chłopaki mi mówią, że mniej pokrzykuję ostatnio. Ale na Boga, te nazwy pozycji: „Lew”,”Paw”. Brakuje tylko „Żaby”, „Dafni” i „Krylu”... Żebym się tylko nie wygadał, przed resztą załogi, że ćwiczę. A swoją drogą co tam się dzieje ostatnio...Kapitan jak palec boży pojawia się zawsze tam, gdzie trzeba, Pierwszy sapie jak Vader z Gwiezdnych Wojen, Bosman z Cookiem wzorem niemieckich związków zawodowych chcą decydować nawet o kolorze, na jaki ma być przemalowany pokład. Drugi wygląda jakby chciał zagłosować jednocześnie na Komorowskiego i Kaczyńskiego miotając się między dobrymi chęciami, brakiem doświadczenia, a miłością do Intendentki. Ta ma jakiś kryzys - co może w przypadku kobiet jest akurat normalne - i przygasł ten wewnętrzny blask, którym promieniała na klapniętą, jak fryzura odjechanego dyrygenta, załogę. Prawa noga na szerokość barków...wdech i wyyyyydech...wdech i wyyydech... Ta Mała jest okej. Ale to ozdóbka, bombka na więdnącej choince załogi. Dawniej było jakoś inaczej. Bliżej do ludzi. Teraz sukces ma pieprzone 25000 koni mocy, ciągnie wszystko inne. Na szczycie egzystencjalnego kwantyfikatora jest tak zwany sukces. Fantazja, filantropia, prostota przeciągnięte pod kilem nawet nie pisną żeby się przypomnieć. Dlaczego tak cenimy Kapitana? Czy wiemy o nim coś ponad to, że potrafi osiągnąć sukces na każdej krypie, z każdą załogą. Nie. I to nam wystarcza. Kapitan jest wporzo, bo będzie sukces. Bo wyd@#$my konkurencję, zmienimy Skody na Volkswageny. Żony pochwalą nas przed koleżankami. Mamy tyle, że wystarczy na godne życie, ale sukces każe mieć więcej. Pozycjonujemy się w stadzie jak w googlach. Kręgosłup prosto, ciało odprężone... Nie mogę sobie przypomnieć po co zamustrowałem się ponad 20 lat temu. Serce było okej, to ja zostawiałem kobiety. Zarabiałem na gitarze w kapeli ulicznej więcej niż mogłem wydać – kasy nie brakowało. Dla przygody? Żeby pójść za ciosem po skończonych studiach? Bóg mi świadkiem, nie pamiętam. Rozkoszna amnezjo – jaki impuls pokierował ostatnimi 20 latami mojego życia? Były sukcesy, były porażki. Kobiety w portach, bójki, sztormy. Ciągnąca się miesiącami nuda, lepka jak stary olej zza zaworu głównego zegara. Ot, chwilowe podniety, wiry wydarzeń mamiące intensywnością i treścią, z perspektywy 45-latka, znaczenie zbliżone do tego, jakie ma pluszowy miś z dzieciństwa dla 19- latka. Jest coś w tym obserwowaniu oddechu... Staje się dla mnie jasne dlaczego byłem zgryźliwy przez ostatnie lata...skąd to hodowanie kwiatków...przecież to znikąd się nie bierze...muszę coś zmienić...Lubię tych ludzi, tę robotę, co więcej znam się na niej...ale to nie to... Tak, wysiądę w najbliższym porcie i...niech się dzieje wola boska... Pukanie do drzwi wdarło się w medytacyjne ukojenie jak hiszpańska inkwizycja. Otworzyłem bez pośpiechu, spokojny i jakby o epokę młodszy o kolejne doświadczenie. Kapitan patrzył zagadkowo opierając się o framugę jak w tanim filmie. - Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – uśmiechnąłem się szczerze. Klepnął mnie dziarsko w plecy i prawie krzyknął: -Nieźle, co?!
środa, 05 maja 2010
piątek, 30 kwietnia 2010
Do tego dziecko! Co ja mam zrobić z tą małą? Nawet miła jest i bystra, ale ja nie mam głowy na ciągłe pilnowanie jej. Przecież one jest gotowa przemalować pokład i wszystkie sprzęty, żeby w godzinę zorganizować tropikalny bal przebierańców! Do tego cała załoga pójdzie za nią jak w dym… Matko kochana, co ja mam z nią zrobić? Kolejny temat: Drugi. Płakać mi się chce. Kapitan zakomunikował mi wprost, że w jego zespole nie ma miejsca na żadne związki prywatne. Albo koniec z tym, albo jedno z nas odchodzi. Ja nie jestem gotowa ani na jedno, ani na drugie. Nawet nie chcę o tym rozmawiać z Drugim, zwodzę go i unikam rozmowy już kilka dni. Wczoraj dzwonił head hunter z propozycją spotkania, a ja odruchowo go spławiłam… Może jednak spotkam się z nim? Taki mam głupi, lojalny odruch „nie, dziękuję, znakomite miejsce, nigdy bym się nie odnalazła na lądzie”. A może właśnie czas darować sobie cały ten cyrk? Może właśnie zmienić pracę, wejść między innych ludzi, nauczyć się czegoś nowego, może być z Drugim „inaczej”? Ciekawe, czy ten związek w ogóle ma szanse na przetrwanie… - Cześć kochanie! Szukam Cię wszędzie! - Drugi spadł nagle z nieba, aż mnie przestraszył. – Co ty masz taką dziwną minę? Nie cieszysz się na mój widok? Ostatnio złapanie Cię graniczy z cudem. Co jest grane? Zapadła cisza. On się zapatrzył w horyzont, ja w deski pokładu. Teraz dopiero mam problem. Wojtek mi nie uwierzy, że nic mu nie powiedziałam. - Idę do Małej. Robi gazetkę pokładową z Cookiem. Muszę sprawdzić, czy jeszcze nie spalili mesy. I poszłam bez słowa. Muszę znaleźć numer telefonu do tego head huntera.
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Tak więc, popędziliśmy do ładowni. Cook wpadł w ostatnim momencie, bo trochę zabałaganił z tym nieszczęsnym bachorem, co to strzelił w rurkę wyrównującą ciśnienie w dieslach. Ciekawa historia. Nikt oprócz Chiefa w ogóle o tej rurce nie wiedział, dopóki ta mała nie odstrzeliła zaworka. Zaworek z potworną prędkością palnął prosto w ucho Szczurka, który po kryjomu palił skręty za kominem. Szczurek przestraszył się nie na żarty, że go przyłapałem i dałem po uszach. Zanim zorientował się co się stało, zdążył zasalutować i trzymając się prosto jak struna wybełkotać jakąś wymówkę. Dopiero po chwili zauważył, że ma uszkodzone ucho i z piskiem popędził do konowała. Przez to teraz symuluje w izbie chorych i nie mamy tu naszego reprezentanta do Rady Rejsu. Nie mamy też napędu, bo pomimo znacznej ilości Poxiliny, rurka nie działa. Ponoć w przyszłym tygodniu mają sprowadzić nową. W ładowni czekali już wszyscy, których zaprosiliśmy. Pod ścianą stał wózek widłowy z jakąś paletą. To miała być moja mównica. Niestety obowiązek wygłoszenia przemówienia przypadł właśnie mnie. Trochę nieopatrznie wybrałem się na prezesa, bo teraz muszę gadać publicznie, choć, psiakrew, tego nie znoszę! Próbowałem przemówić do rozsądku Cookowi, żeby to on palnął mowę ale łobuz się wykręcił. Natychmiast wyciągnął zza pazuchy jakieś podejrzanie wyglądające zaświadczenie, że ma dysleksję, ADHD i kilka innych skrótów, i z bezczelnym uśmiechem oznajmił, że chciałby bardzo ale lekarz zabronił mu przemawiać publicznie. W ten sposób zostałem agitatorem. Prawdę mówiąc, jestem bardzo dobrym mówcą i nie to, żebym się bał ale od rana nie mogłem przełknąć ani kęsa, za to w kiblu byłem ze cztery razy i wciąż nie czułem się zbyt pewnie. Weszliśmy do tej cholernej ładowni. Zrobiło się cicho jak w barze, gdy wejdą obcy. Wszyscy gapili się na nas z oczekiwaniem. Ja podszedłem do widlaka i wgramoliłem się na paletę. Dobrze, że Cook mnie złapał jak się potknąłem, bo inaczej niechybnie wyrżnąłbym czołem w hydraulikę. - Jasny gwint, psiakrew! – zakląłem... i poczułem takie parcie, że natychmiast zawinąłem się na pięcie i jak z procy wyleciałem... znów w stronę latryny. Trochę pomogło, ale nie za bardzo. Szedłem do ładowni nieco sztywny. W środku było bardzo wesoło. Wszedłem znienacka i zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na mnie, tylko Cook, który stał tyłem do drzwi i zabawiał towarzystwo, śmiał się nadal w głos kucając nisko i udając Stenmark – to niby miałem być ja. Gdy się odwracał, jego twarz rozjaśniała radość, która powoli zamierała i w miarę opadania szczęki zamieniała się w totalne zawstydzenie. Poczerwieniał, spuścił wzrok i wymamrotał „Sorry Bo”. Ponownie wspiąłem się na moją mównicę, wygładziłem fałdy drelichu i przemówiłem. To znaczy chciałem przemówić, tyle że zamiast barytonu, z którego jestem tak dumny, coś zaskrzeczało. Sam się zdziwiłem. Popatrzyłem na Cooka ale on tylko wzruszył ramionami. Spróbowałem ponownie. -Eeeeee, znaczy tego, że witamy was na pierwszym naszym, tego, oficjalnym spotkaniu, znaczy zebraniu aktywu. Nasz Związek Zawodowy Navigare został wymyślony, znaczy założony, psiakrew, żebyśmy, znaczy żebyście mogli mieć równość i parytet – co ja do cholery gadam? To dziecko od wiatrówki palnęłoby lepszą mówkę. Postanowiłem spróbować raz jeszcze. - No, tego, jesteśmy tu, żeby ukonstytuować działania naszego Związku – szło już lepiej, choć w mojej głowie nadal dominowała pustka. Zauważyłem za to, że z każdą moją próbą, uczestnicy przyglądają mi się z większym zainteresowaniem. - Nasz Związek został stworzony, żeby nie można było sobie o tak decydować o naszym losie. Mamy nowego Kapitana, który mówi, że wie jak poprowadzić nasz statek. Czy ktoś widział go wcześniej? Czy mamy jakieś dowody na to, że wie co robi? Kadra oficerska patrzy w niego jak w obrazek ale to nic nie znaczy! - Podobno mamy pływać w Europie. Dlaczego? Nie wiadomo. Przecież na zdrowy rozsądek to mniej ekonomiczne. Krótkie trasy, częste odpalanie maszyn, katorżnicza robota z załadunkiem i wyładunkiem, konkurencja kolejowo-drogowa, że wyliczę tylko tyle. - To nie wygląda dobrze. Postanowiliśmy zatem być bliżej wyższych szczebli zarządzania, żeby interesy nasze, znaczy załogi, na tym wszystkim nie ucierpiały. Klasa robotnicza musi być na tym statku szanowana. Jesteśmy solą tej ziemi i to dzięki nam ten statek chodzi. To znaczy na razie nie chodzi, bo bachor odstrzelił zaworek ale będzie chodził! – szło mi już całkiem dobrze. - Nasze interesy i bezpieczeństwo muszą zostać zagwarantowane. Płace wyrównane. Godziny pracy ograniczone. Będziemy walczyć o wasze prawa! Dajcie nam tylko wasze poparcie, gotowość do strajku w razie czego i skromne składki związkowe, żebyśmy mogli w pełni zaangażować się w walkę o was – już byłem na wysokich obrotach! Właśnie szykowałem się do zadania ostatecznego ciosu, gdy zauważyłem postać podnoszącą się z ostatniego rzędu. Postać powoli zbliżała się do mojego widlaka. Spokojnie idąc założyła czapkę, kapitańską czapkę i z uśmiechem podeszła bliżej. Głos uwiązł mi w gardle i znów poczułem łaskotanie w trzewiach. Wskakując na paletę, kapitan patrzył na mnie życzliwie. Poklepał mnie po ramieniu, odwrócił się do ludzi i powiedział. - Kochani. Jesteście moją załogą! Słyszycie? MOJĄ ZAŁOGĄ! Nigdy nie pozwoliłbym nikomu Was skrzywdzić ani wyzyskiwać. Wspólnie z Intendentką przygotowaliśmy dla Was pakiet socjalny, który zagwarantuje Wam godziwe warunki pracy i zarobki. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że dzięki Wam ten statek pływa. Pamiętajcie jednak, że nie jesteście jedyni. Ktoś musi wytyczyć kurs, zaplanować remonty, zadbać o zaopatrzenie etc., po to, żeby Wasza praca była jak najbardziej komfortowa i skuteczna. Dlatego właśnie oczekuję wzajemnego wsparcia pomiędzy kadrą oficerską i załogą. Sami wiecie, że tylko jak obie strony są zadowolone i dobrze wykonują swoją pracę, to statek naprawdę pływa. Pływa, ma się dobrze i przynosi zyski, które nie tylko zwiększają majątek armatora ale również, w większej części trafiają do załogi – cholera, mówił sensownie i z taką swobodą. – Dzięki tym zyskom możemy utrzymywać statek w lepszej sprawności, co oznacza mniej ciężkiej pracy dla was. Dzięki nim możemy lepiej was żywić, dawać wam świąteczne nagrody, częściej wysyłać na urlopy, zapraszać wasze rodziny i fundować im darmowe bilety. Żyjemy w XXI wieku. Teraz już nie wyzyskuje się załogi, bo to się nie opłaca! - Bosmanie – odwrócił się znów do mnie – co do mojego doświadczenia, powiem tylko, że zaczynałem karierę właśnie jako bosman, na okręcie wojennym. Tam nauczono mnie jak pracować. Potem przeszedłem do marynarki handlowej. Być może znacie statek o nazwie Queen of Saba. Tak, ten który po przekrętach z „kreatywnym handlowaniem”o mały włos nie doprowadził do bankructwa naszego armatora. Zgodziłem się wtedy przejąć nad nim dowództwo tylko dlatego, że pokładałem wiarę w jego załodze i tylko dlatego, że to załodze zależało ...., mówiąc „załoga”, myślę również o oficerach, teraz znów jest naszą chlubą, a marynarze mają najlepsze warunki we flocie. - Tutaj też tak może być. Zdecydujecie sami – patrzył uważnie na marynarzy. - A wy Bosmanie, - zwrócił się do mnie z wyrzutem - razem z Cookiem, zameldujecie się u mnie, zaraz po zebraniu Związku. Ukłonił się, zeskoczył na ziemię, poprawił czapkę i wyszedł. W ładowni znów panowała cisza. Zrobiło mi się nieswojo. Nie patrząc na innych burknąłem – To wszystko. Zebranie skończone – i w towarzystwie niezbyt szczęśliwego Cooka pomaszerowałem do kapitańskiej kabiny.
środa, 24 marca 2010
- A ty kto?! – spytał mnie jakiś facet z paskudnymi tatuażami na rękach, najwyraźniej bardzo zdziwiony moją obecnością……. tu. Nie mam bladego pojęcia co to za miejsce. Zacznę od początku. Rodzice wpadli na pomysł, żeby mnie na tydzień wysłać do wujka Stefcia, który pływał na jakimś statku, gdzieś w Azji. Ciekawe, czy już się zorientowali, że pomylili statki. W każdym razie od dwóch godzin siedziałam w kącie pokładu na walizce. - Kim jesteś?! – powtórzył zirytowany. Po chwili stało nade mną z siedem osób, wpatrując się w mnie jak w jakiś okaz w zoo. - Dobra. Posiedzi tu do jutra, a potem pomyślimy co z nią zrobić – zaproponował jakiś gościu. Siedziałam tam chyba z godzinę. Zdążyłam w tym czasie przemalować kawałek podłogi na niebiesko (farba stała za jakimś kontenerem) ale gdy wylałam farbę, zaczęłam się nudzić. Musiałam podjąć drastyczne kroki. Zeszłam pod pokład, gdzie natknęłam się na tego Bosmana i jeszcze jednego faceta, chyba nazywał się Chief. - Macie wiatrówkę? – spytałam ich rzeczowym tonem. Strzelało się świetnie, ale raz trafiłam w statek. Nie wiem w jaką część konkretnie, ale chyba w ważną, bo statek stanął. - Co ty do ciężkiej cholery zrobiłaś?! - wydarł się jakiś gościu, którego nie znałam. Z pomocą nadbiegła Intendentka. - Zabierzcie stąd tego bachora!!! Kto w ogóle pozwolił jej strzelać?! Silnik nie działa! Nie ruszymy przez dobry tydzień! Za pół godziny zostałam odprawiona. Wcześniej Intendentka, cały czas nawijająca, że nie mogą mnie tak po prostu odesłać, bo się zgubię (jej opinia została przeforsowana w głosowaniu) wyposażyła mnie w prowiant, pelerynę przeciwdeszczową i koc. - Wsiadaj – burknął Chief wskazując na ponton. Mam wrażenie, że żałował, że pożyczył mi wiatrówkę. A statek jak się zepsuł, tak stał.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blog Roku 2009
|